Sobota, 10 XII 2011, Punta Cana, Dominikana
Magda
- Szanowni Państwo, witamy na pokładzie samolotu do Punta Cana na Dominikanie. Lot będzie trwał dwie i pół godziny. Dziękujemy za wybór Linii Copa i życzymy przyjemnego rejsu.
Tym razem zdążyliśmy na samolot, a ten z kolei nie był popsuty… Nawet załoga była miła! Siedliśmy zatem w przypisanych fotelach i polecieliśmy na tropikalne, bachatowe wakacje.
* * *
- Szanowni Państwo, przygotowaliśmy dla Państwa posiłek. Mają Państwo do wyboru kanapkę z kurczakiem albo kanapkę z mięsem.
Dla wegetarianki wybór „kurczak albo mięso” jest fascynujący. Byłam jednak tak głodna, że dałam radę skuteczne wmówić sobie, że kurczak to warzywo. Tak skutecznie, że mogłabym zjeść ze trzy takie kanapki.
* * *
Ladies and Gentlemen, tu kapitan rejsu. Zbliżamy się do lądowania na lotnisku w Punta Cana. Na miejscu jest godzina 14.30, jest 30˚C i pada deszcz…
- O nie, tylko nie deszcz! – szeptam do Marcina.
Przebijaliśmy się przez gęste chmury, a stróżki wody spływały po okienkach samolotu… Czułam się zrozpaczona. Wakacyjna, plażowa destynacja i tak nas mokro wita?
Dość szybko zorientowaliśmy się, że lotnisko w Punta Cana rządzi się swoimi prawami. Ludzie chodzą pomiędzy samolotami i robią sobie zdjęcia, cały dach lotniska jest pokryty liśćmi palmowymi, a we wnętrzu na żywo gra orkiestra i sprzedają rum. Najszybciej w życiu odebraliśmy bagaże. Okazało się, że lotnisko jest prywatne, dlatego zupełnie odstaje od utartych schematów.
Busikami zwanymi guagua dotarliśmy w deszczu do miejsca, gdzie czekał na nas couchsurfingowy gospodarz - Ken.
- Ken, czy tu teraz pada?
- Nie, wczoraj było przepiękne słońce. Generalnie jest gorąco. Tylko dziś coś pomarudziło. Zobaczysz, jutro będzie ładnie.
Odetchnęłam z ulgą. Ken mieszka w wygodnym apartamencie, 3 minuty od plaży. Twierdzi, że to najlepsza plaża na wyspie.
- Jak się tu przeprowadziłem, codziennie rano wstawałem i dla sportu maszerowałem 10 km plażą. Potem stwierdziłem, że to nie ma sensu i zacząłem maszerować te same 10 km dla umysłu. Odkryłem, że jak zaczynam dzień od pobytu na takiej pięknej plaży, to nie może to być już zły dzień. Będzie albo lepszy, albo gorszy, ale na pewno nie zły
Ugotowaliśmy solidny obiad i rozmawialiśmy długo. Ken okazał się niezwykle ciekawą postacią. Ma irlandzkie korzenie, urodził się w Niemczech, edukację odebrał w Stanach. Jego rodzice ciągle przeprowadzali się, także Ken nie może powiedzieć, skąd właściwie jest.
- Mój dom jest tu – mówi – bo na Dominikanie mieszkam już 4 lata, to jest najdłużej ile mieszkałem w jakimś miejscu. Ale chciałbym zobaczyć cały świat i w styczniu ruszę znów w podróż, z moją dziewczyną. Jeśli nam się gdzieś spodoba, zostaniemy tam.
Ken podróżuje, jeździ motorem, nurkuje, żegluje (raz nawet utopiła się łajba na której płynął
i wpław dotarł na ląd; człowiek, który pomógł mu ocaleć, opowiedział mu o Couchsurfingu
i dlatego się znamy…), gotuje, fotografuje. Nie wiem, czego nie robi Ken. Z zawodu jest programistą, pisze strony internetowe - więc może pracować wszędzie, gdzie tylko ma sieć. Pracuje, a potem pakuje się i jedzie w świat. Wolny duch.
Ken w pełni zaangażowania odpowiedział na kilka tysięcy naszych pytań na temat Dominikany (mieszka tu długo i ma dominikańską dziewczynę), a potem przestało padać i poszliśmy na plażę.
Cudowna cisza, szum fal, gwiazdy zapowiadające piękny poranek. Pooddychaliśmy urokiem miejsca, spacerując wzdłuż brzegu morza.
Jedna z knajpek zaprosiła nas dźwiękiem do środka i daliśmy się ponieść bachacie.
Niedziela, 11 XII 2011, Punta Cana, Bavaro, Dominikana
Marcin
- Chłopaki, dziewczyny, świeże mięso przyjechało!!!
