Sobota, 7 I 2012, Tolu
Magda
Karaibskie słońce zarządziło wczesną pobudkę i nakazało poranną gimnastykę w postaci pływania i skoków wzwyż i w dal przez fale. Posłusznie zatem udaliśmy się do morza. Woda była cudownie przyjemna, może nawet trochę za ciepła. Mokre igraszki trwały tak długo, dopóki słońce nie zarządziło, że już dość, trzeba schować się w cieniu.
Podjechaliśmy do centrum Tolu na Internet, ponownie próbując znaleźć nocleg couchsurfingowy w Cartagenie. Niestety, mało kto nam odpisał, część ludzi jest na wakacjach poza miastem lub poza Kolumbią, a ci, co pozostali, goszczą „krewnych i znajomych królika”, ponieważ właśnie twa temporada alta, czyli wysoki sezon urlopowy.
Wyczailiśmy w Tolu lodziarnię w stylu włoskim, gdzie za dolara można dostać pysznego gigantycznego loda (2 giga-gałki w chrupiącym wafelku). Zjedliśmy po dwa, gdyż na nic innego nie mieliśmy ochoty przy takim ukropie. Odkryłam, że najlepsze w Kolumbii lody są zawsze marakujowe – nie są słodkie, tylko lekkie i doskonale orzeźwiające. Oczywiście Marcin nie zgodziłby się ze mną, jego kubki smakowe preferują smak ron con pasas, czyli rum z rodzinkami. Też jest dobry, choć dla mnie często troszkę za słodki. Ale cały Marcin jest bardziej słodki niż ja, więc skądś ten cukier musi czerpać (jego słodycz mogą potwierdzić komarzyce, bo zdecydowanie wolą gryźć jego, niż mnie).
Postanowiliśmy spędzić ten dzień w Tolu, rozkoszując się plażą i magią Karaibów. (Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Kolumbia ma największe wybrzeże nad Morzem Karaibskim! Ponad 1760 kilometrów!) Zaparzeni w 5 litrów wody i 5 kg arbuza wróciliśmy na naszą plażę. Przez całe popołudnie kontemplowaliśmy 5 pierwiastków karaibskiego świata: wodę, piasek, niebo, słońce i sól, spajając je rumem pitym z kokoska zerwanego prosto z palmy.
Niedziela, 8 I 2012, Cartagena
Magda
- Wstawajcie, wstawajcie! – szeptały dźwięki bachaty, które z łatwością przedarły się przez połę naszego namiotu i przerwały nasz sen, łaskotając nas po stopach. – Wstawajcie i tańczcie!
Popatrzyliśmy na zegarek: 3.30.
- Każda godzina jest dobra na to, żeby rozpocząć rumbę. – stwierdziliśmy zgodnie i za 10 minut byliśmy na plaży, w miejscu, skąd dochodziła muzyka.
Rumba to w kolumbijskim sloganie impreza, party. Bardzo fajne słowo, definitywnie wprowadzamy je do naszego słownika.
Kilka par balowało w najlepsze. Dołączyliśmy więc do nich, tańcząc do upadłego wszelkie salsy i bachaty… Noc i morska bryza dawały miły chłód, dużo przyjemniejszy niż zupiaste powietrze w namiocie.
Nad ranem znów położyliśmy się spać, żeby rozpocząć dzień, będąc wypoczętym.
Po rytualnej kąpieli w Morzu Karaibskim, poszliśmy do kościoła, w którym dziś właśnie były obchody święta Trzech Króli (Los Reyes). Nie ma jednak w Kolumbii żadnych tradycji związanych z tym świętem.
W centrum Tolu zaliczyliśmy lody, każdy według swoich upodobań, a potem stanęliśmy na drodze, próbując złapać stopa do Cartageny.
Ruch był jednak znikomy. Mijały nas prawie same autobusy oraz od czasu do czasu przepełnione osobówki, ewidentnie wiozące całe rodziny na karaibskie wakacje… Gorąc dawał się nam we znaki, więc po raz pierwszy musieliśmy zapłacić za transport. Okazało się, że droga jest w fatalnym stanie, dużo gorszym, niż alternatywna, trochę dłuższa trasa. Prawdopodobnie większość ludzi wybiera tą drugą drogę, ale nie wiedzieliśmy tego, planując przejazd. 150 kilometrów pokonaliśmy w trzy i pół godziny, płacąc po 10 dolarów za osobę.
Do Cartageny dotarliśmy koło 17. Udaliśmy się do Centrum Historycznego, czyli otoczonego murami obronnymi starego miasta. Poszliśmy za poradą „LonelyPlanet” i odszukaliśmy Calle San Andres i backpackerski hostal „Casa Viena”. Od pierwszego wejrzenia pokochaliśmy to miejsce. Super współpracująca obsługa starała się pomóc wszystkim przyjezdnym (których było o dużo za dużo!), wykonując telefony do innych miejsc noclegowych w poszukiwaniu czegoś wolnego, serwując darmową kawę, odpowiadając na setki pytań i udostępniając wi-fi i wolne komputery….
- Na pewno nie macie żadnych wolnych miejsc? – zapytaliśmy.
- Żadnych… Ale możecie zostawić sobie plecaki w świetlicy i pójść poszukać czegoś, możecie też wziąć sobie kawę i skorzystać z wi-fi.
Położyliśmy zatem plecaki na dwóch sofach w przyjemnej świetlicy z telewizorem i dwoma regałami książek podróżniczych we wszystkich językach, jakimi mówią przyjezdni.
