Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 11

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Tańce wśród Piratów
Napisane przez: mmm
Ocena: 0 (Głosów: 0)
Do_gory   W_dol
« Cz. VII – Bogota, Kolumbia
25.01.2012
6519 km

Cz. VIII – Region Kawy, Kolumbia

Poniedziałek, 26 XII 2011, Armenia

Marcin

Wydostaliśmy się z Bogoty i stanęliśmy przy drodze, żeby złapać stopa. Po upływie godziny zabrał nas Oskar, były wojskowy, a obecnie prezes fundacji zajmującej się pomocą dzieciom będącym ofiarami wojny domowej w Kolumbii. Oskar jest całkiem miłym człowiekiem, tylko troszkę za szybko jeździ. Przy ograniczeniu do 30 km/h jedzie 60-70 km/h, a przy ograniczeniu do 40 km/h zazwyczaj nie schodzi poniżej 110 km/h. Zamiast jechać główną drogą, Oskar skręcił na wąską drogę górską, żeby nam pokazać kilka ciekawych miejsc przyrodniczych. Przejeżdżaliśmy koło wielkiego wodospadu, nad którym majestatycznie królowały serpentyny górskich przełęczy.

- Można chodzić po tych górach?

- Są piękne, ale nie należy chodzić w te góry. Jest tu bardzo niebezpiecznie. Te lasy zamieszkują biedni ludzie i bojówki partyzantów. Jeśli zobaczą kogoś obcego, najprawdopodobniej go zabiją – odpowiedział Oskar.

Jechaliśmy przez bardzo malownicze góry, w upale. Mijaliśmy wiele plantacji owoców tropikalnych, przy jednej zakupiliśmy siatkę z 6 dużych mango za 2 dolary.

Po czterech godzinach dojechaliśmy do Ibaque. Tam długo nie mogliśmy złapać stopa. Zostało nam do pokonania około 80 kilometrów po górskiej drodze. Po dwóch godzinach zatrzymał się tir.

- Jedzie pan do Armenii?

- Tak, ale gdzie?

- Do Armeni – powtórzyła Magda

- Wiem, ale gdzie się zmieścicie – kierowca wskazał zagraconą szoferkę. Zabiorę was, ale tylko jedna osoba może tu siedzieć i to bez plecaków.

Kierowca otworzył właz do kontenera, zapakowaliśmy do środka plecaki i wskoczyłem na pakę. Drzwi zostały przywiązane sznurkiem do kontenera. Wyjąłem z plecaka koc i ruanę i wygodnie się na nich położyłem. Tylko na wyboistej drodze podskakiwałem, aż plecy bolały, bo tir nie miał resorów.

Mieliśmy jechać jakieś 3 godziny. Po prawie trzech godzinach stanęliśmy, bo utworzył się korek z powodu remontu drogi. W Kolumbii pora deszczowa trwa dwa miesiące, ale w tym roku trwała cztery i sporo górskich dróg i mostów zostało zerwanych. Stoimy więc i czekamy aż tiry z naprzeciwka przejadą. Leżę sobie wygodnie w czeluściach kontenera, a tu nagle mój błogi spokój przerywa kobieta roznosząca kawę.

- Proszę pana, szofer kazał dać panu kawę – po czym nalała mi kubek gorącej kawy i skinęła kierowcy do lusterka, że wykonała misję.

Zacząłem pić kawę, ale kierowca nagle ruszył i pół kawy się wylało. Szkoda, bo kawa była dobra a teraz sam smakowałem jak kawa.

Przejechaliśmy może 5 kilometrów i tir znowu stanął. Nadal leżę sobie wygodnie, a tu podchodzi do szczeliny w kontenerze policjant i pyta:

- Wszystko w porządku?

- Tak.

Policjant zniknął i podszedł do kierowcy.

- Co on robi z tyłu?

- Wziąłem ich niedaleko stąd, ale nie miałem miejsca, więc zgodziłem się ich zabrać tylko do Armenii.

Zaczęło się sprawdzanie dokumentów kierowcy i naszych paszportów. W końcu policjant nas puścił dalej. Jechaliśmy coraz wyżej, aż zaczęło się robić zimno. Podczas kolejnej przerwy Magda powiedziała mi przez szparę, żebym się cieplej ubrał, bo będziemy przejeżdżać przez przełęcz na wysokości ponad 3800 m.n.p.m. Włożyłem na siebie wszystko co miałem w plecaku, ale na niewiele się to zdało, bo stalowy kontener utrzymywał lodowatą temperaturę. Kiedy wreszcie pokonaliśmy górskie serpentyny i po pięciu godzinach dojechaliśmy do Armenii, zrobiło mi się troszkę cieplej. W Armenii Magda powiedziała mi, że po drodze było mnóstwo palm, plantacji kawy, bananów i fasoli, i że okolica była bajeczna. Niestety ja widziałem niewiele poza krajobrazem zza uchylonych drzwi tira.

Dojechaliśmy na dworzec, gdzie znaleźliśmy budkę telefoniczną i zadzwoniliśmy do Jorge.

- Cześć Jorge, jesteśmy na dworcu, przyjedziesz po nas?

- Dziś już nie, jest późno i niebezpiecznie jest jeździć o tej porze. Zadzwońcie do mnie o 10 rano, wtedy po was przyjadę – odpowiedział Jorge i się rozłączył. Jorge czekał na nas kilka godzin, ale przez remonty na drogach nie dało się jechać szybciej.

- Dam mu negatywa na CS – powiedziała Magda.

Cóż było robić, usiedliśmy z komputerem przy dworcowej jadalni i próbowaliśmy złapać jakąkolwiek sieć. Zainteresowali się nami młodzi policjanci. Zaczęli szukać razem z nami sieci, podawali przeróżne hasła, ale żadna nie chciała z nami współpracować. Jeden z policjantów zabrał Magdę i poszedł z nią do jednej z linii autokarowych.

