Wtorek, 20 XII 2011, Bogota, Kolumbia
Magda
W Polsce mówi się, że Kolumbia jest bardzo niebezpieczna i że najlepiej ominąć ją podczas podróży. Mówi się też, że Kolumbijki są bardzo pięknymi kobietami. Po dzisiejszym dniu wiemy, że pierwsza rzecz nie ma za bardzo nic wspólnego z rzeczywistością, a z drugą jednak należy się zgodzić.
Obudziliśmy się w domu dwóch uroczych Kolumbijek, 29-letniej Ingrid i jej córeczki, 8-letniej Juany. Dotarliśmy tu z lotniska w nocy, super bezpieczną taksówką: kamera rejestruje każdego, kto wsiada i numer pojazdu, a taryfę ustala się poprzez wydruk blankietu z automatu, tak, że nie ma możliwości, by jeden za tę samą trasę zapłacił więcej, niż kto inny, lub by cena potroiła się na widok dużego plecaka. Dodatkowo, na lotnisku można było pobrać świetne, dokładne mapy wszystkich dzielnic, z opisem głównych atrakcji i ciekawostek. Były też podane numery telefonów do kilkunastu punktów Informacji Turystycznej, do których można zadzwonić lub podejść w razie pytań. Czuliśmy się więc zaproszeni do bezpiecznego pobytu.
Ingrid wychodziła do pracy (jest adwokatem, pracuje dla rządu Kolumbii) i wraz z nią wybraliśmy się do centrum Bogoty.
- Ja zawsze jeżdżę autobusem, który dociera do samego centrum, zatem możemy pojechać razem – zaproponowała. – Zapytajcie najwyżej, kiedy wysiąść do Muzeum Złota, czy na Plac Bolivara.
Tak też zrobiliśmy.
- Przepraszam pana, gdzie mamy wysiąść do Museo de Oro? – zapytałam jednego z pasażerów.
- O, zaraz tutaj. Wysiądę z wami, bo to nie daleko do mojej pracy. Pokażę wam, co gdzie jest.
Pan wysiadł z nami, wskazał nam, gdzie jest muzeum i wytłumaczył organizację miasta.
- Z północy na południe ciągną się góry. Prostopadle do nich idą calles, których numery rosną na północ, a prostopadle do nich są carrery, których numery rosną na zachód. A w ogóle to skąd jesteście? Może macie ochotę pójść na kawę? Serdecznie was zapraszam! Witajcie w moim kraju!
Byliśmy oszołomieni życzliwością tego pana. Okazało się, że ma na imię Jesus i pracuje na uniwersytecie. Wypiliśmy pyszną kawkę, opowiadając panu o naszej współpracy z UEK w Krakowie, żywo zainteresował się współpracą międzyuczelnianą. Daliśmy mu pamiątkową monetę UEK, a od niego zabraliśmy wizytówkę z kontaktem. Mamy nadzieję, że zasialiśmy ziarnko przyszłej współpracy.
Pożegnawszy się z Jesusem, poszliśmy odkrywać Bogotę.
Na Placu Boliwara stała ogromna choinka, a cały plac świecił kolorowymi światełkami. Przed katedrą prezentowała się sporych rozmiarów szopka, która posiadała prywatną ochronę.
Szwędaliśmy się urokliwymi kolonialnymi uliczkami, spotykając różne perełki architektoniczne i kulturalne. Trafiliśmy do Muzeum Tradycyjnych Ubiorów (wstęp 1,5 USD) gdzie mogliśmy zachwycić się bogactwem regionalnych strojów damskich i męskich na różne okazje. Zwiewne sukienki, doskonałe do gorących tańców, bardzo ciekawe torebki męskie, kapelusze i ozdoby żmudnie wyplatane z cienkiego włókna palmowego.
Dotarliśmy też do Kościoła Świętej Klary (wstęp 1,5 USD). Niesamowicie piękne wnętrze, niemalże zupełnie pokryte złotem i barokowymi obrazami. Sufit zdobiły złocone drewniane kasetony, a przy ołtarzu stały srebrne przedmioty liturgiczne (kadzidło, krucyfiks, świeczniki) z XVII wieku. Cały kościół był zaaranżowany według podziału na chóry zakonnic, przypominając o czasach, kiedy kobieta albo wychodziła za mąż, albo szła do zakonu, przy czym to drugie wymagało sporego posagu. Zakonnice bez posagu stanowiły trzeci chór, usługiwały bogatszym, a do naw świątyni nie miały prawa wstępu.
Wstąpiliśmy też do kościoła Franciszkanów. Kaplica Matki Bożej powaliła nas na kolana. Myśleliśmy, że nie może być już ładniejszego kościoła, niż Świętej Klary, jednak ta niebiesko-srebrna kapliczka była tak piękna, jak żadna inna widziana przez nas wcześniej.
Podczas zachwytów dopadł nas niemiłosierny głód.
- Chodź, poszukamy restauracyjki z ceratką, na pewno będzie tanio, dużo i pyszne – zasugerowałam Marcinowi, znając już trochę prawa Ameryki Południowej.