- A może moglibyśmy przespać się tu? – spytaliśmy, zmęczeni podróżą i krążeniem po starym mieście w poszukiwaniu Casa Viena.
- Jasne, nie ma problemu. Tylko, że tu nie ma klimatyzacji, jest tylko ten ogromny sufitowy wiatrak. No i będziecie musieli coś zapłacić. Normalnie nocleg kosztuje 25000 pesos, ale tu policzymy wam jedną piątą (2,5 USD).
Jak dobrze, że wcześniej nikt na to nie wpadł! Otrzymaliśmy po ręczniku, chłopak pokazał nam kuchnię, łazienki, wodę pitną i pozwolił rozgościć się. Super, że nie musieliśmy już łazić w poszukiwaniu dachu nad głową w zatłoczonym turystami mieście.
Ostatecznie, jeszcze dwóch Niemców wyraziło chęć nocowania w świetlicy, dlatego nam przypadł super wygodny wielki materac, a oni dostali sofy. Myślę, ze warunki mieliśmy fajniejsze niż w dormitoriach: mieliśmy więcej przestrzeni, książki, telewizor i najlepszy zasięg sygnału w budynku.
Zorganizowaliśmy „nasz pokój” i poszliśmy posmakować nocnej magii słynnej Cartageny.
Starówka rzeczywiście miała niesamowity klimat. Kilkanaście kilometrów murów obronnych uzbrojonych w działa armatnie skrywało w sobie przecudne kolonialne uliczki. Bramą Zegarową weszliśmy do najlepiej zachowanej części miasta. Znaleźliśmy się na Portal de Dulces, gdzie katrageńskie kobiety sprzedawały najbardziej wymyślne słodycze z karmelu, kokosów, bakalii, miodu i czekolady.
Mijając doskonale utrzymane kościoły i fasady kolonialnych domów z drewnianymi okiennicami i balkonami, przesmykiwaliśmy się na kolejne place, na których tętniło życie. A to odbywał się nocny targ artesañías, a to trwała bogato zakrapiana rumem rumba w jakimś salsowym klubie, a to usadzony na krzesełkach tłum grzecznie słuchał koncertu muzyki klasycznej, a to obfitych kształtów czarnoskóre piękności odziane w falbaniaste i najbardziej kolorowe ubrania, jakie można sobie wyobrazić, sprzedawały dojrzałe owoce prosto z mis trzymanych na głowach.
- Skąd pani jest? – zapytałam jednej z nich.
- Z Palenque. Wszystkie jesteśmy z Palenque. Tam żyją sami czarni ludzie.
- A jak to się stało?
- Jest to pierwsza w Ameryce Południowej wioska założona przez afrykańskiego niewolnika, któremu udało się uciec. Przybywali tam stopniowo kolejni szczęściarze. Teraz Palenque wygląda jak kawałek Afryki: mamy tam swoje tradycje, swoje stroje, tańce i język.
Mieliśmy przyjemność na jednym z placów poobserwować pokaz afrykańskiego tańca babale. Skąpo odziani czarni tancerze niesamowicie szybkimi ruchami oddawali ciała we władanie rytmom wystukiwanym na różnego rodzaju bębnach i grzechotkach. Byli niesamowicie sprawni, giętcy i doskonale precyzyjnie mieścili swe ruchy w taktach. Trzeba przyznać, że zrobili na nas duże wrażenie.
Obeszliśmy rozmaite zakamarki starówki, docierając do murów po jej drugiej stronie. Dało się na nie wejść. Na murach mieściła się ekskluzywna restauracja z widokiem na Morze Karaibskie. Pod restauracją stał tuzin panów ze styropianowymi pudełkami z puszkami piwa obłożonego lodem – dla spragnionych trunku nie chcących przepłacać.
Zakupiliśmy dwie puszki i usiedliśmy na najstarszej części murów, datowanej na początki XVII wieku. Spoglądając na miasto i widoczną w oddali ogromną twierdzę, wyobrażaliśmy sobie czasy pirackich podbojów.
Senność zaprowadziła nas wkrótce na nasz materac w polsko-niemieckim pokoju.
Poniedziałek, 9 I 2012, Cartagena
Marcin
Podobno Cartagena to najładniejsze miasto w Kolumbii. Czy najpiękniejsze, nie wiemy. Na pewno ma bardzo ładną starówkę. Ale poza nią jest bardzo brzydko i w niektóre miejsca nie należy się zapuszczać. Zauroczeni nocną wyprawą po Cartagenie, postanowiliśmy na nowo przetrawić to miasto, tym razem w dzień. Chodziliśmy całymi godzinami po zakamarkach miasta, a popołudniu poszliśmy zobaczyć potężny fort Świętego Filipa broniący miasto.
Z miastem wiążą się ciekawe legendy i zwyczaje. Co roku odbywa się tu festiwal filmowy, podczas którego wręczana jest statuetka Indianki Cataliny. Mówi się, że Catalina była piękną wojowniczką indiańską, pojmaną podczas jednej z wczesnych ekspedycji hiszpańskich. Była zabrana do Ameryki Centrlnej i sprzedana jako niewolnica w Santo Domingo. Pedro de Herdida odkupił ją z powrotem w 1533 roku, czyli w roku założenia miasta. Jej statua statua stoi dziś w Cartagenie na cześć rdzennej ludności, a miasto nazwano Cartagena de Indias, czyli Cartagena Indian, dla odróżnienia od miasta w Hiszpanii. Cartagena była istotnym ośrodkiem dla ekspedycji, które rzeką Magdalena sprowadzały skarby z Ekwadoru, Peru i Kolumbii.