Wieść bardzo szybko zaczęła się roznosić po całym regionie Punta Cana. Ze wszystkich stron, z całego Bavaro i okolic zaczęły zlatywać na wyżerkę wygodzone bestie – komary. Wszystkie do naszego pokoju. Żadne repelenty nie pomagały, najprawdopodobniej komary miały na nosach założone klipsy i nie czuły brzydkiego dla nich zapachu. W każdym bądź razie noc była dla nas straszna i prawie nie zmrużyliśmy oka. Tym bardziej, że pod naszym oknem na okrągło przez całą dobę pracuje jakaś maszyna budowlana i co kilkanaście sekund pracuje bardzo głośno, po to, by na kolejne kilkanaście sekund się zupełnie uciszyć.
Komary dały niezły koncert swoim bzyczeniem, bo co chwilę im klaskaliśmy. Z tego klaskania, nad ranem, na całym łóżku słały się zwłoki skrzydlatych potworów. Od niechcenia rzuciłem w przestrzeń rękę i znalazłem pod nią trzy krwiopijcze ciała.
Czym prędzej wyszliśmy z domu Kena i poszliśmy na spacer.
- Hola! Przyjaciele, zapraszam do mojego sklepu – powiedział sympatyczny Dominikańczyk. Na szyldzie było napisane „produkcja cygar”. Wchodzimy. W sklepie wytwarzano doskonałej jakości cygara, które potem w specjalnej suszarni czekały na zapakowanie. Gotowe leżały na półkach na koneserów. Za stołem do produkcji cygar siedział starszy pan z grubym cygarem między zębami i szerokim uśmiechem zarażał całe otoczenie.
- Proszę, spróbujcie – powiedział jeden ze sprzedawców i wręczył nam cygaro o smaku waniliowym. Fakt, było doskonałe. Sprzedawca dokładnie opowiedział nam jak powstają cygara, po czym zapytał:
- Próbowaliście już mamajuana?
- Nie – wcześniej widzieliśmy jedynie w sklepach butelki z napisem „mamajuana” w dziale alkoholowym.
Sprzedawca niewiele myśląc skoczył na zaplecze i przyniósł bardzo dużą butelkę mamajuana i dwa kieliszki, po czym je napełnił.
- To nasz narodowy trunek. Receptura jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, a produkujemy mamajuana od 400 lat. Specjalny skład korzeni z naszej wyspy zalewa się rumem, słodkim czerwonym winem i pszczelim miodem. Pomaga w leczeniu wielu chorób, miedzy innymi raka, odmładza, oczyszcza organizm, działa relaksująco, pomaga na problemy z żołądkiem no i oczywiście działa na sfery seksualne.
- Doskonałe – powiedzieliśmy zgodnie. Pożegnaliśmy się z panami i poszliśmy w kierunku plaży. Przeszliśmy zaledwie kilka metrów i zobaczyliśmy następną fabrykę cygar.
- Hola! Zapraszam do mojego sklepu – tym razem druga część wypowiedzi była już w języku rosyjskim.
- Nie jesteśmy Rosjanami, jesteśmy z Polski – odpowiedzieliśmy po hiszpańsku.- Polaco, lejos. Mam na imię Tito, a to mój brat Adonis. On ma dziewczynę z Polski. Ja też bym chciał mieć. Zróbcie mi zdjęcie i jako promocja zamieśćcie je na facebooku.
Oczywiście poczęstował nas cygarami i mamajuaną. Chłopcy okazali się sympatyczni, więc umówiliśmy się z nimi na wspólny spacer plażą późnym popołudniem. Tymczasem żeby skorzystać z promieni słonecznych i najładniejszych plaż Dominikany, pożegnaliśmy się z nimi i popędziliśmy ku falom morza karaibskiego.
Cała plaża była oblegana przez Rosjan. To tak jak dla Polaków Egipt albo Chorwacja. Rosjanie często są tu wysyłani na wakacje przez swoich szefów. Często przez wysoko postawionych szefów. Niektórzy z nich zostają tu na dłużej, zakładają swoje biznesy i potem władze Rosji mają tu układy. Między innymi przez nawał bogatych Rosjan region Punta Cana jest najdroższy na całej Dominikanie. Wszelkie „atrakcje” są tu znacznie droższe niż w innych częściach wyspy.
Oddaliśmy się rozkoszy opalania i pojawili się nasi nowi koledzy. Przynieśli ze sobą dominikański rum i zaczęli wypytywać o Polskę. Chłopcy poprosili nas, żeby im zrobić zdjęcie. W końcu poszli dalej, a my dalej pływaliśmy w morzu.