- Ten autobus zaraz odjeżdża, w środku jest internet, ale działa tylko wtedy, kiedy silnik pracuje – powiedział policjant, po czym kazał kierowcy uruchomić silnik i Magda mogła skorzystać z internetu.

- Nikt inny nas nie zaakceptował – powiedziała Magda, zostają nam hostele albo dworzec.

Postanowiliśmy spędzić noc na dworcu. Mieliśmy tam wszystko, łazienkę, w której mogliśmy wziąć nawet prysznic, kawałek podłogi do rozbicia obozu i osobistą ochronę w postaci młodych policjantów, którzy nas bardzo polubili. Bardzo zainteresowali się instytucją CS i prawdopodobnie sami zaczną korzystać z tej formy podróżowania.

A co do młodych policjantów, to w Kolumbii większość jest w wieku 20-25 lat. Kiedy w Kolumbii szef kartelu narkotykowego miał silna pozycję, płacił swoim ludziom 1000 dolarów za zabicie jednego z policjantów. Teraz tych starszych policjantów już nie ma, bo nie żyją, ich miejsce zajęli żółtodzioby.

Wtorek, 27 XII 2011, Armenia

Magda

- Buenos dias, jest godzina czwarta. Bardzo was proszę o przeniesienie się na dół, bo tu będą otwierane oficyny – budzi nas ochroniarz, przerywając nadzwyczaj spokojny sen w cichuteńkim zakątku dworca.

Cóż było robić, zebraliśmy manatki i przenieśliśmy się na dół, gdzie spało jeszcze kilku podróżujących.

- Buenos dias, jest piąta. Nie możecie już tu spać, bo otwieramy restaurację. Możecie się udać do poczekalni.

Ja na krzesłach w poczekalni spokojnie pospałam do 8:30, a Marcin napisał spory kawałek artykułu.

Poszliśmy na dworcowe śniadanko, złożone z kilku papa rellena i kilku  pan de bono oraz z soku z mango.

O10 zadzwoniłam do Jorge.

- Podejdźcie na parking przy dworcu. Będę tam za 10 minut. – odpowiedział nasz nowy gospodarz.

Pojawił się nawet wcześniej, przyjechał jeepem z ogromnym, ślicznym psem. Od pierwszej chwili wzbudził naszą sympatię i złe emocje po wczorajszym telefonie prysły.

- Witajcie. Jestem Jorge. Bardzo mi miło, że możemy się spotkać. Pozwólcie, zapakuję wasze bagaże do auta.

Umówiliśmy się, że Jorge pojedzie zawieźć psa do domu i spotkamy się w południe w Parku Sucre. Jorge wytłumaczył nam drogę.

Na wszelki wypadek podeszłam do dworcowego punktu informacji turystycznej po jakąś mapkę; niestety, „skończyły się”, ale za to dostałam całkiem niezły przewodnik po całej Kolumbii, zupełnie za darmo. Panie wskazały mi, która część traktuje o regionie kawy.

Poszliśmy w kierunku parku. Po drodze zjedliśmy lody, kupiliśmy 2 wielkie ananasy za dolara i z 20 bananów za drugiego dolara i dotarliśmy na miejski deptak. Napis „WINO Z KAWY” na wystawie sklepiku z kawą zaprosił nas do środka…

- Jak to „wino z kawy”? – zapytałam sprzedawczynię.

- Robi się tu takie. Chcesz spróbować?

Tak rozpoczęliśmy degustację kawowych przysmaków. Wino nie było za dobre, smakowało jak słodkie wino pomieszane z mocną kawą; ekspedientka nie potrafiła wyjaśnić nam, jak się je produkuje, więc całkiem możliwe, że właśnie tak, jak smakuje… Pyszny był za to likier kawowy, a już całkowicie doskonałe kawowe arequipe, czyli coś w stylu masy krówkowej wzbogaconej o szlachetny smak kawy. Skosztowaliśmy też kawowych ciasteczek i karmelków.

Posileni, dotarliśmy do Parku Sucre, gdzie pod bardzo wielkim drzewem ceibo spotkaliśmy się z Jorge.

Jorge pokazał nam swój rodzinny dom.

- Mam finkę i dom na fince. Teraz jednak mieszkam tu, z mamą, bo potrzebna jest jej opieka. Mama choruje na Alzhaimera. Ale ostatnio ma się bardzo dobrze, jakby choroba zanikała. Wiecie, to jest naprawdę niesamowite! Mama ma 85 lat i zakochała się! W panu, który ma 95 lat, znają się od dzieciństwa. On mówi, że mama wcale się nie zmieniła! Jej ta relacja bardzo służy! A wracając do mojego domu, to wynająłem go teraz jednej rodzinie. Pojedziemy na finkę spać, ale tak jak wam pisałem, będziemy spać w ogrodowym domku. Tam jest bardzo ładnie. Muy lindo.  A może macie ochotę pójść teraz na kawę? Zapraszam was!

Jorge okazał się przekochanym, otwartym, bardzo przejrzystym człowiekiem. Komunikowanie się z nim było bardzo proste, wszystko było klarowne, jasne, jednoznaczne.

Wypiliśmy przepyszną kawę w przyjemnej kawiarni.

- Wiecie, że plantacja tej kawy jest niedaleko mojej finki? Możemy tam pojechać któregoś dnia.

- Jasne, taka pyszna! Może będzie można trochę kupić.

Rozmawialiśmy dużo o podróżowaniu. Jorge wypytywał, gdzie byliśmy, jak nam się podobało, co polecamy w Ameryce Centralnej.

- Jestem profesorem matematyki. Teraz jestem na emeryturze. Nie trzyma mnie praca, planuję więc podróż. Chcę polecieć do Meksyku, pobyć tam z miesiąc, kupić samochód i zjechać aż do Kolumbii.