W XVI wielu miasto było wielokrotnie palone i rabowane przez piratów. Dlatego pod koniec stulecia zostało otoczone murami, a w 1636 roku wybudowano w nim ogromny fort Św. Filipa (największy w Amerykach). Fort był majstersztykiem hiszpańskiej inżynierii wojskowej. W XVII wieku miasto zaatakowali Anglicy i wkrótce potem jako pierwsze w Ameryce ogłosiło niepodległość od Korony Hiszpańskiej (1811 rok).
Wałęsając się po Cartagenie, odtwarzaliśmy w wyobraźni starodawne czasy.
10 I 2012, SPA, czyli Wulkan El Totumo
Marcin
Prawdopodobnie każdy chce być piękny. Ludki starają się dbać o siebie na wiele sposobów, a to maseczki, a to kremik. Albo masaż (a jeśli chodzi o masaż to najlepiej z ładną masażystką, lub dwiema, wtedy człowiek od razu młodnieje). Sposobów na zadbanie o własna urodę jest wiele. Niektórzy jeżdżą do centrów odnowy biologicznej, inni do sanatoriów. My też zdecydowaliśmy się na renowację naszych ciał. W końcu w jako takim stanie trzeba wrócić do Polski po trudach podróżowania po Ameryce Centralnej.
Jednym z naszych ulubieńców jest Shrek, więc za jego przykładem postanowiliśmy wykąpać się w błocie. Decyzja tym bardziej była łatwa, bowiem owo błoto mieści się w kraterze wulkanu El Totumo. Pozostało jedynie przejechać kilkadziesiąt kilometrów w kierunku Santa Marta i kilkanaście minut na piechotę podejść pod wulkan, a potem HOP do błota.
Wyjechaliśmy za miasto miejskim autobusem i łapiemy stopa. Po godzinie prób zrozumieliśmy, że na samej północy „okazja” prawie nie funkcjonuje i trzeba się raczej nastawić na płatne środki transportu. Powód jest jeden – to najbardziej turystyczny z turystycznych regionów kraju, w najbardziej turystycznym okresie. Ustaliliśmy z Magdą nasz budżet przejazdu do El Totumo i zaczęliśmy rozmawiać z motocyklistą (na północy Kolumbii motory funkcjonują jak tańsze taksówki – choćby dlatego, że za motor się nie płaci na płatnych bramkach).
- 40000 od osoby, to jest daleko.
- Za dużo.
- Dobrze, dobrze, 20000 od osoby, czyli 40000. Ale musicie wziąć drugi motor.
- Nie, całą Amerykę Łacińską przejechaliśmy na stopa. To cena dla Gringo, a my nie jesteśmy Gringo, przyjechaliśmy z Polski. Przecież autobus kosztuje 7000, to razem daje 28000 za dwie osoby w dwie strony. Wolimy jechać autobusem.
- Ok., wsiadajcie. Zabiorę was dwoje za 20000 peso w dwie strony. Tylko pojedziemy bocznymi drogami, bo tak nie wolno jeździć, tutaj jest to zakazane.
Ruszyliśmy więc boczną drogą, gdzie widzieliśmy nawet cztery osoby na jednym motorze i to z bagażami podręcznymi, a po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy pod wulkan błotny El Totumo.
W przeciwieństwie do wcześniej poznanych przez nas wulkanów, El Totumo jest bardzo malutkim i bardzo młodym wulkanem. Ma około sto lat i kilkanaście metrów wysokości i wygląda jakby ktoś usypał kopiec z błota. Wiele osób uważa, że to jest oszustwo. Nic bardziej mylnego. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej można zobaczyć gejzery błotne. Całkiem spore bąbelki co kilka sekund wydobywają się w seriach na powierzchnię z głębokości 2300 metrów. Sam krater ma głębokość około 15 metrów i jest wypełniony po brzegi błotem i pływającymi w nim ludźmi.
Zobaczyliśmy potwory schodzące z wulkanu i idące do rzeki w celu umycia się. Postanowiliśmy zabrać naszego kierowcę, Carlosa, do krateru i zanurzyć go głęboko w błocie. Carlos długo się opierał, bojąc się rozebrać przed nami, ale w końcu uległ. Szybko rozebraliśmy się i wskoczyliśmy do błota.
Zanurzenie się w błotnym wulkanie nie jest takie proste. Bąble gazowe (z których ewidentnie czuć siarkę, co prawda w niewielkich ilościach, ale jednak) nie pozwalają zanurzyć się pod błoto. Nawet jeśli ktoś nie umie pływać i wskoczy do błota, zanurzy się w nim jedynie do głowy. Żeby się zanurzyć całkowicie, trzeba użyć siły, czyli przytrzymać się jakiejś belki, albo poprosić towarzysza o utopienie. Błotko jest ciepłe i przyjemne dla ciała. Siedząc w El Totumo ma się wrażenie zupełnego bezwładu, jak w kosmosie, czy podczas nurkowania.