Weszliśmy do lokaliku i zjedliśmy obiad złożony z zupy, drugiego dania i soku w cenie 4000 pesos, czyli 2 dolary. Syci i zadowoleni (tradycyjna zupa z kukurydzy była znakomita!), dopełniliśmy części artystycznej wieczoru, udając się do Museo De Oro (wstęp 1,5 USD).
Jest to najważniejsze na świecie muzeum złota. Mieści 34 000 prac ze złota wykonanych przez kultury prekolumbijskie. Kilka godzin eksplorowaliśmy 4 piętra dużego gmachu, poznając techniki obróbki złota przez Indian i rodzaje sakralnych przedmiotów.
Indianie zamieszkujący terytorium Kolumbii byli mistrzami w wyklepywaniu cieniutkich blaszek ze złota i w dekorowaniu ich za pomocą dłuta oraz wyrabiania złotych form przy pomocy ceramiki i wosku. Zobaczyliśmy przepiękną biżuterię, elementy stroju kacyka, talizmany szamanów i złote instrumenty muzyczne. Według wierzeń, to bogowie dali ludziom instrumenty, by za pomocą dźwięków mogli uzdrawiać świat. Dlatego instrumenty są święte, godne najszlachetniejszego kruszcu.
Nagle poczuliśmy, że kręci nam się w głowach… Przywitało nas sorojche, czyli choroba wysokościowa. Bogota leży 2700 m npm, więc różnica ciśnień po przeniesieniu się z poziomu morza zwaliła nas z nóg.
Wróciliśmy do Ingrid, mijając po drodze jeszcze jeden „cud” architektury sakralnej. Otóż był sobie stary zabytkowy kościół z wejściem głównym i dwoma wejściami przez boczne kaplice. Jedna z nich była zajęta przez fast food z kurczakami… Kaplica Świętego Pollo…
Środa, 21 XII 2011, Bogota
Magda
- Mogę wam w czymś pomóc? – zapytał młody chłopaczek, kiedy staliśmy na skrzyżowaniu z rozłożoną mapą.
- Jakbyś mógł powiedzieć nam, gdzie najlepiej skręcić na Ogród Botaniczny.
- Nie wiem, ale zapytam – chłopaczek zatrzymał motocyklistę i zadał mu to samo pytanie. Oboje pochylili się nad mapą, a po chwili zatrzymał się jeszcze jeden przechodzień. Wszyscy chcieli nam pomóc.
Znów urzeczeni życzliwością, poszliśmy zalecaną trasą i po godzinie stanęliśmy przed wejściem do ogromnego ogrodu.
- Chcecie zobaczyć też ogród motyli? Mamy teraz w ogrodzie mariposario. Musicie zdecydować, bo są różne bilety – powiedział pan bileter.
- Jasne, że chcemy – odpowiedzieliśmy. W Kostaryce było wiele ogrodów motyli, ale wstępy kosztowały 10 dolarów, więc nie skorzystaliśmy. Tym razem wstęp do ogrodu botanicznego
i mariposario kosztował 1,5 USD, jak do wszystkich miejskich atrakcji.
Przez półtorej godziny fotografowaliśmy przepiękne motyle, latające w maleńkiej wydzielonej i dobrze docieplonej części ogrodu. Było ich ponad 400 osobników, 30 różnych gatunków. Motyle miały najróżniejsze kolory i wzory – brązowo czarne, niebiesko-granatowe, czerwono-czarne, żółte, zielone i pomarańczowe w czarne paseczki. Większość z nich mieliśmy okazję zobaczyć w naturalnym środowisku, w dżunglach Nikaragui i Kostaryki. Nigdy jednak nie mieliśmy tak doskonałych warunków do fotografowania tych prześlicznych istot.
W Ogrodzie Botanicznym ciągle zaczepiali nas Kolumbijczycy, pytając, skąd jesteśmy i życząc udanego pobytu w ich kraju. Nigdy w żadnym państwie nie spotkaliśmy się z takim życzliwym i bezinteresownym przyjęciem.
Pożegnawszy ogród, chcieliśmy wyjść na górujące nad Bogotą wzgórze Monserrate (3200 m n.p.m.). Dotarliśmy jednak do jego stóp o 17 i piesza droga była już od godziny zamknięta. Trzeba będzie przyjść jutro, otwierają od 5 rano. Na górę można również wjechać kolejką linową, ale co to za frajda, wjechać...
Zeszliśmy więc do centrum miasta i udaliśmy się na targ artesanas, który znaleźliśmy wczoraj. Marcin kupił sobie piękną czerwoną ruanę z alpaki, gdyż chłodny klimat Bogoty przerósł możliwości grzewcze jego jedynej koszuli z długim rękawem. Kupiliśmy też dwa amulety z jadeitu z twarzą indiańskiego boga-słońca i dla mnie wisiorek z turkusu. Udało się nam kupić wszystko bardzo tanio – „na dobry początek pobytu”, jak powiedział sprzedawca.
Zadzwoniliśmy też do padre Grzegorza, polskiego misjonarza w Bogocie, którego Marcin wyszukał przez Internet. Przywitaliśmy się i umówiliśmy się na spotkanie jutro. Grzegorz zaprosił nas również na mszę i kolację wigilijną.