Poniedziałek, 12 XII, 2011, Punta Cana
Magda
W ramach poszukiwań śladów piratów zrobiliśmy sobie 12-kilometrowy spacer plażą do zatopionego wraku, który jednak trochę wystaje ponad powierzchnię. Wrak niestety był za daleko, by płynąć do niego w masce do snorkelingu, a miejscowi ludzie niezbyt byli skorzy do dzielenia się historyjkami o przeszłości statku, raczej wszyscy traktowali nas jako target grupę. Jedni chcieli sprzedać nam wycieczkę, inni cygara czy mamajuanę, a jeszcze inni wisiorki i ubrania. Kobiety namawiały mnie na drobne warkoczyki, Marcina od czasu do czasu spytano, czy nie chce maryśki czy czegoś mocniejszego. Nikt nie chciał z nami po prostu pogadać…
Woda w morzu była równie ciepła, jak turkusowa, zatem raz po raz zanurzaliśmy się na dłuższe pływanie.
Po całym dniu spędzonym na plaży, wróciliśmy do domu, ugotować coś do jedzenia. Marzyło nam się litrowe piwo i mamajuana, ale tak rozgadaliśmy się z Kenem, że najbliższy sklep zdążyli już zamknąć…W końcu przed dziesiątą zebraliśmy się do rodzinnego sklepiku przy innym zejściu na plażę. Tam też zdążyliśmy w ostatniej chwili, ale udało się nam wszystko kupić.
- Cześć – powiedział do nas nagle po polsku jakiś mężczyzna.
- Cześć! – przywitaliśmy się.
- Mam na imię Jacek. Zapraszam do stolika. Tu jest moja żona, Aldona i pan Michał.
Cała trójka mieszka na Dominikanie. Michał pracuje w turystyce, Aldona i Jacek mają biznesy w Polsce, a tu mieszkają z dwójką dzieci z zamiłowania do tego tropikalnego kraju. Wszyscy twierdzą, że zamieszkać na Dominikanie nie jest prosto, bo trzeba przekopać się przez tysiące papierów i słono zapłacić za prawnika, który pomaga załatwić formalności, kupić mieszkanie, czy zapisać dzieci do szkoły. Podobno w okolicy mieszka jeszcze 3 Polaków – jeden zarządza ekskluzywnym hotelem (zrobił karierę od recepcjonisty do dyrektora), drugi ma swój katamaran, a trzeci jest niedobry i robi wszystko, by obrzydzić innym życie na wyspie. Ponoć kilka osób już opuściło Dominikanę, właśnie z jego powodu. Taki polski grajdołek w wersji tropikalnej.
Dominikańczycy są hermetyczni i raczej nie integrują się z przyjezdnymi. Ja z tego powodu nie mogłabym tu żyć, bo wszędzie czułabym się obco. Ken mówił nam, że jak mieszka tu 4 lata, to był może w 4 dominikańskich domach.
Aldona i Jacek, gdy dowiedzieli się, że tańczymy, rzucili hasło, że jedziemy do miejscowej knajpy. My na to jak na lato, od początku przecież szukamy rasowego klubu. Wpadliśmy tylko do domu, powiedzieć Kenowi, że nie będzie nas trochę dłużej.
Pojechaliśmy do miejsca o nazwie „Shop and Drink”, co nasi rodacy zwinnie spolszczyli do formy „Szopen Drink”. Okazało się, że to zwykły sklep spożywczy, przed którym są ogromne głośniki, kawałek przestrzeni i ze 20 plastikowych stolików. Ludzie tłumnie obsiadają stoliki i jeszcze tłumniej tańczą na „parkiecie”. Króluje bachata i merengue.
Od razu skoczyliśmy w tany, co miejscowym się najwyraźniej spodobało, gdyż potakiwali nam i pytali, skąd jesteśmy.
- Na Dominikanie raz po raz ktoś próbuje otworzyć klub taneczny – powiedział Jacek – ale nikomu się to nie udaje. Wszyscy plajtują. Otwierają naprawdę piękne miejsca – ze świetnym wystrojem, dobrym parkietem. Ale ludzie tam nie przychodzą, nawet, jeśli ceny za alkohol są takie same jak w sklepie.
- Ken mówił nam, że Dominikańczycy nie potrzebują lokalu, żeby się bawić. Potrzebują tylko muzyki i alkoholu. Dlatego wystawiają głośniki przed spożywczak i to im w zupełności wystarczy.
- Dokładnie! Mają swoje ulubione miejsca i nie da się ich przekonać do czegokolwiek nowego.
No cóż, bachata pod spożywczakiem miała zdecydowanie swój wyjątkowy klimat. Tańczyło się spontanicznie i swojsko. Wpadliśmy w rodzaj bezczasu, czyli stanu, w którym nie czuje się, że czas płynie. Gdyby nie fakt, że Aldona i Jacek na 7 rano planowali wyjazd do Santo Domingo, bawilibyśmy się tam pewnie jeszcze długo.