Spojrzeliśmy z Marcinem na siebie porozumiewawczo…

- A możemy pojechać razem? – zapytaliśmy. – Nas interesuje odcinek od Meksyku do Nikaragui.

- Jasne, że tak! Byłoby wspaniale! Ja też pojechałbym z kolegą albo koleżanką, byłoby nas więc 4 osoby, moglibyśmy rozłożyć koszty paliwa i zrobić ładną trasę.

- Świetnie. My mówimy poważnie. Moglibyśmy to zrobić za półtora roku, dwa lata, żeby odłożyć fundusze, a przede wszystkim spłodzić dzieciaka i zabrać go z nami, jak będzie już umiał siedzieć.

- Dobrze! Ja bardzo lubię maluszki, więc nie ma problemu.

Cóż za cudowne plany na przyszłość! Fajnie będzie podróżować z maleńkim człowieczkiem i pokazywać mu świat! Tony Halik jak pojechał z żoną w podróż z Alaski do Ziemi Ognistej, w mediach kilka razy podawali informację, że zaginęli, a oni szczęśliwie wrócili po 2 latach z półrocznym dzieckiem. A więc skoro parędziesiąt lat temu dało się podróżować z maleństwem, teraz może być to jedynie prostsze.

Zregenerowawszy siły, umówiliśmy się z Jorge na spotkanie o szóstej, a sami poszliśmy do oddalonego o 5 km Muzeum Quimabya, prezentującego kulturę Indian Quimabaya, którzy zamieszkiwali te tereny. Zobaczyliśmy znowu wyroby ze złota, ceramikę oraz dwa groby indiańskie, z czego jeden oryginalny, sprzed 400 lat.

Wracając podziwialiśmy po raz kolejny kolumbijskie artesañas, tym razem w tanich, prowincjonalnych cenach. Zauważyliśmy, że tu wszystko jest dużo tańsze, niż w Bogocie.

Wieczorem dotarliśmy z Jorge na finkę, mijając po drodze rozległe plantacje kawy i bananów. Okazało się, że finka jest dość spora, wynajęty dom jest duży i nowoczesny, a nasz ogrodowy domek jest jeszcze nie wykończony… Brakuje mu okien i drzwi, ale ma sanitariaty, prysznic, lodówkę i światło, więc spokojnie w tym ciepłym klimacie da się w nim spać. Poza tym finka jest bardzo ładnie położona, jest na niej spokojnie, nie słychać żadnych odgłosów ulicy.

Podobno każdy Kolumbijczyk marzy o własnej fince z domkiem. Trzeba przyznać, że mimo iż finki są z dala od miasteczek, mają swój klimat.

Poszliśmy spać przy akompaniamencie cykad i świerszczy. I komarów…

 

Środa, 28 XII 2011, Armenia

Marcin

- Witamy na plantacji Recuca. Zapraszamy do poznania zwyczajów związanych z produkcją kawy jak i do jej zbierania – powiedział młody mężczyzna, koło którego kroczył osioł obładowany workami z kawą. Tak naprawdę worki były wypchane sianem, ale do tego, żeby turysta mógł zrobić zdjęcie, były w sam raz. Osioł chodził po całej plantacji i skubał trawę.

Cała „ścieżka kultury kawy” została przygotowana na potrzeby turystów. Mężczyźni ubrani w tradycyjne stroje plantatorów kawy oprowadzali zwiedzających po zakamarkach posesji, opowiadali o historii kawy, jej odmianach, sposobie picia, suszenia i palenia. Wyglądało to troszkę jak w wesołym miasteczku, ale pozwalało na dokładne poznanie technik uprawy i przyrządzenia kawy.

Tradycyjne plantacyjne domy są bardzo kolorowe i wesołe. Na werandzie zawsze rosną kwiaty, koło domu pasie się krowa lub dwie. W okolicy krąży kilka koni i osiołków, a po horyzont ciągną się krzaki kawy. Przy drodze obowiązkowo stoi przynajmniej jeden WhilyZ, czyli kultowy samochód. Produkcja tych samochodów została zakończona 40 lat temu i jedynie w Kolumbii Whily jest nadal popularny, a każda sztuka jest pieszczona, gładzona i pucowana.

Ruszyliśmy ścieżką między krzakami kawy. Kawa produkowana w Kolumbii, Kenii i Tanzanii jest najlepsza, ponieważ cały proces jej uprawy, zbierania i suszenia odbywa się ręcznie i trwa bardzo długo. Dzięki temu da się otrzymać więcej kawy z kawy, a do naszych domów trafiają ziarna bez zbędnych paprochów.

Po krótce hodowla kawy wygląda tak:

W małej tacce z drobnym żwirem sadzi się ziarna kawy. Kiedy wzejdą przesadza się je do worka z ziemią. Tam sadzonki rosną do momentu kiedy korzenie nie przekroczą 30 cm długości. Potem krzaczki przesadza się do gruntu, gdzie korzenie rosną do głębokości 50 cm i 110 cm na szerokość. Kiedy na krzewie pojawia się biały kwiat, jest to znak, że zbliżają się obfite zbiory, dlatego plantatorzy mówią na niego „kwiat nadziei”. Kwiaty znikają i pojawiają się owoce. Kiedy zmienią kolor z zielonych na żółte lub najlepiej na czerwone, przychodzi czas zbiorów.

Czerwone kulki zbierane są do gumowych lub wiklinowych koszy i transportowane do finki, czyli na działkę z domem. Tam ziarna są oddzielane od łupinek. Dawniej na wydrążonym kamieniu kładziono owoce i drugim kamieniem pocierano po nich. Łupinka łatwo się usuwa. Obecnie owoce wkłada się do maszynki ręcznej, gdzie znacznie szybciej oddziela się ziarna.