- Tylko uważajcie, jak będzie do nas jutro szli, bo mieszkamy w takiej trochę niebezpiecznej dzielnicy – ostrzegł nas padre. – To dzielnica prostytutek i narkotrafiku, więc gdyby ktoś was zaczepiał, to podziękujcie i idźcie dalej. Nie miejcie ze sobą cennych rzeczy, na wszelki wypadek.
Ostrzeżenia wzięliśmy sobie do serca.
Wieczorkiem dotarła do nas do centrum Ingrid i poszliśmy do Rincon Cubano, potańcować salsę i pogadać przy piwku. Miał do nas dotrzeć jeszcze Maiko, chłopak z Izraela, który również zatrzymał się u Ingrid. Wsiadł jednak w zły autobus i pojechał na drugi koniec miasta… Wszystko dlatego, że są dwie dzielnice o nazwie „Candelaria” – jedna to dzielnica kolonialnych domków w centrum, a druga to nowa dzielnica na obrzeżach. Autobusy do centrum mają zawsze napisane „El Centro”, a nie „Candelaria, ale Maiko najwyraźniej nie doczytał tego. Musiał wziąć taksówkę do naszej knajpy, ale jak dotarł, nas już nie było. Taksówka była bardzo droga, więc wkurzył się strasznie. Ze złości chciał się upić, ale wypił tylko dwa piwa, gdyż było już po 23, a do 23 jeżdżą autobusy – musiał więc znów jechać taksówką do domu – na trzeci koniec miasta… Postanowił, że pojedzie trzeźwy, by taksówkarz go nie oszukał i by nikt go nie okradł…
Środa, 21 XII 2011, Bogota
Magda
- Mogę wam w czymś pomóc? – zapytał młody chłopaczek, kiedy staliśmy na skrzyżowaniu z rozłożoną mapą.
- Jakbyś mógł powiedzieć nam, gdzie najlepiej skręcić na Ogród Botaniczny.
- Nie wiem, ale zapytam – chłopaczek zatrzymał motocyklistę i zadał mu to samo pytanie. Oboje pochylili się nad mapą, a po chwili zatrzymał się jeszcze jeden przechodzień. Wszyscy chcieli nam pomóc.
Znów urzeczeni życzliwością, poszliśmy zalecaną trasą i po godzinie stanęliśmy przed wejściem do ogromnego ogrodu.
- Chcecie zobaczyć też ogród motyli? Mamy teraz w ogrodzie mariposario. Musicie zdecydować, bo są różne bilety – powiedział pan bileter.
- Jasne, że chcemy – odpowiedzieliśmy. W Kostaryce było wiele ogrodów motyli, ale wstępy kosztowały 10 dolarów, więc nie skorzystaliśmy. Tym razem wstęp do ogrodu botanicznego
i mariposario kosztował 1,5 USD, jak do wszystkich miejskich atrakcji.
Przez półtorej godziny fotografowaliśmy przepiękne motyle, latające w maleńkiej wydzielonej i dobrze docieplonej części ogrodu. Było ich ponad 400 osobników, 30 różnych gatunków. Motyle miały najróżniejsze kolory i wzory – brązowo czarne, niebiesko-granatowe, czerwono-czarne, żółte, zielone i pomarańczowe w czarne paseczki. Większość z nich mieliśmy okazję zobaczyć w naturalnym środowisku, w dżunglach Nikaragui i Kostaryki. Nigdy jednak nie mieliśmy tak doskonałych warunków do fotografowania tych prześlicznych istot.
W Ogrodzie Botanicznym ciągle zaczepiali nas Kolumbijczycy, pytając, skąd jesteśmy i życząc udanego pobytu w ich kraju. Nigdy w żadnym państwie nie spotkaliśmy się z takim życzliwym i bezinteresownym przyjęciem.
Pożegnawszy ogród, chcieliśmy wyjść na górujące nad Bogotą wzgórze Monserrate (3200 m n.p.m.). Dotarliśmy jednak do jego stóp o 17 i piesza droga była już od godziny zamknięta. Trzeba będzie przyjść jutro, otwierają od 5 rano. Na górę można również wjechać kolejką linową, ale co to za frajda, wjechać...
Zeszliśmy więc do centrum miasta i udaliśmy się na targ artesanas, który znaleźliśmy wczoraj. Marcin kupił sobie piękną czerwoną ruanę z alpaki, gdyż chłodny klimat Bogoty przerósł możliwości grzewcze jego jedynej koszuli z długim rękawem. Kupiliśmy też dwa amulety z jadeitu z twarzą indiańskiego boga-słońca i dla mnie wisiorek z turkusu. Udało się nam kupić wszystko bardzo tanio – „na dobry początek pobytu”, jak powiedział sprzedawca.
Zadzwoniliśmy też do padre Grzegorza, polskiego misjonarza w Bogocie, którego Marcin wyszukał przez Internet. Przywitaliśmy się i umówiliśmy się na spotkanie jutro. Grzegorz zaprosił nas również na mszę i kolację wigilijną.
- Tylko uważajcie, jak będzie do nas jutro szli, bo mieszkamy w takiej trochę niebezpiecznej dzielnicy – ostrzegł nas padre. – To dzielnica prostytutek i narkotrafiku, więc gdyby ktoś was zaczepiał, to podziękujcie i idźcie dalej. Nie miejcie ze sobą cennych rzeczy, na wszelki wypadek.
Ostrzeżenia wzięliśmy sobie do serca.