Próbowałem zrobić fikołek i zanurkować. Tylko że to nie było takie proste, bo gazy robiły swoje. Jedyne co byłem w stanie zrobić własnymi siłami, to zanurzyć się głową, a nogi wystawały mi w górę; przekręcić się nie byłem w stanie. Z braterską pomocą utopienia mnie przyszli towarzysze błotni i z całych sił wcisnęli mnie do góry nogami pod powierzchnię błota. Zanurkowałem w gardziel wulkanu i byłem w stanie dotknąć dłońmi nieco innej konsystencji błota, odrobinę bardziej skupionego i chłodniejszego (ale to była ściana krateru). Ledwo puścili moje ciało, El Totumo wypluł mnie z mocą – widocznie nie byłem smaczny J
Tak baraszkowaliśmy dość długo, aż postanowiliśmy wskoczyć do jeziora. W tak zwanym międzyczasie wiernie kroczył za nami chłopak, który trzymał nam aparat i od czasu do czasu robił zdjęcia. Spojrzałem na wyniki cykania nam zdjęć. Tylko mi takiej latarki brakowało z przodu i byłbym wiernym odzwierciedleniem potwora z głębin oceanu. Carlos był niesamowicie podobny do Golluma, a Madzia jak to Madzia, nawet w błocie wyglądała uroczo.
Wskoczyliśmy do jeziora uciekając przed paniami chcącymi wymasować nasze ciała. Najskuteczniejszą metodą pozbycia się błota z ciała było kilkakrotne nurkowanie z wyskoku. Wyobraźcie sobie jak wygląda jezioro, gdzie codziennie kapie się kilkaset błotnych potworów. Część mazi zostawili kąpiący się ludzie, a resztę dodał El Totumo wysyłając w górę bąble z błotem.
Carlos zaprosił nas na zimne piwo. Wyjęliśmy tez ananasa w różowym kolorze (to odmiana, której do tej pory nie próbowaliśmy – „manzana”, czyli jabłko). Jedno i drugie było tak bardzo nie dobre, jak bardzo fajny był El Totumo. Nigdy więcej różowego ananasa. Druga nazwa występującego tutaj ananasa nazywa się ‘oro miel”, czyli złoto miód.
Carlos zaprosił nas do swojej wioski. Jechaliśmy oczywiście bocznymi drogami, żeby ominąć posterunki policji, co było tym fajniejsze, że zamiast oglądać drogę stanową, widzieliśmy urocze zakątki między kolumbijskimi wioskami. Dotarliśmy do wioski Carlosa, czyli do La Boquilla. W wiosce żyją bardzo prości ludzie. Niegdyś żyli tam Indianie, ale obecnie zamieszkuje ją wielu Afrykańczyków. Carlos poznał nas ze swoją rodziną i pokazał okolicę, a potem odwiózł nas do Cartageny. Powiedział nam też, że to dla niego zaszczyt wozić na motorze ludzi z tak daleka. Bardzo nas to ucieszyło.
Środa, 11 I 2012, Islas del Rosario, czyli kicz nad kicze
Marcin
Historia lubi się powtarzać. Bardzo stara historia, bo ta mówiąca o początkach człowieka na ziemi. Zanim ludzie pojawili się na ziemi, zostali strąceni z Raju. Wszystko za sprawą węża i pośrednio za sprawą kobiety. Facet tak ma, że czasem posłucha niewiasty i zdarza się, że potem zarówno niewiasta jak i niewiast żałują swojego kroku. Tak stało się i tym razem.
- SSSSSSSSSSSSSSsssssss… Kup wycieczkę, kup wycieczkę… - namaw1iał nas obnośny sprzedawca wycieczek.
- Marcin, patrz, wszyscy których poznaliśmy namawiali nas, żebyśmy pojechali na wyspy Rosario. Jedźmy tam, podobno jest tam pięknie. No i mieszkali tam piraci. To 27 maleńkich wysp, które kiedyś były ich przyczółkiem. Widziałam na zdjęciach bajeczne rafy koralowe. Moglibyśmy tam nurkować.
- A jaki jest plan tej wycieczki?
- SSSSSSSSssssss… Można tam nurkować, jest bardzo ładnie, ssssssss, popłyniecie na wyspę gdzie jest ładna rafa i akwarium morskie, a potem na Playa Blanca gdzie dostaniecie obiad i będziecie również mogli oglądać rafę koralową. To najładniejsza plaża w Kolumbii.
- Jedźmy – ponownie zaproponowała Magda
- Jedźcie, sssss… - zawtórował sprzedawca.
I pojechaliśmy, a raczej popłynęliśmy. Namówiony (ja) i namawiająca, (czyli moja droga małżonka) po wycieczce mieli żałować tego kroku, ale co się stało to się nie odstanie. Trudno.
Ledwo odbiliśmy od brzegu, łódka, na której znajdowało się ponad 400 osób zaczęła się mocno kołysać na boki. To mogło doprowadzić tylko do jednego. Wszystkie ubikacje były wiecznie zajęte i to nie z powodu zbiorowego oddawania moczu. Ponad połowa pasażerów wyglądała blado, niektórym brakowało tchu, a kilkadziesiąt osób leżało na podłodze dla zmniejszenia skutków działania choroby morskiej. Po pokładzie nie dało się inaczej chodzić, jak tylko krokiem marynarskim.
Wyspy Rosario są otoczone przez rafy. Jako, że rafa koralowa łatwo się niszczy, władze postanowiły zrobić tam park narodowy, by ją chronić. Woda jest tam idealnie przejrzysta, tak że widać rafę położoną kilkanaście metrów pod wodą. My właśnie zdecydowaliśmy się na „wycieczkę”, żeby zobaczyć rafy. Ale cóż z tego, że jest to teren chroniony, skoro wszędzie krążą łodzie motorowe, czuć spaliny i benzynę. To niestety mocno zakłóca dobre samopoczucie na wyspach.