Wtorek, 13 XII, 2011, Punta Cana
Magda
Radosny dzień plażowo-łóżkowy.
Odsypianie tańców.
Kąpiel w morzu, spanie na plaży, kąpiel w morzu, łyk mamajuany. Spacer po plaży, pływanie w morzu, obiad. Łyk mamajuany, pływanie w morzu, spanie na plaży.
Dużo radości ze słońca, morza i muzyki.
Poważne konsekwencje picia afrodyzjaku.
Na koniec dnia wojna z komarami, które zaatakowały nasze łóżko.
Środa, 14 XII, 2011, Santo Domingo
Magda
Pożegnaliśmy się z Kenem i jego domkiem przy plaży.
Ja mogłabym tam siedzieć i całe 9 dni, bo w Punta Cana jest bajkowe morze i plaża. Fakt, ludzi jest tu od groma i jest bardzo turystycznie, za czym nie przepadam, ale jest to fajne miejsce na wakacyjny wypoczynek, gdzie można wszystko mieć zupełnie w nosie. Chwilowo niczego więcej mi do szczęścia nie było potrzeba.
Ale podróżnicza dusza Marcina zdecydowanie sprzeciwiła się pozostaniu w jednym miejscu, uznałaby to za plamę na swoim honorze. Upchaliśmy więc manatki do plecaków i w drogę.
Ruszyliśmy na południe, do stolicy, o której wiemy, że jest brzydka… Niestety, na wyspie jest mało dróg i żeby pojechać na północ, trzeba udać się do Santo Domingo, bo tylko stamtąd jest droga. Być może pojedziemy na półwysep Samana, gdzie jest dużo bardziej dziewiczo niż w Punta Cana. W stolicy ludzie ponoć tańczą na ulicach, więc idea jest taka, żeby się czegoś nowego nauczyć od lokalsów.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Higuay, gdzie jest dominikańskie narodowe sanktuarium Maryjne. Coś jak nasza Częstochowa. Kościół z zewnątrz odstrasza betonem, nie należy do najpiękniejszych. Ale w środku znajduje się ładny obraz Matki Bożej, „Virgen de Altagracia” z którym oczywiście wiąże się legenda.
Kiedy Hiszpanie kolonizowali wyspę Hispaniola, w 1502 roku dwóch mężczyzn, Alonso i Antonio de Trejo, przywiozło ze sobą obraz Maryji z Hiszpanii. Obraz przedstawia narodzenie Jezusa. Pochodzi z XV wieku, z Hiszpanii. Podobno został przyniesiony przez okrytego w szaty starszego człowieka, który potem zniknął. Legenda mówi, że obraz w tajemniczy sposób zniknął z domu braci i pojawił się z powrotem na drzewie pomarańczowym. Na miejscu tego drzewa postawiono pierwszy kościół w Higuey. Obecnie 800 tysięcy pielgrzymów rocznie przybywa tu, prosić Matkę Bożą o potrzebne łaski. Dominikańczycy modlą się tu o cuda i uzdrowienia.
Santo Domingo okazało się faktycznie brzydkie i brudne. Musieliśmy dotrzeć z dworca do Thomasa z CouchSurfingu. Mieliśmy jechać taksówką, co miało kosztować 150 pesos. Pytaliśmy dziesiątki taksówek – taksówkarze albo nie znali adresu, albo chcieli 500 pesos. Zadzwoniłam do Thomasa, przedstawić mu sytuację.
- To ja zadzwonię do znajomego taksówkarza i podjedzie po was tam. Czarna taksówka, firma Pavon, numer 70.
Pół godziny czekaliśmy, jednak nic takiego nie nadjechało. Ostatecznie inny taksówkarz zawiózł nas za 170 pesos.
Thomas mieszka w bardzo kolorowym i klimatycznym mieszkanku, jest z USA, uczy angielskiego w amerykańskiej szkole podlegającej pod Ambasadę. Kocha swoją pracę. Prawdopodobnie jest gejem, bo w jego mieszkaniu jest wiele zdjęć jego z innym mężczyzną. Jest niesamowicie uprzejmy i uczynny. Wytłumaczył nam, co i jak działa w mieszkaniu, zachęci do zjadania jedzenia z lodówki, bo jedzie na święta do Stanów i poszedł na jakieś spotkanie.
- Możemy iść gdzieś tańczyć? – spytałam Thomasa.
- Jasne! Jest wiele imprez w Zona Colonial, tylko że tak od północy. Ja wcześniej wrócę, więc jak będziecie mieć ochotę iść, to zamówię wam taksówkę.
Marcin jednak zasnął przed 10 i śpi smacznie, więc dominikańska bachata pewnie mu się śni…