Wieczorkiem dotarła do nas do centrum Ingrid i poszliśmy do Rincon Cubano, potańcować salsę i pogadać przy piwku. Miał do nas dotrzeć jeszcze Maiko, chłopak z Izraela, który również zatrzymał się u Ingrid. Wsiadł jednak w zły autobus i pojechał na drugi koniec miasta… Wszystko dlatego, że są dwie dzielnice o nazwie „Candelaria” – jedna to dzielnica kolonialnych domków w centrum, a druga to nowa dzielnica na obrzeżach. Autobusy do centrum mają zawsze napisane „El Centro”, a nie „Candelaria, ale Maiko najwyraźniej nie doczytał tego. Musiał wziąć taksówkę do naszej knajpy, ale jak dotarł, nas już nie było. Taksówka była bardzo droga, więc wkurzył się strasznie. Ze złości chciał się upić, ale wypił tylko dwa piwa, gdyż było już po 23, a do 23 jeżdżą autobusy – musiał więc znów jechać taksówką do domu – na trzeci koniec miasta… Postanowił, że pojedzie trzeźwy, by taksówkarz go nie oszukał i by nikt go nie okradł…
`
Czwartek, 22 XII 2011, Bogota
Marcin
Dotarliśmy na wzgórze Monserrat, z którego roztaczał się widok na prawie całą Bogotę. Byliśmy umówieni z Ojcem Grzegorzem, więc zeszliśmy do Bogoty i przedostaliśmy się do dzielnicy Santa Fe, gdzie znajduje się parafia Maria Reina. Tam, razem z polskimi misjonarzami mieliśmy spędzić Święta Bożego Narodzenia.
Santa Fe jest położona w centrum Bogoty i jest najstarszą dzielnicą miasta. Od niej wzięła się nazwa miasta, czyli Santa Fe de Bogota, choć w skrócie na miasto mówi się po prostu Bogota. Z tej dzielnicy pochodzi wiele zasłużonych osób, między innymi były prezydent Kolumbii. Niegdyś dzielnica była śliczna, ale przez ostatnie 40 lat wiele się zmieniło na gorsze. Obecnie Santa Fe jest rządzona przez prostytutki, transwestytów, oszustów, narkomanów, pijaków i morderców. Pośród nich żyją prości ludzie, którzy boją się o swoje życie. Tą dzielnicę z daleka omijają pozostali mieszkańcy Bogoty. Na ulicach Santa Fe leżą tony śmieci. W niektórych miejscach kopce usypane z odpadów osiągają wysokość ponad dwa metry. Śmieci są rozgrzebywane przez narkomanów poszukujących jedzenia lub czegoś do łyknięcia. Prostytutki stoją w grupach na każdym rogu ulicy, niektóre reprezentują już totalny wrak człowieka. Po okolicy nie należy chodzić po zmroku, a w dzień tylko głównymi ulicami.
Dotarliśmy wedle wskazówek Ojca Grzegorza do parafii Maria Reina. Z daleka zobaczyliśmy kościół wyglądający jak hangar i zrobiony z sali gimnastycznej dawnej szkoły. Z kościoła wychodziły dzieci, zaciekawieni weszliśmy do środka. Podeszliśmy do kleryka uczącego dzieci kolęd.
- Szukamy Ojca Grzegorza.
- Polaka? Jesteście z Polski?
- Tak.
Kleryk wskazał nam kierunek i poszliśmy. Na drzwiach znaleźliśmy dzwonek. Po kilku minutach usłyszeliśmy za drzwiami kroki.
- Dzień dobry, od razu widać, że to polskie twarze – przywitał nas O. Grzegorz.
- Dzień dobry, dobrze Ojca wreszcie widzieć – odpowiedzieliśmy i weszliśmy do środka.
Usiedliśmy w świetlicy i długo rozmawialiśmy o naszej podróży, o warunkach panujących w Santa Fe, bezpieczeństwie w Kolumbii, posłudze misjonarzy… a potem O. Grzegorz zaproponował nam spacer na cmentarz.
- Pokażę wam coś ciekawego. Jestem tu od trzech lat, ale mam wrażenie, że się postarzałem sześć lat. To jest bardzo ciekawa dzielnica, zaraz się dowiecie dlaczego.
Dotarliśmy na cmentarz, gdzie akurat kończył się pogrzeb. Obeszliśmy zebranych łukiem, żeby im nie przeszkadzać w uroczystości.
- W Santa Fe jest bardzo mało ślubów, przez ostatni rok był tylko jeden. Za to znacznie więcej jest pogrzebów. Kłócą się, potem zabijają i przychodzą, żeby pochować zmarłego. Włosy siwieją – powiedział Ojciec.
Przeszliśmy kilka metrów i zobaczyliśmy ciekawą scenę. Pod ścianą siedziało dwóch księży, a koło nich dwie sekretarki. Sekretarki zbierały pieniądze za usługę księży. Za modlitwę nad grobem zmarłego pobierały opłatę 10$, za mszę 20$, a za mszę ze śpiewem 30$ wzwyż. To dało nam domyślenia.
- To są fałszywi księża. Wymyślili sobie biznes i tak siedzą i zarabiają.
- A ludzie wiedzą, że oni są fałszywi? – zapytaliśmy.