To jednak nie wszystko. Otrzymane ziarna są chronione przez tak zwany pergamin. Zanim zostaną poddane paleniu, trzeba je wysuszyć. Są dwa podstawowe sposoby suszenia ziaren. W pergaminie wkłada się je do pomieszczenia ocieplanego powietrzem z pieca. To jest szybki sposób suszenia, bowiem po 16 godzinach mamy gotowe do transportu ziarna. Niestety wpływa to niekorzystnie na kawę, bowiem podczas tego procesu właściwe ziarna się kurczą. Dlatego najczęściej ziarna w pergaminie suszy się na słońcu. Trwa to dłużej, ale dzięki temu można odzyskać więcej kilogramów ziaren.

W takiej formie (czyli wysuszone ziarna w pergaminie) są transportowane do producentów, którzy palą kawę wedle swoich upodobań.

Na plantacji poznaliśmy też wiele sekretów rodowitych mieszkańców.

- W tej torbie zawsze nosi się kilka podstawowych rzeczy. Jest to aguardiente, czyli słodka wódka, cygaro, grzebień do wyczesywania wszy, karty do gry z drugim zbieraczem, kości do rzucania. To są bardzo potrzebne rzeczy. Na przykład cygaro jest zegarkiem. Jest tak długie, że wystarcza na godzinę palenia. Dzięki temu wiemy jak długo idziemy. Maczeta, którą nosimy ze sobą służy do torowania sobie drogi, albo do wyrównywania rachunków.

Na plantacji dowiedzieliśmy się wszystkiego poza jednym, jak domowym sposobem szczegółowo pali się kawę i jakie w tym procesie posiada właściwości. Chcieliśmy też zakupić trochę kawy, żeby zabrać do Polski, ale ta która była w sprzedaży została przygotowana pod turystów i w odpowiedniej dla nich cenie. Postanowiliśmy zdobyć jednak kawę na innej plantacji.

Wróciliśmy do Armeni i poszliśmy do Parku Życia. Tam również była ścieżka kawowa przygotowana tym razem dla dzieci. Wielkie lalki były podświetlone wężami świetlnymi. Postacie prezentowały cały proces uprawy i transportu kawy. To już wszystko wiedzieliśmy, więc przyjemnie było popatrzeć jak w zabawnej formie przedstawiono to wszystko dzieciom.

Po całym dniu wróciliśmy do Parku Sucre, gdzie byliśmy umówieni z Jorge i wróciliśmy do domu.

 

Czwartek, 29 XII 2011, Solento

Magda

- Dzień dobry! Jak pan się miewa? – powiedział Jorge do pracownika plantacji La Morelia, pilnującego wjazdu na posesję.

- Dzień doby, dziękuję, a pan?

- Jestem tu z dwójką przyjaciół z Polski. Bardzo interesuje ich uprawa kawy, chcieliby też kupić sobie do Polski trochę. Czy możemy wjechać?

- Oczywiście! Zapraszam serdecznie, załoga na dole na pewno odpowie na wszystkie wasze pytania i pomoże w wyborze kawy.

- Oni chcieliby kupić kawę pergaminową, jak myśli pan, będzie taka możliwość?

- Myślę, że tak, bo mamy świeżo wysuszony pergamin, ale na dole wszystko wam jeszcze powiedzą.

Wjechaliśmy więc za ogrodzenie plantacji i zjechaliśmy kilka kilometrów w dół, do pięknego stylowego domku, gdzie mieściła się administracja plantacji i kawiarenka dla gości.

- Witam serdecznie – powiedział do nas Alberto, Dyrektor Produkcji Kawy. – W czym mogę pomóc?

- Chcielibyśmy zakupić kawę pergaminową, żebyśmy mogli sobie sami ją uprażyć w domu. No i oczywiście chcielibyśmy się dowiedzieć wszystkiego o prażeniu kawy, o właściwościach tego procesu i walorach różnych gatunków kaw.

- Dobrze. Zapraszam zatem najpierw do miejsca, gdzie suszy się pergamin. Możecie zobaczyć, jakiej jakości mamy kawę. Mogę się założyć, że nie znajdziecie ani jednego pękniętego ziarenka. Wszystkie są ręcznie selekcjonowane.

Zobaczyliśmy połacie suszących się idealnych ziaren pergaminu oraz wielkie worki z logo producenta.

- Niestety, nie mogę sprzedać wam pergaminu, bo pewnie będziecie transportować go samolotem. To jest zabronione – jest to płód rolny. Jeśli chcielibyście uprażyć go tutaj – nie byłoby problemu. Na lotniskach bardzo ostro przestrzegają tego przepisu i moglibyście mieć problemy. Ale mogę sprzedać wam migdałki kawowe, czyli dokładnie to, co będziecie prażyć. Po ściągnięciu pergaminowej skórki nie uważa się już kawy za płód rolny.

- Dobrze! Nie ma problemu. Słyszeliśmy tylko, że lepiej transportować kawę w pergaminie, gdyż lepiej zachowuje swoje właściwości.

- Faktycznie, firmy robią tak, chociaż koszty są wyższe, bo jest kawa z białą skórką jest cięższa, a i tak skórkę usuwa się. To są jednak ilości przemysłowe i taka kawa musi czasem poleżeć dość długo. Transportuje się ją statkami, które mają na to specjalne zezwolenia i płacą odpowiednie cło. Żebyście nie mieli najmniejszych problemów, zapakujemy wam migdałki w takie same firmowe opakowania 250g, w jakich sprzedajemy już gotową, uprażoną kawę.

- Doskonały pomysł, dziękujemy!

Pomocnica szefa odważyła 2kg migdałków i wsypała je do 4 firmowych torebeczek. Zgrzane, wyglądały identycznie, jak kawa na półkach w supermarkecie. (Cena takiej kawy to około 20 PLN za kilogram).

- A teraz zapraszam was na degustację. Wytłumaczę wam, jak prażyć kawę, w zależności od tego, jaki napój zamierzacie pić.

