Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 11

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Tańce wśród Piratów
Napisane przez: mmm
Ocena: 0 (Głosów: 0)
Do_gory   W_dol
« cz. II – Panama
24.01.2012
1907 km

Cz. III - Kostaryka

 

Czwartek, 17 XI 2011, San Jose

Magda

 

Wyspaliśmy się porządnie. Po śniadaniu w postaci polskich kisieli instant i siatki pomarańczy, które dostaliśmy od Giny, ruszyliśmy poznawać miasto.

 

Kierowaliśmy się mapką otrzymaną w hotelu, która wskazywała najciekawsze punkty San Jose.

 

Pierwszym ciekawym dla nas przystankiem był targ rękodzieła. Weszliśmy między kramy i zupełnie straciliśmy poczucie czasu. Chodziliśmy kilka godzin, oglądając zabawne fajki z kokosu, torebki z kokosu, biżuterię z drewna tropikalnego, oryginalne instrumenty muzyczne. Kupiliśmy sobie coś do domu, a mianowicie drewnianą żabę, która jest pusta w środku i jak pociera się ją specjalnym patyczkiem, wydaje dźwięk niczym żywa żaba! Marcin spełnił też swoje marzenie i za 10 dolarów kupił sobie prawdziwą maczetę!

- Hej, hamaki, hamaki mam, zobaczcie! – krzyczy do nas młodzieniec. – Po jakiemu mówicie? Hablan espanol?

- Si – odpowiadam.

- Ja też umiem po hiszpańsku, ale mówmy po angielsku. Jestem ze Stanów. A wy skąd?

- My z Polski.

- A z Polski! Mój ukochany papież był z Polski! A teraz macie tam najwyższą na świecie figurę Chrystusa! Jak to miejsce się nazywa?

- Świebodzin – odpowiada zszokowany Marcin.

Hamaka nie kupiliśmy, natomiast ja skusiłam się jeszcze na kolczyki i bransoletkę z kokosa.

Nagle dopadł nas głód. Popatrzyliśmy na zegarki, była już 14-sta…

 

Po szybkim obiedzie, zwiedziliśmy Muzeum Sztuki Współczesnej (z której rozumieliśmy wyłącznie akcenty seksualne) i załapaliśmy się na wielką fiestę dotyczącą sadzenia drzew palmowych odbywającą się, nie wiadomo czemu, w ogrodzie kompleksu muzealnego. Wysłuchaliśmy kostarykańskiej muzyki, zjedliśmy przepyszne lody, a na specjalnym kiermaszu warzyw i roślin kupiliśmy jukę, żeby Marcin wreszcie mógł ją skosztować.

 

Z kilogramem juki poszliśmy do Muzeum Jadeitu. Wstęp kosztował 8 USD od osoby, ale warto było pooglądać przepiękne, mające 1500 lat przedmioty z tego minerału. Mogliśmy też sporo poczytać o tradycjach i wierzeniach Indian Mezoameryki. Jadeit to zielony kamień z grupy krzemianów, jest rzadkością w przyrodzie, charakteryzuje się dużą twardością. Indianie robili z niego amulety, wierzyli, że chroni on przed złymi mocami. Był kojarzony z mocami duchowymi – dlatego szamani posiadali wiele akcesoriów z tego materiału. Przy pochówku, łamano jadeitowy amulet na dwie części i jedną oddawano na wieki zmarłemu, a druga przechodziła jako spadek na potomnych.

 

Muzeum Złota Prekolumbijskiego zniechęciło nas ceną wstępu (12 USD od osoby), ale chętnie weszliśmy do muzealnego sklepiku. Było tam wiele przedmiotów wykonanych współcześnie, ale ściśle według prekolumbijskich wzorów (rzeczy te wyglądały podobno identycznie, jak obiekty muzealne). W pewnym sensie mogliśmy więc podziwiać naczynia, przedmioty liturgiczne i złotą biżuterię Majów i Azteków. Najbardziej zafascynowały nas jednak… prekolumbijskie ceramiczne pieczątki!  Indianie mieli tradycję malowania ciał w różnorakie wzory. Żeby szło to sprawnie oraz by wzory były regularne, posługiwali się dwoma typami pieczątek do malowania na skórze. Jedne wyglądały tak, jak dzisiejsze pieczątki – odciskało się wzór, trzymając za trzonek, a inne były obrotowe, jak nawlekane na nitkę walce pokryte szlaczkiem. Kupiliśmy jedno takie cudo, dokładną kopię pieczątki indiańskiej z muzeum. Marcin obiecał wytatuować mi plecy akwarelką lub henną. Może urządzimy mały gabinet prekolumbijskiego tatuażu na jakimś slajdowisku?