- Tak, wiedzą ale i tak korzystają z ich usług. Ja to nazywam świadomą ignorancją. O, a ten fałszywy to nawet wie, że jestem księdzem i czasem mi się kłania – powiedział O. Grzegorz.
- Widzicie te rozkopane groby? Tu jest taki zwyczaj, że po kilku latach od pochówku, wykopuje się ciała i je czyści. Potem w zależności od kaprysu rodziny, zwłoki się składa do grobu, albo kości się pali i chowa w urnie. Bywa, że rodzina stęskniła się za zmarłym i wtedy prochy zabierają do domu i stawiają np. na telewizorze. Zdarza się też, że ludzie wykradają zwłoki i zabierają do swoich domów. Potem przychodzą do mnie i mówią, że w ich domu straszy…
- A są tu targi czarownic?
- Tak, są, ale nie wiem gdzie. Oni bardzo wierzą w takie dziwne rzeczy. Kiedyś widziałem jak kilkunastoletni chłopcy grali w piłkę odbijając ją od drzwi kościoła. Podszedłem do jednego z nich i powiedziałem, że kiedyś znałem jednego takiego chłopaka, co odbijał piłkę od drzwi kościoła i mu ręce uschły. Momentalnie się zwinęli.
Odprowadziliśmy O. Grzegorza i umówiliśmy się z nim na kolejne spotkanie w Wigilię, po czym szybko zebraliśmy się, żeby po ciemku nie chodzić między złodziejami, oszustami i mordercami i wróciliśmy do Ingrid.
Środa, 21 XII 2011, Bogota
Magda
- Mogę wam w czymś pomóc? – zapytał młody chłopaczek, kiedy staliśmy na skrzyżowaniu z rozłożoną mapą.
- Jakbyś mógł powiedzieć nam, gdzie najlepiej skręcić na Ogród Botaniczny.
- Nie wiem, ale zapytam – chłopaczek zatrzymał motocyklistę i zadał mu to samo pytanie. Oboje pochylili się nad mapą, a po chwili zatrzymał się jeszcze jeden przechodzień. Wszyscy chcieli nam pomóc.
Znów urzeczeni życzliwością, poszliśmy zalecaną trasą i po godzinie stanęliśmy przed wejściem do ogromnego ogrodu.
- Chcecie zobaczyć też ogród motyli? Mamy teraz w ogrodzie mariposario. Musicie zdecydować, bo są różne bilety – powiedział pan bileter.
- Jasne, że chcemy – odpowiedzieliśmy. W Kostaryce było wiele ogrodów motyli, ale wstępy kosztowały 10 dolarów, więc nie skorzystaliśmy. Tym razem wstęp do ogrodu botanicznego
i mariposario kosztował 1,5 USD, jak do wszystkich miejskich atrakcji.
Przez półtorej godziny fotografowaliśmy przepiękne motyle, latające w maleńkiej wydzielonej i dobrze docieplonej części ogrodu. Było ich ponad 400 osobników, 30 różnych gatunków. Motyle miały najróżniejsze kolory i wzory – brązowo czarne, niebiesko-granatowe, czerwono-czarne, żółte, zielone i pomarańczowe w czarne paseczki. Większość z nich mieliśmy okazję zobaczyć w naturalnym środowisku, w dżunglach Nikaragui i Kostaryki. Nigdy jednak nie mieliśmy tak doskonałych warunków do fotografowania tych prześlicznych istot.
W Ogrodzie Botanicznym ciągle zaczepiali nas Kolumbijczycy, pytając, skąd jesteśmy i życząc udanego pobytu w ich kraju. Nigdy w żadnym państwie nie spotkaliśmy się z takim życzliwym i bezinteresownym przyjęciem.
Pożegnawszy ogród, chcieliśmy wyjść na górujące nad Bogotą wzgórze Monserrate (3200 m n.p.m.). Dotarliśmy jednak do jego stóp o 17 i piesza droga była już od godziny zamknięta. Trzeba będzie przyjść jutro, otwierają od 5 rano. Na górę można również wjechać kolejką linową, ale co to za frajda, wjechać...
Zeszliśmy więc do centrum miasta i udaliśmy się na targ artesanas, który znaleźliśmy wczoraj. Marcin kupił sobie piękną czerwoną ruanę z alpaki, gdyż chłodny klimat Bogoty przerósł możliwości grzewcze jego jedynej koszuli z długim rękawem. Kupiliśmy też dwa amulety z jadeitu z twarzą indiańskiego boga-słońca i dla mnie wisiorek z turkusu. Udało się nam kupić wszystko bardzo tanio – „na dobry początek pobytu”, jak powiedział sprzedawca.
Zadzwoniliśmy też do padre Grzegorza, polskiego misjonarza w Bogocie, którego Marcin wyszukał przez Internet. Przywitaliśmy się i umówiliśmy się na spotkanie jutro. Grzegorz zaprosił nas również na mszę i kolację wigilijną.
- Tylko uważajcie, jak będzie do nas jutro szli, bo mieszkamy w takiej trochę niebezpiecznej dzielnicy – ostrzegł nas padre. – To dzielnica prostytutek i narkotrafiku, więc gdyby ktoś was zaczepiał, to podziękujcie i idźcie dalej. Nie miejcie ze sobą cennych rzeczy, na wszelki wypadek.