Przeszliśmy do kawiarenki, mieszczącej się na tarasie domku. Spostrzegliśmy wielki, profesjonalny ekspres do kawy i dwa równie wielkie młynki. Na tarasie wisiały kolorowe hamaki, można też było zasiąść w bujanym fotelu i degustować aromatyczną filiżankę, kontemplując bajeczny górski pejzaż.

- Od czego zaczynamy? Espresso? Cappuccino?

- Niech będzie espresso – odpowiedzieliśmy zgodnie.

- Dobrze. Na espresso prażymy kawę 16 minut w temperaturze 210 stopni. Zobaczcie, taką kawę mam w tym młynku. Jest ona jaśniejsza, niż kawa na cappuccino czy latte, właśnie dzięki prażeniu w wyższej temperaturze.

- A jaki wpływ ma prażenie na smak kawy? – zapytałam.

- Zaraz sami będziecie mogli odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale dobrze, wyjaśnię wam to dokładnie. Kawa na espresso powinna być kwaśnawa. Poprzez prażenie w wyższej temperaturze, niszczą się ziarenka cukrowe w kawie. Generalnie jest ich dość dużo. Zobaczcie, kawa na cappuccino jest ciemniejsza. Na cappuccino i kawy słodkie prażymy ziarenka w temperaturze 180 stopni, też 16 minut. Niższa temperatura sprawia, że cukier w ziarenkach krystalizuje się i kawa jest słodka. Nie powinno się jej słodzić, słodki smak powinna zawdzięczać jedynie prawidłowemu wyprażeniu ziaren.

- Łał!

- Zaraz z resztą sami zdegustujecie. Pamiętajcie też, że najlepiej mielić kawę tuż przed parzeniem, a ziarna należy przetrzymywać w szczelnym słoiku w chłodnym miejscu. Kawa nie powinna mieć dostępu powietrza z dwóch powodów: po pierwsze, żeby nie przejęła aromatów od innych produktów spożywczych, a po drugie, kawa zawiera tłuszcze, które w suchym środowisku wysychają, co obniża znacznie jej jakość i smak. Kawa nie lubi też zmian temperatury. Oto wasze espresso!

Otrzymaliśmy maleńkie filiżanki z dodającym energii mocnym napojem. Faktycznie, czuć było kwaskowość, ale smak był głęboki, przełykało się maleńkie łyczki z autentyczną przyjemnością.

- Dobrej jakości kawa nie osiada na śliniankach, człowiek się nią nie krztusi. Można się nią zwyczajnie delektować – wyjaśnił Alberto.

- A ta kawa to arabica czy robusta?

- Arabica. Robusta to są duże drzewa kawowe i plony zbiera się mechanicznie. Przy malutkich krzaczkach arabiki wszystko robi się ręcznie. Np. kawa brazylijska to w większości robusta… A teraz zapraszam na cappuccino!

Alberto zmielił prosto do zaparzacza od ekspresu odpowiednią na 2 filiżanki ilość kawy, po czym starannie ją ubił. Ubił też perfekcyjną pianę z mleka. Kawka zaparzyła się równocześnie do dwóch filiżanek, po czym została udekorowana mleczną pianą i wzorami z gorzkiej czekolady. Stanowiła bezsprzecznie arcydzieło sztuki  kulinarnej i aż żal było ją pić.

Rozkoszowaliśmy się napojem, huśtając się na fotelach i oddychając otaczającą nas zielenią. Gdy opróżniliśmy kubeczki, na dnie został nietknięty obrazeczek, który namalowany był czekoladą na powierzchni kawy.

- Zobaczcie, to jest dowód na właściwe ubicie mleka! – skomentował mistrz.

Moglibyśmy siedzieć w La Morelia cały dzień. Ale mieliśmy plan zobaczyć jeszcze tradycyjne miasteczko Solento, oddalone od Armenii o godzinę drogi.

Podziękowaliśmy zatem Alberto za mini-szkolenie i doskonałą degustację, zabraliśmy dwukilogramowy zakup i pojechaliśmy z Jorge do Armenii. Jorge też wypił kilka espresso, kupił do domu paczuszkę kawy i był bardzo zadowolony z tak rozpoczętego poranka.

Z Armenii szybko złapaliśmy stopa do Solento, co ciekawe, w aucie siedział już jeden podróżujący Holender. Solento okazało się malowniczo położonym, ślicznym, kolonialnym miasteczkiem. Białe domki z kolorowymi drewnianymi drzwiami, balkonami i okiennicami prezentowały się dostojnie na tle gór i błękitnego nieba. Znaleźliśmy bardzo przyjemny targ artesañas, na którym zakupiliśmy drobiazgi dla krewnych i znajomych w Polsce oraz dla Marcina tradycyjny kapelusz veltiao, czyli „kręcony” – pleciony z trzciny na zasadzie spirali.

Z Solento bierze początek Valle de Cocora, przeurocza górska dolina, w której rosną palmy woskowe, a przy dobrej pogodzie można zobaczyć z niej pokryte wiecznym śniegiem szczyty Los Nevados. Palma woskowa (palma de cera) to tradycyjne drzewo kolumbijskie, rośnie wyłącznie w tym kraju. Osiąga wysokość do 40 metrów.

Spędziwszy popołudnie w tak cudnym miejscu, wróciliśmy do Armenii na lody i kawę, a potem na finkę.

 

Piątek, 30 XII 2011, Supija

Marcin

- Nie mogę przyjąć was w moim domu, w tym czasie będę w domu mojej mamy, w Supiji. Zbliża się koniec roku, w Medellin nie ma nic ciekawego, za to w Supiji tak, dzieje się dużo. Jeśli chcecie, mogę was tam przyjąć.