Podczas kiedy turyści tłumnie szli zobaczyć akwarium morskie przygotowane na wyspie, my założyliśmy maski i rurki i popłynęliśmy oglądać rafę. Niestety, nie było to możliwe, bowiem motorówki krążące koło nas nieustannie, nie dość, że zdecydowanie chciały nas rozjechać, to jeszcze mieszały wodę z mułem i przejrzystość wody w okolicach wyspy była żadna. Żeby zobaczyć rafę, trzeba przepłynąć na inną wyspę co kosztuje i to nie mało, bo tutejsi ludzie się cenią. Gdybyśmy się jednak zdecydowali popłynąć, to tylko na kilkanaście minut, bowiem przystanek „wycieczki” na tej wyspie trwał zaledwie godzinę. Jedyna opcja, żeby spokojnie pooglądać morskie dno, to przypłynąć tu jachtem na dłużej, bo warto.
Trudno. Jak do tej pory obietnice sssssssssssssssssprzedawcy „wycieczki” okazały się fałszywe. Ale podobno przy „najładniejszej plaży w Kolumbii”, gdzie mieliśmy popłynąć na drugi przystanek też jest bardzo ładna rafa i to zaraz przy brzegu, a po dopłynięciu na miejsce załoga serwuje obiad.
No to płyniemy. Na podłodze leży jeszcze więcej pasażerów niż za pierwszym razem a ubikacja jest zatkana na dobre. Niektórzy w ogóle z niej nie wychodzą. My też zrobiliśmy się zieloni, ale wytrzymaliśmy.
Dopłynęliśmy do „najładniejszej kolumbijskiej plaży” jak ją opisują w Lonely Planet i za pomocą kładki-promu przedostaliśmy się na ląd. Po całej plaży chodzili mężczyźni zachęcający do snorkelingu i oferujący wypożyczenie masek i rurek. Skoro wszyscy mówią, że jest tu ładna rafa i jeszcze wynajmują sprzęt, to znaczy że tak jest. Zeszliśmy pod wodę i popłynęliśmy. Rafa faktycznie była tu ładna, ale co chwilę ktoś na nas wrzeszczał z łodzi motorowej, że nie może pływać. Wręcz byliśmy przez łodzie osaczeni, a każdy zamach nogami musieliśmy śledzić, czy przypadkiem nie wkręcimy się w śrubę motorową. Dramat. Totalny bezsens. Z całego pobytu na plaży najfajniejszy był obiad. Opalanie się też było do kitu, bo ciągle było czuć zapach spalin i benzyny. Zaś sama „najładniejsza kolumbijska plaża”, czyli Playa Blanca, wcale nie była najładniejsza, bo do tej pory przynajmniej ta w Tolu była znacznie ładniejsza i ciekawsza.
NIGDY WIĘCEJ ZORGANIZOWANYCH WYCIECZEK.
Czwartek, 12 I 2012, droga do Santa Marta
Magda
- Cześć, przyjaciele! – krzyknął Carlos, prosto na którego wysiedliśmy z autobusu. – Dokąd się wybieracie?
- Witaj! Spróbujemy łapać stopa do Santa Marta.
Jak dobrze zobaczyć znajomą uśmiechniętą twarz! Carlos miał na szyi drewniane koraliki, które daliśmy mu przedwczoraj na pamiątkę.
- Nosisz to, widzę – powiedziałam.
- Tak! Będę strzegł jak skarbu!
Carlos zapakował na swój motor najpierw Marcina i Jego Wielki Plecak i odwiózł go pod posterunek policji, a potem mnie i Mój Mniejszy Plecak, również duży i ciężki i odstawił w to samo miejsce.
- Tu będzie wam łatwo coś złapać – jak nie będzie wam szło, to policja wam pomoże, zatrzyma kogoś i wsadzi mu was do auta.
Przekonawszy się o serdeczności policji w Kolumbii byliśmy w stanie z marszu w to uwierzyć. Carlos czekał z nami, aż coś zatrzyma się. Nie trwało to długo, bo po 10 minutach zatrzymał się jeep.
- Dokąd jedziecie?
- Do Santa Marta.
- Mogę podwieźć was jakąś godzinę, chcecie?
- Jasne, wsiadamy.
Wyściskaliśmy się z Carlosem za wszystkie czasy i pomknęliśmy srebrzystym jeepem. Okazało się, że kierowca jest z Medellin, ma finkę w połowie drogi z Cartageny do Baranquilli i właśnie tam zmierza. Jego pochodzenie wyjaśnia wiele, dlaczego się zatrzymał. Ludzie z wybrzeża podobno nigdy nie zatrzymują się, by zabrać stopowiczów – nie ma tu takiej tradycji.
- Dużo tak podróżujecie, czekając na okazję? Jest to możliwe w Kolumbii? – spytał kierowca.
Opowiedzieliśmy panu o naszych doświadczeniach.
- To macie szczęście! Faktycznie, spotykacie samych bardzo dobrych ludzi!
Wyciągnęłam obrazek z Janem Pawłem II i wręczyłam kierowcy.
- On nam pomaga! Papież-Polak był na tej ziemi, podróżował dużo. Chyba nas wspiera z góry.
Kierowca przeżegnał się obrazkiem i umieścił go w widocznym miejscu.