Ostrzeżenia wzięliśmy sobie do serca.
Wieczorkiem dotarła do nas do centrum Ingrid i poszliśmy do Rincon Cubano, potańcować salsę i pogadać przy piwku. Miał do nas dotrzeć jeszcze Maiko, chłopak z Izraela, który również zatrzymał się u Ingrid. Wsiadł jednak w zły autobus i pojechał na drugi koniec miasta… Wszystko dlatego, że są dwie dzielnice o nazwie „Candelaria” – jedna to dzielnica kolonialnych domków w centrum, a druga to nowa dzielnica na obrzeżach. Autobusy do centrum mają zawsze napisane „El Centro”, a nie „Candelaria, ale Maiko najwyraźniej nie doczytał tego. Musiał wziąć taksówkę do naszej knajpy, ale jak dotarł, nas już nie było. Taksówka była bardzo droga, więc wkurzył się strasznie. Ze złości chciał się upić, ale wypił tylko dwa piwa, gdyż było już po 23, a do 23 jeżdżą autobusy – musiał więc znów jechać taksówką do domu – na trzeci koniec miasta… Postanowił, że pojedzie trzeźwy, by taksówkarz go nie oszukał i by nikt go nie okradł…
Sobota, 24 XII 2011, Bogota
Marcin
Pożegnaliśmy się z Ingrid i Juaną i udaliśmy się do Santa Fe, do dzielnicy prostytutek, morderców i narkomanów. Podeszliśmy do drzwi misjonarzy i zadzwoniliśmy.
- Hola amigos – usłyszeliśmy za plecami. Podeszło do nas dwóch żuli i zaczęli do nas mówić:
- Macie dobrą charyzmę, jesteście dobrymi ludźmi, niech was Pan Bóg chroni – po czym uścisnęli nam dłonie i poszli dalej swoją drogą.
Kiedy zniknęli za zakrętem pojawił się w drzwiach O. Grzegorz.
- Ktoś was zaczepiał?
- Tylko dwóch żuli, ale nie chcieli pieniędzy, tylko powiedzieli, że mamy dobrą charyzmę.
- Coś takiego… - zdziwił się misjonarz i wpuścił nas do środka.
Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na spacer. Po godzinie wróciliśmy do misjonarzy, gdzie pod bramą zaczepiła nas gromadka dzieci.
- Skąd jesteście?
- Z Polski.
- Jesteście rodziną O. Grzegorza?
- Nie, przyjaciółmi.
W międzyczasie otworzyły się drzwi, a chłopcy rozpłynęli się w powietrzu.
- Znowu ktoś was zaczepiał?
- Tylko grupka małych chłopców.
- Nicponie – skomentował dobrotliwie O. Grzegorz. Ledwie skończył mówić, znów pojawili się „nicponie” i radośnie zaczęli rozmawiać z misjonarzem.
Po godzinie zaczęła się Pasterka. Trochę wcześniej niż w Polsce, bo o 19:00. Przez cały adwent, a nawet dłużej, szopki są ustawione w całej Ameryce Centralnej. W szopkach nie ma najważniejszej postaci, czyli Dzieciątka. Wszyscy czekają na moment narodzin. A dla Indian wszystko musi być namacalne. Oznacza to, że narodziny muszą być narodzinami, kropienie kropidłem, to jak u nas śmingus-dyngus, a błogosławieństwo musi być osobistym postawieniem krzyżyka na czole i przytuleniem przez księdza. Inaczej się nie liczy.
Rozległy się dzwony, kościół pełen wiernych… tzn. był pełen po 20 minutach od rozpoczęcia mszy, bo wierni schodzili się długo. No ale wróćmy do dzwonów. Biły i biły, aż weszła procesja. Na końcu O. Grzegorz niosący w dłoniach lalkę. Podszedł do szopki i położył lalkę w żłóbku. Natychmiast rozległy się oklaski w całym kościele. Od tej pory Jezus się narodził, a lalka przestała być tylko lalką. Potem msza wyglądała normalnie (tzn. wierni klaskali do każdej kolędy jak to u Indian bywa) do momentu kiedy przyszło błogosławieństwo. Skoro Dzieciątko błogosławi wiernych, to na ołtarzu pojawił się mały Jezus. O. Grzegorz wziął w dłonie Dzieciątko i znakiem krzyża pobłogosławił wiernych. Potem bardzo szybko O. Grzegorz i O. Roman pobiegli do wyjścia. Wierni ustawili się w kolejce do właściwego dla Indian błogosławieństwa. Każdy został przytulony, wyściskany i wycałowany. Trwało to długo, aż wszyscy poszli do swoich domów. Razem z siostrami zakonnymi i misjonarzami mogliśmy iść na wieczerzę
Uroczysta kolacja znacznie różniła się od polskiej Wigilii. Nie było opłatka, nie było czytania Ewangelii, nie było 12 dań, nie było kolęd. Nie było też naszych rodzin. Za to byli misjonarze, siostry zakonne, szynka zamiast karpia oraz radosna atmosfera.