Tak oto znaleźliśmy nocleg w połowie drogi między Armenią a Medellin, miejscu które co prawda jest zaznaczone na mapie, ale w żadnym przewodniku nie jest opisane. Magda co chwilę marudziła, że jak tam pojedziemy, to zrobimy sobie dwa dni w podróży zamiast jeden dzień bezpośrednio do Medellin. Na dodatek przez długi czas wlekliśmy się w jednym tirze

Jeden ze „stopów” był super kolumbijski:

- Dzień dobry, jak pan się miewa?

- Bardzo dobrze, a pani?

- Wyśmienicie. Czy może mi pan zrobić przysługę? – zapytała pani z samochodu, którym jechaliśmy.

- Oczywiście.

- Proszę mi powiedzieć, gdzie jest droga do Medellin?

- Tędy.

- Bardzo panu dziękuję, życzę dobrego dnia – zakończyła pani. Zatrzymaj się w takim miejscu, żeby było bezpiecznie i żeby państwo mogli łatwo złapać „stopa” – dodała do swojego męża.

Państwo wywieźli nas daleko za miasto, choć sami potrzebowali dotrzeć do jego centrum. Zatrzymali się w idealnym do łapania „okazji” miejscu. Sprawdzili czy na pewno jest to bezpieczne miejsce, poczekali aż złapiemy kolejny samochód i dopiero odjechali.

W każdym bądź razie dojechaliśmy do Supiji i zadzwoniliśmy do Mauricio, że już jesteśmy.

Do spotkania brakowało przynajmniej pół godziny, a z pobliskich ubojni słychać było salsę i bachatę, więc skorzystaliśmy ze sposobności i ruszyliśmy tańczyć na ulicy. Tym samym zwróciliśmy uwagę okolicznej ludności, co miało mieć wpływ na dalszy przebieg naszego pobytu w Supiji. Zaraz potem postawiono nam aquardiente i to niejeden raz…

O wyznaczonej porze czekaliśmy w ustalonym z Mauricio miejscu. Przyjechał wraz ze swoją koleżanką Kataliną. Odstawili samochód i się z nami przywitali. Mauricio okazał się przemiłym człowiekiem. Kiedy tylko podszedł, wokół nas pojawiło się kilka innych osób.

- Cześć, jestem bratową Mauricio. Tu nigdy nie pojawiają się turyści, chyba że przyjeżdżają z Mauricio. Ale Mauricio nie było, bo jeszcze dzisiaj był w Medellin. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że obcokrajowcy przyjechali do tej wioski, bo widziałam was jak tańczyliście. Ale jak zobaczyłam, że na kogoś czekacie, to już wiedziałam, że przyjedzie Mauricio.

Koło bratowej kręciła się dwójka dzieciaków i jej mąż. Wszyscy zapakowali się do kilku samochodów i ruszyliśmy.

- Chcę wam pokazać jeszcze jedno miejsce, wioskę Rio Sucio. Obie wioski współpracują ze sobą, ale są zupełnie inne. Rio Sucio jest spokojne, świeże, na wzgórzu. Są tam śliczne domki i drzewa bardzo ładnie oświetlone. W Supiji tętni życie, tu możesz spotkać kowbojów, tańczyć na ulicy do rana, szukać złota w rzece. To jest niesamowite miejsce, a żaden przewodnik o nim nie pisze. Tu jest prawdziwa Kolumbia, a nie w miastach – zachęcił nas Mauricio.

Jego słowa okazały się prawdą. Rio Sucio faktycznie jest śliczne, chodziliśmy uliczkami kolonialnej wioski i podziwialiśmy jej architekturę. Zjedliśmy po najlepszej arepie w naszym życiu i weszliśmy też do kościoła, w którym stała figura Jana Pawła II (w ogóle do niego nie podobna, ale była podpisana . W Rio Sucio są dwa place główne, zaraz obok siebie i dwa kościoły; spytaliśmy Mauricio, dlaczego tak jest.

- Otóż istniał tu wcześniej konflikt między dwiema grupami ludzi i każda grupa zbudowała swój rynek i kościół. Dogadali się stosunkowo niedawno, jakieś 50 lat temu. Odkąd się dogadali, w mieście ma miejsce bardzo ciekawy karnawał „del Diablo”. Odbywa się co dwa lata. Przez miasto idą korowody tancerzy, tańczą przebierańcy. Jest to jedna z najciekawszych imprez kulturalnych w regionie.

Późnym wieczorem wróciliśmy do Supiji, która okazała się dla nas istnym rajem na ziemi…

Sobota, 31 XII 2011, Supija

Magda

 

- Zapraszam was na śniadanie! – powiedział Mauricio. – Pójdziemy do tradycyjnej piekarni.

Zjedliśmy przepyszne tradycyjne pieczywo z serem oraz arepy (okrągłe pieczywo kukurydziane), a chłopaki zmieścili jeszcze jajecznicę. Do tego piliśmy pyszny sok z marakuji i kawę.

Najedzeni, poszliśmy przejść się miasteczkiem. Mauricio pokazał nam targ. Piękne, dojrzałe owoce skusiły nas wszystkich na obfitujące w kilogramy zakupy. Pomarańcze tak pyszne! Prawie sam sok. W Kolumbii jest mnóstwo owoców, których nie ma w Europie, jak lulo, guanabana, guajaba, pomidor drzewny, i dziesiątki innych, których nazw nie pamiętam.

Mnóstwo ludzi gotowało przed domami w ogromnych garnkach jedzenie dla całej rodziny na dziś i Nowy Nok.

- To taki zwyczaj, często od Bożego Narodzenia do Trzech Króli ludzie gotują na zewnątrz, wspólnie z sąsiadami. W ten sposób jednoczą się – wyjaśnił nam Mauricio.

Mijaliśmy mnóstwo kowboi, którzy z uśmiechem pozowali do zdjęć, zobaczyliśmy też pobliską kopalnię złota przy rzece. Podobno największa jest po drugiej stronie góry, gdzie od 450 lat non stop wydobywa się złoto.