 

Teraz jesteśmy w hostelu i brzuchy bolą nas z przejedzenia. Uprażyliśmy chipsy z bananów – patajonów (to takie banany o zielonej skórce i trochę kwadratowym kształcie, w środku różowe i bardzo twarde) i przysmażyliśmy prawie kilo juki. Marcinowi juka posmakowała (ja zakochałam się w jej smaku w Boliwii), pewnie więc będziemy częstszymi gośćmi wystaw współczesnej sztuki…

 

Piątek, 18 XI 2011, Park Narodowy Poas

Marcin

San Jose nie ma wiele do zaoferowania, natomiast jest świetnym miejscem wypadowym. Jeszcze w czwartek postanowiliśmy, że wstaniemy o 6:30 i pojedziemy zobaczyć wulkan Poas. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Poszliśmy na dworzec – jeden z wielu, bowiem w San Jose jest mnóstwo dworców autobusowych i każdy odprawia turystów w inne części kraju. Autobus kursowy pod wulkan jedzie dwie godziny i płaci się za niego 8$ w obie strony. Odjeżdża o 9:00, a spod wulkanu wraca o 14:00. Tak jest teraz, ale nieustannie się to zmienia, więc najlepiej udać się wcześniej do Informacji Turystycznej, żeby potwierdzić godziny i miejsca odjazdu autobusów.

 

Wulkan Poas (2706 m.n.p.m) posiada trzy kratery, z których jeden jest aktywny. Jest niewielkie prawdopodobieństwo, że wybuchnie, bowiem stale wysyła w powietrze kłęby dymu. Szerokość krateru wynosi 1500 metrów i jest drugim co do wielkości kraterem świata. Jego głębokość wynosi 300 metrów. Na dnie znajduje się jezioro w kolorze zielonym, którego błotne gejzerowe erupcje wystrzeliwują na wysokość 40 metrów, co czyni go najbardziej aktywnym bulgoczącym jeziorem świata. Niedaleko znajduje się najstarszy krater Von Frantzius, a pół godziny marszu od głównego krateru znajduje się krater Botos otoczony wilgotnym lasem tropikalnym i wypełniony niebieską wodą

 

Kiedy podeszliśmy pod główny krater, wokół nas była gęsta mgła i czuliśmy spadający na nas deszcz. Jedynie zapach siarki dawał znać, że w pobliżu znajduje się główny krater. Postanowiliśmy nie zwlekać, więc przeszliśmy się na spacer w kierunku niebieskiej laguny, czyli krateru Botos. Tam również była mgła, ale znacznie mniejsza. Biegała też tam wiewiórka, która za drobna opłatą w postaci krakersa zgodziła się pozować do licznych zdjęć J

 

Wróciliśmy pod główny krater i naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Kosmicznie duża dziura w ziemi, z małym zielonym jeziorkiem, z którego serca wybuchały w powietrze kłęby białego gejzerowego dymu. Urzeczeni widokiem tkwiliśmy tam pomimo padającego na nas deszczu. Niekiedy krater był zupełnie zasłonięty przez mgłę, by wiejący wiatr odsłonił go na dosłownie kilkanaście sekund i ponownie zakryć go gęstą mgłą.

 

Magda nawiązała znajomość z przewodnikiem po Kostaryce. Od niego dowiedziała się wielu ciekawych historii na temat wulkanu Poas, jak i innych miejsc. Zasłuchana, wsadziła aparat do futerału, zapominając go zamknąć. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośne uderzenie pod naszymi nogami. Ku naszemu przerażeniu, na kamieniach leżał nasz aparat fotograficzny, który wypadł z futerału. Będący najbliżej nas turyści złapali się za głowę. Wzięliśmy aparat do ręki. Wizjer cyfrowy był potłuczony, pękła szybka zasłaniająca ekran i ochronne szkło hartowane. Gdyby nie porada w sklepie fotograficznym, żeby dokupić szkiełko hartowane, mielibyśmy zupełnie roztrzaskany aparat. Na szczęście elektronika działała i przez potłuczone szkło widać było obraz. Poruszyłem obiektywem. Zacinał się, pękła  plastikowa wewnętrzna obręcz do poruszania zoomem.