Na stole pojawiły się kieliszki, które zostały napełnione czerwonym winem. Pojawił się barszcz czerwony z ravioli i bigos. Potem przyszła kolej na kolumbijskie dania, a wszystko było bardzo smaczne. Były też prezenty. Magda otrzymała komplet biżuterii tkanej z palmy de caña flecha, a ja słodycze. O. Grzegorz dostał dwie klatki z czterema ptaszkami. Wcześniej wierni pytali go co chce dostać na Gwiazdkę, odpowiedział, że iguanę, ale jeśli będą mieli problem ze znalezieniem iguany to wystarczą ptaszki. Dostał więc co chciał.
Kolacja się skończyła, a my zmierzyliśmy do naszego pokoju.
Prostytutki w ramach przerwy w pracy poszły na modlitwę do swojej kaplicy w nowo wybudowanym domu publicznym, ale do O. Grzegorza do tej pory nie przyszły, żeby im mszę odprawił. Tego wieczoru ulice się bardzo ożywiły i nawet żule postanowili uczcić narodziny Jezusa, bo wywlekli na chodnik potężne głośniki i puszczali głośną salsę przez resztę nocy. Jako, że lubimy salsę, nie przeszkadzało nam to, więc szybko zasnęliśmy.
Niedziela, 25 XII 2011, Jezioro Guatavita
Odkryte skarby: 2
Magda
Jako, że jesteśmy w Kolumbii, wypada na Święta zrobić coś świętego też dla rdzennej ludności. Dlatego ponownie postanowiliśmy spróbować dotrzeć do jeziora Guatavita.
Pojechaliśmy TransMilenio do Portal del Norte. TransMilenio to taki specjalny autobus, który jeździe po ulicach, ale funkcjonuje identycznie jak metro: ma swoją sieć i różnokolorowe linie, bezkolizyjne przejścia nadziemne i podziemne do innych stacji, na jednym bilecie można jeździć po wszystkich liniach, aż wysiądzie się z sieci. TransMilenio ma 2 własne pasy w każdą stronę, więc stanowi szybki i tani sposób przemieszczania się po Bogocie. Z Portalu wzięliśmy busik, który zawiózł nas ponad pół drogi. Następnie po minucie czekania, złapaliśmy stopa…
- Gdzie państwo jadą? – zapytałam rodzinkę.
- Do Guatavita.
- Do puebla czy do jeziora?
- A to jest co innego?
- No tak… do świętego jeziora trzeba odbić 7 km polną drogą, a do puebla jedzie się troszkę dalej, w inną stroną, po normalnej szosie.
- W sumie chcieliśmy zobaczyć słynne jezioro, w którym znajdowano tyle złota. Myśleliśmy, że to jest to, przy którym jest pueblo Guatavita.
- Nie, pueblo jest z drugiej strony dużego jeziora, które zaraz powinno nam się ukazać.
- No to jedziemy do jeziora. Wsiadajcie.
W taki oto sposób uświadomiliśmy Kolumbijczykom, dokąd właściwie jadą i pomogliśmy dotrzeć do celu podróży. I bardzo dobrze się stało, bo rodzinka była przesympatyczna, na dodatek wracała później też do Bogoty, a polna droga miała w rzeczywistości więcej niż 7 km i na nogach szli byśmy pod górę bardzo długo...
Gdy dotarliśmy na miejsce, trzeba było kupić bilet wstępu do rezerwatu i iść wąską ścieżką do jeziora, wraz z całą grupką ludzi. Przewodniczka tłumaczyła historyczne ciekawostki…
- To właśnie tu narodził się mit El Dorado. To, o czym mówi mit, stało się naprawdę. Hiszpańscy konkwistadorzy bardzo chcieli zdobyć legendarne miejsce, gdzie Indianie Muisca składali ofiary ze złota i szmaragdów w toń jeziora. Tuż zanim tu dotarli, Indianie zasypali kamieniami szczelinę w skale, która pozwalała im na dotarcie do jeziora. Hiszpanie za wszelką cenę chcieli wydobyć złoto, więc zaczęli wylewać wodę z jeziora drewnianymi czerpakami… Przez kilka miesięcy pracy obniżyli poziom wody o 3 metry, ale to było za mało, by wydobyć cokolwiek, więc odpuścili. Jezioro ma idealny kształt stożka i w najgłębszym miejscu ma 38 m głębokości… Następnie przyjechali Anglicy. Zbudowali tunele, którymi chcieli podglądać głębie jeziora i wydobywać skarby. Niestety, przedsięwzięcie skończyło się tragicznie: tunele zalała woda, a pracownicy pana Coopera utopili się. Następnie przybyli tu Kanadyjczycy, w latach 60-tych. Zawiązali współpracę z Kolumbijczykami, zrobili porządne pomiary, wycięli kawałek skały i zbadali dno. Udało się wyciągnąć z jeziora wiele skarbów, dziś większość znalezisk znajduje się w Museo del Oro w Bogocie. W 2003 roku zapadła decyzja o utworzeniu tu rezerwatu przyrody. W pierwszym etapie trzeba było oczyścić jezioro. Znalazło się kilka klejnotów, ale przede wszystkim wyciągnięto z jeziora kilka ton śmieci…
Wyszliśmy stromą ścieżką na wysokość 3300 m, widząc, jak po drodze zmienia się klimat
i roślinność. Wreszcie, otoczeni zapachem rozmarynu, ujrzeliśmy szmaragdową taflę małego, okrągłego jeziora Guatavita.