- Kanadyjczycy chcę wykupić ten teren i wysiedlić ludzi. Mam nadzieję, że nigdy nikt się na to nie zgodzi – powiedział z przejęciem nasz gospodarz.

Wielu ludzi witało nas serdecznie, pytając, skąd przybywamy do ich miasteczka i życząc nam udanego pobytu i szampańskiego sylwestra.

- Widziałem was wczoraj jak tańczyliście! Doña, dawaj 3 piwa dla tych ludzi! – krzyknął nagle staruszek. – Zapraszam!

Nieśmiało siedliśmy przy stoliku. Piwa „przyszły” bardzo szybko, nie wolno nam było odmówić. Starszy pan niezwykle cieszył się faktem, że może na piwo zaprosić Polaków. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie o naszym kraju i o naszej podróży.

Widać, że dużo ludzi pamięta nas z wczoraj!

Mauricio zaproponował nam przejażdżkę jeepem. I to nie byle jakim, bo Willim, w którym w Armenii Marcin zakochał się od pierwszego wejrzenia. Czerwonym, bez dachu.

Frajda była niesamowita! … dopóki nie zabrakło nam benzyny. Wskaźnik nie działał, więc wszyscy byliśmy zdziwieni, jak samochód nagle stanął.

- Na szczęście tu mieszka mój przyjaciel. Wejdziemy do niego i coś wymyślimy – wybrnął z sytuacji Mauricio. – Koookooo! – zaczął krzyczeć ku oknom willi.

Koko wyszedł przed dom i zaprosił nas wszystkich do ogrodu. Poczęstował nas piwem i owocami z ogrodowych drzew, jakich jeszcze nigdy nie widzieliśmy i nie jedliśmy, i których nazwy zapomnieliśmy szybko (smakowały jak kwaśne borówki, a wyglądały jak śliwki mirabelki). Wnet do ogrodu zeszła się cała rodzina Koko i wiedzieliśmy, że szybko stamtąd nie wyjdziemy. Koko normalnie mieszka w Bogocie, Mauricio w Medellin. Rzadko widują się, więc mieli o czym rozmawiać. Znalazła się tam jeszcze jena ich koleżanka, Dora, która jest w Supii pierwszy raz od 4 lat, odkąd wyjechała pracować w Hiszpanii. Trójka przyjaciół wymyśliła, że odwiedzimy Martę, która też jest teraz w swoim domu, przyleciała na święta z Kanady.

Przeszliśmy więc kawałek do domu Marty, Mauricio w międzyczasie zadzwonił do brata, by przywiózł nam paliwo w worku (bo w Kolumbii jak w całej Ameryce Południowej, da się wszystko kupić w worku – kawę z mlekiem, coca-colę, wodę i paliwo). Dom Marty był przepiękny, chyba najładniejszy dom, jaki widziałam. Biały, bardzo przestrzenny, z typowymi dla strefy kawy drewnianymi wykończeniami malowanymi na czerwono i uroczymi kwiatami w wiszących doniczkach.

Fajnie było patrzeć, jak trwają kolumbijskie przyjaźnie z młodzieńczych lat, mimo faktu, że każdy z przyjaciół mieszka z dala od reszty. Ale z drugiej strony trochę się nam przykrzyło: Marcin wielu rzeczy nie rozumiał, a wiele tematów było ich tematami, poza nami.

Na szczęście wybawił nas brat Mauricia, przybywając z benzyną. Wróciliśmy do miasteczka i poszliśmy prosto na obiad. Mauricio zaproponował bardzo ciekawą restaurację, gdzie serwują ryby.

- Mają kilka stawów, nawet możecie poprosić o wędki i złowić sobie swój własny obiad.

Marcin nie omieszkał spróbować, dostał bambusową wędkę i łowił różowe duże trucie. Obiad był doskonały, świeżutkie rybki smakowały przepysznie.

Spacerem wróciliśmy do centrum Supii, mijając po drodze osadę, w której mieszkają sami czarni ludzie.

- Hiszpanie sprowadzili ich tu do pracy w kopalniach. Teraz wszyscy mają to samo nazwisko, noszą nazwisko dueni, która dała im wolność. – wyjaśnił nam Mauricio.

Zadzwoniliśmy do naszych domów w Polsce, gdyż tam właśnie minęła północ. Miło było usłyszeć najbliższych. Odpoczęliśmy też chwilę przed zabawą. Rodzina Mauricia zaprosiła nas na ostro zakrapianą imprezę, na której aguardiente lało się w takim tempie, że baliśmy się, że nie dotrwamy do północy. Po ciepłym poczęstunku po angielsku wymknęliśmy się do parku, gdzie oddaliśmy się salsowym obrotom. Na północ wróciliśmy do rodzinki Mauricia, mijając po drodze dziesiątki palących się lalek. „Munieco de Año Viejo” - tak nazywa się zabawna kukła ludzkich rozmiarów, która symbolizuje stary rok. Lalki pali się na ulicach, tańcząc wokół nich. Ktoś sypnął w nas soczewicą:

- Zbierajcie ziarenka i włóżcie do portfeli! To po to, żeby w nowym roku nie zabrakło wam pieniędzy!

Pozbieraliśmy więc wszystko i składaliśmy sobie życzenia z Mauricio i jego rodziną.

Potańczyliśmy jeszcze trochę, aż mocno zachciało nam się spać.

 

Niedziela, 1 I 2012, Supija i Medellin

Magda

Powitał nas upalny poranek.

Pobiegliśmy na poranną mszę świętą o 10.00. Prawdopodobnie ksiądz był trochę wczorajszy (zeszłoroczny), gdyż opuścił czytania i psalm, przeszedł od razu do Ewangelii. No cóż, nowy rok to zawsze dobra nowina, zawsze można coś zacząć w lepszy sposób, po nowemu. Być może ksiądz spieszył się to właśnie przekazać.