- Dziękuję! To dla błogosławieństwa mojego auta! Tutaj wszyscy kochamy tego Papieża. Faktycznie nas odwiedził i bardzo dużo wiedział o naszych problemach. I wiem też, jak bardzo był ważny dla waszej historii. Wiem, że gdyby nie Papież i Wałęsa, w Polsce dziś nie byłoby tak jak jest.
Zaskoczyła nas historyczna świadomość kierowcy. Przyznaliśmy mu rację. Dyskutowaliśmy całą drogę o Polsce i Kolumbii. Jak przystało na mężczyznę z Antiochii, pan okazał się przemiły. Zaproponował, żebyśmy zostali na jego fince nad morzem, kusił, że może zorganizować nam konie, żebyśmy trochę pojeździli. Niestety, dziś musieliśmy dotrzeć do Santa Marta.
- No to chociaż pojedźcie ze mną zobaczyć finkę, mogę też wam pokazać dużo kolorowych wulkanów, podobnych do El Totumo.
Ta propozycja była na tyle kusząca, że przystaliśmy. Pojechaliśmy na finkę, z której roztaczała się cudna panorama na morze. Finka była na wzgórzu, położenie miała rzeczywiście urocze.
Pan poczęstował nas ogromnymi kokosami i oprowadził po domu na szczycie wzgórza oraz pokazał nam kopalnię kamieni.
- Mam taki biznes w Medellin – sprzedaję kamienie, żwir i piasek. Wszystko jest stąd. Tu macie moją wizytówkę. I gdybyście zmienili plany, albo jeszcze kiedyś byli w Kolumbii, zadzwońcie do mnie, tu jest wasz dom.
Pan wsadził nas z powrotem w jeepa i pognaliśmy przed siebie przez kilka prywatnych posiadłości. Jedna z nich była dość podmokła i … cały samochód obryzgał się błotem. Wyjechaliśmy jednak na górkę, na której stał dom z basenem i jeep szybko powrócił do poprzedniego koloru. W trakcie mycia auta, podziwialiśmy piękny tropikalny pejzaż. Finki były przeogromne, sprawiały wrażenie, że ludzie żyją na zupełnym pustkowiu.
Czystym autem, wytyczając nową ścieżkę, dotarliśmy wreszcie do owych kolorowych wulkanów. Na prywatnej posesji znajdowało się 38 maleńkich i większych kraterów błotnych. Niektóre bulgotały, a niektóre zdawały się być przyschnięte. Chciałam przez taki jeden zaschnięty krater przejść, ale … zastygnięta była tylko zewnętrzna powłoka i … nagle poczułam ciepłe błotko na całych nogach… Wpadłam do środka!
Wyszłam szybko z błotnej kąpieli, musiałam powycierać się jakoś, by wejść do samochodu… Wszyscy mieli ze mnie ubaw, ja z resztą też śmiałam się z siebie nie mało. Zatrzymaliśmy się przy jeziorku, gdzie mogłam się umyć i przy pomocy mydła odzyskać bały kolor skóry na nogach. Nasze oglądanie kolorowych wulkanów błotnych miało więc charakter empiryczny.
Pan zawiózł nas na stację benzynową na drodze do Baranquilla, pożegnaliśmy się. Niestety, zrobiło się już za późno jak na łapanie stopa, więc do Santa Marta dotarliśmy autobusem. Było w nim STRASZLIWIE zimno. Widać, we wszystkich krajach Ameryki Centralnej autobusy mają za zadanie mrozić pasażerów. Być może jest to dla nich atrakcja w tych gorących klimatach…
W Santa Marta na dworcu spotkaliśmy się z Jhojaxonem z CouchSurfingu. Następne kilka dni spędzimy z nim.
- Pracuję w Parku Narodowym Tayrona – powiedział Jhojaxon – jeśli macie ochotę, możecie pojechać jutro ze mną transportem dla pracowników, nie będziecie wtedy musieli płacić po 18$ za wstęp do parku. Warunek jest tyko taki, że trzeba wcześnie wstać. Pracowniczy bus odjeżdża o 5.30.
Jasne, że jesteśmy chętni!
Jhojaxon zna w parku wszystkich, dlatego zapewnił nas, że będziemy mogli rozbić namiot przy restauracji znajomych i że zaprowadzi nas do najładniejszych raf koralowych.
Idziemy zatem spać, by jutro z ranka wstać na spotkanie z przyrodą.
Piątek, 13 I 2012, Park Narodowy Tayrona, Neguanje
Marcin
Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie? Nie, trzeba się pożegnać ze spaniem, czas się pakować i ruszać do Parku Narodowego Tyrona. Jeszcze przed świtem znaleźliśmy się na placu targowym, skąd odjeżdżały busy wiozące pracowników parku. Zapakowaliśmy się do środka. Przystanek dalej dołączyła się do nas czwórka innych osób chcących dostać się tą samą droga na teren parku. Żeby wejść do środka trzeba zapłacić 35000 peso, natomiast bus wiozący pracowników do parku wwozi ludzi beż konieczności kupowania biletów. Gdyby nie kontakt z Jhojaxonem z CouchSurfingu, najprawdopodobniej nie skorzystalibyśmy z tej możliwości.