 

Usiedliśmy załamani na ziemi w nadziei, że naprawa nie będzie droga i że będzie się dało robić zdjęcia. Na szczęście cała elektronika była sprawna, a soczewki obiektywu były nienaruszone. W nieco gorszych nastrojach wróciliśmy do hostelu. Zdążył nam odpisać Ezechiel, mogliśmy wreszcie opuścić hostel. Był tylko jeden problem. Ezechiel do późna pracował i mógł się z nami zobaczyć wieczorem. W Kostaryce mieszkał od kilku dni, bowiem jest Argentyńczykiem. Jego znajomość miasta była więc taka jak i nasza. Czyli żadna. Umówiliśmy się w klubie, w połowie drogi między jego domem a hostelem. Razem z nim przyszli jego nowi znajomi z pracy, Veronika i Pedro. Usiedliśmy z nimi i do północy tańczyliśmy merengue i salsę cubanę. Pedro pochodzi z Venezueli i zaprosił nas do siebie, kiedy będziemy w Caracas. Pedro bardzo chciał ze mną porozmawiać, nie znał jednak angielskiego, a moje umiejętności hablania espaniol są jeszcze na poziomie survivalowym (czyli potrafię powiedzieć „te quiero mucho”, „dos cervezas por favor”, czy „tengo hambre”), zatem rozmawialiśmy przeplatanym angielsko hiszpańsko migowym. Po imprezie pojechaliśmy do mieszkania Ezechiela i poszliśmy spać. Magda nastawiła budzik w komórce na 6:00. Mieliśmy w planach kolejną wyprawę…

 

 

Sobota, 19 XI 2011, Park Narodowy Tortugero

Marcin

 

Zupełnie zaspani, szybko spakowaliśmy się i pojechaliśmy na dworzec autobusowy, żeby dostać się do Tortugero, ostoi żółwi morskich i błotnych. Żeby dostać się tam, z San Jose należy `pojechać do Cariari, następnie do Pavon, a potem jeszcze 42 kilometry łodzią motorową do Tortugero, rzeką. Kiedy znaleźliśmy się w parku, poszliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Zauważył nas Robin.

- Jeśli chcecie, możecie rozbić namiot pod moim domem. Moja babcia przypłynęła tu dawno temu jako jedna z pierwszych, jeszcze zanim powstał tu park. Za 4$ możecie u mnie mieszkać.

- Wiemy, że można tu rozbić namiot za 2$ od namiotu.

- Nie, za 2$ od osoby.

Pomyśleliśmy, że informacje, które wyszukaliśmy, pewnie są przedawnione i zgodziliśmy się.

- Jeśli chcecie, mogę was jutro zabrać canoe rzeką w głąb parku, tam gdzie nie jeżdżą motorówki i jest cicho. Jest tam wąska rzeczka i żyje mnóstwo zwierząt. Mogę być waszym przewodnikiem - za jedyne 15$ od osoby. Jeśli chcecie tańszą opcję, wynajmę wam canoe za 10$ od osoby. Ale musicie zdecydować się już teraz, bo mogą przyjść inni turyści.

 