Chcieliśmy zaprosić Mauricio na śniadaniową kawę, co nie udało się nam, gdyż gdy tylko weszliśmy do kawiarni, okazało się, że jej właścicielka widziała nas jak tańczymy, a poza tym jest znajomą Mauricia, więc wszystko będzie za darmo.

Gdy kawa zaczęła krążyć w naszych ciałach i lekko animować nas do życia, stwierdziliśmy, że wybierzemy się w góry.

Mauricio poprowadził nas bardzo malowniczą ścieżką. Mogliśmy podziwiać kolejne, zielone pasma gór, poprzecinane rwącymi rzekami. Pozdrawialiśmy kowbojów pomykających na  konikach oraz gosposie odpoczywające na gankach kolorowych domków. Po półtorej godziny wędrówki dotarliśmy nad rzekę. Rzeka miała maleńkie kaskady i naturalne tarasy, miejscami woda swobodnie mogła mnie przykryć. Cudownie było schłodzić się, popływać w ten upalny dzień. Kaskady doskonale masowały ciało. We troje w ciuchach oddawaliśmy się wodnym przyjemnościom. W niższej partii rzeki kapała się cała indiańska rodzinka, co dodawało tropikalnego klimatu imprezie.

Po jakimś czasie odezwał się w nas głód i nakazał na powrót do wioski. Rzeczy schły na nas bardzo szybko, tak, że do wioski dotarliśmy prawie wysuszeni. Poszliśmy na obiad, podczas którego dyskutowaliśmy o przyszłości.

- Mówicie, że podoba się wam tutaj. Myślę o tym, żeby kiedyś otworzyć tu hostel. Dom mojej mamy jest wielki, więc można go odpowiednio przysposobić. Płożenie ma idealne, w samym centrum. Teraz pracuję dla Banku Colombia jako informatyk, administruję bankomaty. To jest bardzo dobra praca, zarabiam tyle, że spokojnie mogę odłożyć pieniądze na inwestycje. Uwielbiam życie w kolumbijskich wioskach i blisko natury. Jako informatyk tego nie mogę mieć, więc może pewnego dnia powiem sobie „dość” i zajmę się czymś zupełnie innym. Pomysł hostelu chodzi mi po głowie od dawna. Co o tym myślicie?

- Mnie się wydaje, że to bardzo trafny pomysł. Okolica jest ciekawa i dziewicza turystycznie, co stanowi jej niewątpliwy walor. Nie ma tu sztucznych rzeczy dla turystów, tylko można zobaczyć prawdziwą Kolumbię, prawdziwe życie.

- No właśnie. To byłoby świetne miejsce dla podróżników, którzy szukają prawdy, chcą poznawać. Nie dla turystów. Bo ja uważam, że podróżnicy i turyści to dwie różne klasy ludzi… Turysta woli pięć gwiazdek i infrastrukturę stworzoną dla niego, a podróżnik najbardziej cieszy się wtedy, gdy poznaje realia życia ludzi i rozkoszuje się naturalnym pejzażem.

- My myślimy dokładnie tak samo!

- Dla podróżników jest tu naprawdę mnóstwo ciekawostek. Są kopalnie złota, plantacje kawy, zakłady przetwórstwa trzciny cukrowej – wszystko można oglądać, dowiadywać się, jak funkcjonują. Ponadto są przepiękne góry, rzeki i śliczne miasteczka. Jedzenie jest pyszne i tanie, trzy razy tańsze niż w Bogocie czy Medellin. No i cały rok jest lato…

- Słuchaj, a może przyjechalibyśmy pomóc ci rozkręcić ten hostel? W ciągu półtora roku, dwóch lat chcemy powiększyć rodzinkę. Fajnie byłoby, pomieszkać z małym dzieckiem gdzieś za granicą, żeby od razu było dwujęzyczne. Dlaczego nie w Kolumbii, jak tu jest tak pięknie i radośnie, a ludzie są tak życzliwi?

- Cóż za wspaniały pomysł! To bardzo mądre! Takie dzieci są bardzo otwarte i tolerancyjne. Uczą się łatwo języka i też drugiej kultury.

- No właśnie. Uczą się języka w sposób naturalny, nie muszą wypełniać tysięcy ćwiczonek… Dziecko jak pójdzie w Polsce do szkoły, to jeden język obcy może już bardzo dobrze znać.

- No to będziemy w sprawie hostelu w kontakcie. Załatwione. Możecie pomóc mi też propagować Kolumbię na rynku polskim.

- Jasne!

- To się nawet ciekawie układa. Ja podróżowałem po Europie, byłem też w Polsce. Byłem w Krakowie i Warszawie, bardzo mi się podobało. Z wszystkich krajów Europy w Polsce spotkałem najbardziej serdecznych i ciepłych ludzi. Wy mówicie to samo o Kolumbijczykach. Zatem myślę, że Polacy by się tu odnaleźli.

- Tak, bo wielu z nas lubi naturę, życie poza miastem, spotkania z przyjaciółmi i życie rodzinne. To samo jest ważne dla was.

Tak rozmawialiśmy do późna, wymieniając doświadczenia i plany na przyszłość. W końcu trzeba było zbierać się do Medellin: Mauricio musi iść jutro do pracy. Udało się nam, bo mógł zabrać i nas do miasta. Był tak miły, że odwiózł nas pod same drzwi nowego couchsurfingowego gospodarza…

- Nie żegnamy się jeszcze. Zadzwońcie do mnie któregoś dnia. Wybierzemy się gdzieś jeszcze wspólnie w Medellin.

 


dodajdo


Galeria zdjęć
brak zdjęć do tej relacji
Ostatnio dodane komentarze
Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Wykonanie portalu: GaldoMedia.

Tubyliśmy.pl on Facebook