Koło godziny 7:30 mogliśmy się rozkoszować cudownym widokiem roztaczającym się z plaży. Skały porośnięte kaktusami i drzewami ostro schodziły do wody. W niektórych miejscach z wody wystawały wyspy skalne. Rafa koralowa miała idealne warunki do rozwoju na skalnej podstawie. Przy brzegu były dość mocne fale, więc i woda była mętna, ale kilkadziesiąt metrów dalej idealnie klarowna woda pozwalała na obserwację rafy koralowej.
Brak snu dał się nam we znaki, więc rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Kilka godzin później na plaży pojawiły się wieloryby, czyli plażowicze. My wskoczyliśmy do przyjemnie ciepłej wody i baraszkowaliśmy w niej przez kilka godzin skacząc na morskie fale.
- Po południu przejdziemy się na sąsiednią plażę, tam restaurację ma mój kolega, będziecie mogli rozbić u niego namiot – zaproponował Jhojaxon. Ja dotrę trochę później, bo muszę dokończyć pracę.
Kiedy przyszła umówiona pora ruszyliśmy z Magdą ścieżką przez las w kierunku wskazanej plaży. W nocy w lesie była jednak wichura i w niektórych miejscach ścieżka była zablokowana. Odbiliśmy od utartego szlaku i weszliśmy na nieco zapomnianą ścieżkę. Dżungla zaczęła się już nią interesować, więc wyjąłem maczetę i przetrzebiłem drogę. Kilkanaście minut później byliśmy na miejscu.
Rozbiliśmy namiot i w oczekiwaniu na Jhojaxona zaczęliśmy przy latarce rozwiązywać sudoku. Jeszcze niedawno Magda nie znała zasad tych łamigłówek, ale kiedy w Kolumbii wytłumaczyłem Jej o co w tym chodzi, każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na sudoku.
Kiedy nastały egipskie ciemności i już myśleliśmy, że Jhojaxon się nie pojawi usłyszeliśmy wołanie naszego kolegi.
- Chodźcie, przedstawię wam moich przyjaciół.
Jhojaxon przyniósł nam po butelce piwa i usiedliśmy wspólnie z jego przyjaciółmi na plaży rozkoszując się rozgwieżdżonym niebem, szumem fal i smakiem złotego trunku. Po imprezie wróciliśmy do namiotu, a Jhojaxon rozłożył swój hamak, po czym udaliśmy się w objęcia Morfeusza.
Sobota, 14 I 2012, Park Narodowy Tayrona, Playa Cristal, Neguanje i Santa Marta
Marcin
Playa Cristal miała te same walory, co poprzednia. Dodatkowo fale nie uderzały tu z siłą, lecz były bardzo spokojne, między innymi dlatego, że Playa Cristal znajduje się lekko na uboczu od otwartego morza. Dodatkowo rafa zaczyna się tu bezpośrednio przy brzegu. Te czynniki zachęcają ryby z Morza Karaibskiego do zamieszkania w tym miejscu. Władze postanowiły zrobić tu rezerwat rafy koralowej, a teren objęły ochroną tworząc „park”. Poza tym, że nazwali go „parkiem” i pobierają haracz w wysokości 35000 peso za wstęp (czyli około 55 zł), nie zrobili nic, żeby stworzyć jakąkolwiek infrastrukturę. „Parkowa droga” (w zasadzie jaka droga) ma więcej dziur niż ustawa przewiduje. W „parku” brak prysznica dla plażowiczów kapiących się w morzu, należy myć się w parkowej rzece, która razem z mydlinami trafia wprost na rafy. Istniejące ubikacje zachęcają do korzystania z pobliskich drzewek, krzaków i zakamarków, byle nie z ubikacji, a po całym terenie jeżdżą motorówki (czuć więc benzynę i spaliny). Rybacy zaś łowią ryby w sieci, a odpadki z ryb wyrzucają do lasu zachęcając drapieżne ptaki to przybywania na obszar „parku”. Gdzie więc jest ten „park”? Zrobiono wszystko, żeby teren zniszczyć i jeszcze na tym dobrze zarobić.
Poobserwowaliśmy morskie dno, które jeszcze jest piękne, ale najprawdopodobniej to się zmieni na gorsze. Po kilku godzinach przeszliśmy na wczorajszą plażę, gdzie od świtu uwijał się przy plażowiczach Jhojaxon. Chcieliśmy pojechać tego dnia do Minca i wyjść wcześniej z „parku”, ale dopiero po południu pierwszy transport wyruszał w kierunku Santa Marta. Zmuszeni do pozostania skoczyliśmy do morza i baraszkowaliśmy w nim radośnie.
Kiedy Jhojaxon zakończył swoją pracę, wsiedliśmy do chivy. Chiva to nic innego jak autobus, który służy do dowożenia ludzi do pola, a w miastach odbywają się w nim imprezy. I tym razem rozpoczęła się rumba, czyli impreza. Kierowca włączył muzykę, a pasażerowie klaskali i śpiewali przez całą drogę do miasta, zwracając tym samym na siebie uwagę mieszkańców pozdrawiających nas z pobocza. W Medellin przejeżdżaliśmy kolo takiego autobusu i widzieliśmy w środku tańczących przy głośnej muzyce ludzi.
Kiedy dotarliśmy do domu Jhojaxona, jego mama postanowiła zdradzić nam sekrety kuchni kolumbijskiej. Poznaliśmy więc tajniki przygotowywania pata jonów, czyli naszych ulubionych bananowych placków. Wytłumaczyła też jak po kolumbijsku gotuje się ryż. W wolnej chwili na pewno zamieścimy kilka przepisów kolumbijskich potraw na naszej stronie.