Przewodniczka snuła swoją opowieść i wszyscy w wyobraźni przenieśli się kilka wieków wstecz…
Zaraz będzie świtać. Całe indiańskie pueblo zgromadziło się na zalesionych brzegach jeziora. Wraz z gwiazdami i pełnym księżycem czekają na pierwszy promień słońca: przez samego boga-Słońce namaszczony zostanie ich nowy wódz.
20-letni syn kacyka też oczekuje na tę arcyważną chwilę. Od 9 lat jest do niej przygotowywany. Odkąd ukończył 11 lat, nie mógł widzieć światła dnia. Mieszkał w specjalnym namiocie, mógł opuszczać mieszkanie tylko pod osłoną nocy. Ojciec oraz szamani i starsi przygotowywali go przez 9 lat do nowej roli. Każdy rok życia w ciemności symbolizował miesiąc życia w łonie matki. Po 9 latach młodzieniec mógł się wreszcie narodzić do nowej roli.
Teraz stoi na podeście na środku szmaragdowej tafli Guatavita. Ma złote kolczyki w uszach
i nosie, złoty okrąg chroniący klatkę piersiową, złote bransolety i naramienniki, złote ozdoby na nogach… Przed chwilą odbył rytualną kąpiel. Został oczyszczony, ale też spotkał się z tymi, którzy odeszli, gdyż ich dusze zamieszkują podwodny świat. Dzięki temu nabył mądrość przodków.
Wschodzi słońce. Pierwsze promienie rozświetlają odzianego w złoto młodzieńca. Ach, jak pięknie wygląda! Po kilku sekundach cała postać rozświetla się na tle szmaragdowej wody. Dokonał się najważniejszy akt: młody kacyk został namaszczony przez boga-Słońce. Teraz czas na złożenie bogu ofiary ze złota do wód jeziora. Kilka pięknych złotych ozdób wędruje w głębię Guatavita. Złoto symbolizuje słońce, ale też kukurydzę i quinuę, czyli podstawę pożywienia Indian. Dzięki złożonej ofierze, będą mieć zawsze pod dostatkiem pożywienia.
Muiscowie chwytają za instrumenty i wiwatują na cześć nowego władcy. Najpierw witają go kapłani i starsi, a potem cała wioska hucznie świętuje, pijąc chichę i tańcząc przez kilka dni…
Czuliśmy się, jak gdyby wszystko działo się z naszym udziałem, na naszych oczach… Aż przeszły mnie dreszcze…
Zobaczyliśmy, że stoimy na rozsypanych płatkach róż.
- Skąd wzięły się tu te kwiaty? – zapytałam przewodniczkę.
- Zawsze na początek lata, czyli 21 grudnia, okoliczne puebla świętują tradycję swoich przodków. Nie składają już ofiar ze złota i szmaragdów, ale przychodzą nad jezioro, sypiąc kwiaty i składając ofiary z pokarmu i szlachetnych kamieni.
Długo trwaliśmy w zachwycie nad urokiem tego miejsca. Zaczęło padać, więc trzeba było wracać.
Rodzinka podrzuciła nas w okolice Santa Fe. Poszliśmy prosto na ostatnią bożonarodzeniową mszę w „naszej” parafii.
W Kolumbii te święta mają bardzo handlowy charakter. Od tygodnia poprzedzającego Wigilię do Wigilii włącznie, wszystkie sklepy otwarte są do północy, a ulice przypominają targ. Dziś już nie było tak targowo, ale ciężko było wyczuć jakąkolwiek wyjątkową atmosferę. No, może poza iluminacjami, które podziwialiśmy na krótkiej wieczornej samochodowej wycieczce z padre Grzegorzem. W niektórych parkach było więcej kolorowych światełek niż liści drzew; mnóstwo ludzi spacerowało, kupując różne lokalne przysmaki i napawając się tym supersztucznym widokiem… Skosztowaliśmy canelazo, czyli cynamonowej herbatki z aguargiente (słodkim likierem z trzciny cukrowej), trzeba przyznać, że było pyszne.
Pomyśleliśmy, że tradycja Bożego Narodzenia w Polsce to skarb wszystkich Polaków, warty pewnie więcej, niż wszystkie kawałki złota znalezione w jeziorze – gdyż mogący ucieszyć w jednym czasie 48 milionów ludzi. Można sobie to uświadomić dzięki podróżom, kiedy widzi się, że w innych krajach przeżywa się Święta płycej, nie tak uroczyście, mniej rodzinnie.
Z drugiej strony, skarbem jest umieć czerpać radość z Narodzenia Pana bez względu na miejsce, gdzie się jest. Umieć znaleźć ludzi do wspólnego świętowania, dzielić się z nimi sobą i szczęściem. Święta są bardzo rodzinne. Jasne, brakuje nam twarzy i ciepła najbliższych. Ale też czujemy się dziećmi w wielkiej ludzkiej rodzinie i wiemy, że siła z tych pięknych Świąt płynie na 4 strony świata, tak jak śpiew „Gloria!” i światełko z Betlejem.
Wróciliśmy do parafii, musimy przygotować się na jutrzejszą drogę. Pobudka o 5.30. Kierunek: Armenia...