Niedziela, 15 I 2012, Palomino
Magda
Rozmawiałam z Jhojaxonem o ciekawych rzeczach w okolicy.
- 7 kilometrów od Santa Marta jest wioska rybacka Taganga, gdzie zatrzymuje się wielu backpackerów. To malownicze miejsce, jest tam wiele klubów nurkowych i zawsze jest rumba. Jakieś pół godziny drogi na południe jest Minca, nowoczesna wioska ekologiczna u podnóża Sierra Nevada, w której są liczne plantacje kawy i rzeka. No i jest Palomino, miejscowość nad morzem, gdzie żyją Indianie i gdzie można zobaczyć ośnieżone pasma Sierra Nevada z plaży. Jest to jedyne miejsce, skąd można zobaczyć panoramę Sierry i to z poziomu morza.
Zobaczyć najwyższy szczyt Kolumbii wznoszący się ponad 5600 m npm z poziomu morza, w dodatku w otoczeniu Indian wydało nam się bardzo ciekawe.
- Jedziemy zatem do Palomino! – zdecydowaliśmy.
- To świetnie, bo mieszka tam mój wujek, Juan. Możecie rozbić sobie namiot na jego fince. Wysiądźcie koło stacji benzynowej ”La Sierra” i idźcie szutrową drogą w górę, jakieś 5-7 minut. Działka będzie po lewej stronie. Dom Indian jest zaraz za działką wujka, a następnie jest cmentarz – zatem jak go zobaczycie, to znaczy, że minęliście finkę. Pytajcie ludzi, która to działka, bo wujka całe Palomino zna.
Wyposażeni w te wskazówki, ruszyliśmy w drogę. W centrum Santa Marta poszliśmy jeszcze na mszę świętą w Katedrze, czyli w najstarszym kościele katolickim w całej Ameryce Południowej! Bo trzeba wiedzieć, że Santa Marta to pierwsze miasto założone przez Hiszpan na terenie kontynentu, powstałe w 1525 roku. Katedra nie była specjalnie ładna, ale była w niej ciekawa figurka Maryji, która przybyła wraz z założycielami miasta, jako dar Korony Hiszpańskiej.
Stanęliśmy na drodze wylotowej z miasta. Łapaliśmy wszystko – i autobusy, i okazje, ale przez godzinę nic nie chciało się nam zatrzymać. Autobusy jechały pełne z Baranquilli, a osobówki w większości wiozły całe rodziny. W końcu jednak podjechał jakiś lokalny autobus, który tu rozpoczynał trasę i udało nam się wsiąść.
Mijaliśmy mnóstwo plantacji bananów i mnóstwo punktów sprzedaży rękodzieła Indian Wayúu. Po godzinie dotarliśmy do Palomino, wysiedliśmy przy odpowiedniej stacji. Od razu zobaczyliśmy kilkunastu Indian: długowłose kobiety i mężczyźni, wszyscy na bosaka, odziani w bardzo proste bawełniane białe stroje i każdy wyposażony w kilka ręcznie plecionych torebek, skrywających pewnie większość dobytku.
Idąc szutrową drogą, widzieliśmy napisy „Hay chicha”, czyli „Jest czicza”.
- Może wreszcie spróbuję tego napoju – wyraził ochotę Marcin.
- Dobrze, to zapukajmy.
Chłopak podał nam dwie szklane butelki po coca-coli, napełnione różową, nie przeźroczystą cieczą… Zarówno kolor, jak i sposób podania wzbudziły moje podejrzenia. W Boliwii trunek ten zawsze pije się z czarek zrobionych z połówek kokosa. Nikt nie dałby takiej świętości w butelce po coli. No i boliwijska chicha ma naturalny kolor – mętny, lekko żółtawy lub czerwonawy, w zależności od tego, z jakiej kukurydzy przyrządzony (w Boliwii są dwa typy dużej kukurydzy, zwanej chochlo, moreno, czyli ciemna, w kolorze buraka oraz blanco, czyli biała). Napój ten jest spuścizną indiańskiej tradycji: przygotowuje się go, powodując fermentację ziaren kukurydzy poprzez ich przeżuwanie.
Otworzyliśmy jednak butelki. Napój smakował jak kaszka ryżowa z dodatkiem owocowego aromatu. Nie było w nim czuć alkoholu…
- Z czego jest ta chicha? – spytaliśmy chłopaczka. – Chyba nie ma w niej procentów!
- Nie ma przecież procentów w chichy, to napój z gotowanego ryżu – wyjaśnił młodzieniec.
A więc nie jednemu psu Burek…
Dotarliśmy do parceli wujka. Powitał nas radosny starszy pan. Jego twarz była mocno osmagana słońcem i rozświetlona szczerym uśmiechem.
- Jesteśmy znajomymi Jhojaxona. Przysłał nas tu z Santa Marta. Czy możemy przenocować w namiocie na pana działce?
- Oczywiście! Czujcie się tu jak w domu! Proszę, rozgośćcie się.
Rozbiliśmy namiot i chcąc wykorzystać ostatnie chwile przed zmrokiem, poszliśmy na plażę. Nie zdążyliśmy jednak dotrzeć tam przed zachodem słońca i podziwianie panoramy zostało nam na jutro. Zrobiliśmy sobie jednak miły spacer pod wygwieżdżonym niebem, w towarzystwie księżyca i przy rozszalałym morzu, nad którym władał dziś silny wiatr.