Lekka nachalność Robina podpowiedziała nam, żeby wstrzymać się z decyzją. Poszliśmy szukać żółwi na plaży. Ponoć małe żółwie wykluwają się do końca października, ale mieliśmy nadzieję, że może zaobserwujemy jakieś opóźnione egzemplarze. Ktoś nam proponował, że pokaże nam żółwie za jedyne 10$, ale nie uwierzyliśmy, że może w czymkolwiek nam pomóc. Tortugero to miejsce, gdzie Morze Karaibskie od razu jest bardzo głębokie, a plaża jest szeroka i piękna. Właśnie ten zakątek ziemi upodobały sobie wielkie żółwie morskie jako teren swojego rozrodu. Od czerwca wychodzą rano z otchłani morskiej, na granicy plaży i lasu tropikalnego składają liczne jaja i zmykają z powrotem do morza. Wieczorami z jajeczek, które nie stały się łupem drapieżnych ptaków, wylęgają się maleńkie żółwiki i również dreptają ku morskiej toni… Pomimo przejścia 8 km plaży, nie znaleźliśmy jednak ani grama żółwia. Pomyśleliśmy, że jest za wcześnie: na ulotkach parku jest napisane, że najlepszy czas na obserwację to między godziną 22 a 24. Jednak nawet spacerując z czołówkami do późnej nocy, na pograniczu plaży i dżungli, znaleźliśmy tylko gniazda żółwi, i pozostawione przez maleństwa skorupki…

-Więc przyroda jest bardzo dokładna. Teraz nie ma już żółwi. x Do późnej nocy nie znaleźliśmy jednak żadnego.

 

Od kilku godzin jedna myśl nie dawała nam spokoju. Odkąd wysiedliśmy z autobusu w Cariari, nie mogliśmy się doszukać jednego aparatu fotograficznego i komórki. Kurczowo trzymaliśmy się myśli, że najprawdopodobniej zostawiliśmy je w domu Ezechiela, spiesząc się wcześnie rano. Mieliśmy nadzieję, że nie staliśmy się ofiarami kradzieży.

 

Po powrocie do namiotu powiedzieliśmy Robinowi, że możemy wynająć canoe za 10$, gdyż zorientowaliśmy się w wiosce, że standardowa cena to 5$ od osoby i że chcemy płynąć sami. Zgodził się. O 5:30 pobudka.

 

 

Niedziela, 20 XI 2011, Tortugero

Magda

 

Słońce obudziło nas tuż po piątej. W nocy ulewnie lało, krople wody dudniły o nasz mały namiot - nie należeliśmy zatem do za bardzo wyspanych. Ale pragnienie przygody było większe niż senność.

 

Poszliśmy na plażę, z nadzieją, że może teraz zobaczymy żółwie. Niestety, żaden nie chciał pokazać się nam.

 

O umówionej 6 czekaliśmy pod namiotem na Robina. Nie było go jednak. Nie było go też przy przystani, ani przy wejściu do parku… Ponieważ wioska jest mała i wszyscy jej mieszkańcy znają się, zapytałam strażników parku, czy Robin może już tu był.

- Nie, nie było go tu.

Przy przystani również zapytałam o Robina.

- Poczekajcie, zapytam się jego wujka – powiedział sympatyczny dryblas. Po chwili odpowiedział:

- Wujek mówi, że Robin popłynął z innymi turystami.

- Niemożliwe –  nie było go dziś w parku. Pytaliśmy strażników.

- Ale on nie wpływa do parku, nie może. Pływa w drugą stronę…

- Dlaczego nie może?

- Bo to problematyczny chłopak i lepiej nie mieć z nim nic do czynienia. Wyszło parę razy, że okrada turystów. Dlatego nie pozwalają mu wpływać do parku z kimkolwiek.

Ups... Nie mieliśmy jednak już nic cennego w namiocie. Aparat i telefon, jeśli je zabraliśmy, zniknęły wcześniej, niż rozbiliśmy namiot…

- Ojoj, nie wiedzieliśmy tego! A skąd możemy teraz wypożyczyć czółno?

- Chodźcie, zaprowadzę was.

Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów. Młody człowiek wynajmował łódki i kajaki. Od razu przydzielił nam canoe i za opłatą 10$ mogliśmy korzystać z niego przez cały dzień.

Podziękowawszy obu panom, podpłynęliśmy do wejścia do parku. Strażnicy mieli przerwę śniadaniową, nie dało się wejść. Postanowiliśmy również spożyć pierwszy posiłek. Marcin dziarsko pokroił bagietkę i pomidora swoją nowo nabytą maczetą, po czym posmarowaliśmy kromki mazistym awokado i zjedliśmy pyszne śniadanie na wodzie. Po pół godzinnej przerwie, strażnicy pojawili się z powrotem.

- Poproszę 2 bilety – powiedziałam, wręczając strażnikowi banknot 100$.

- Nie przyjmujemy studolarówek w żadnym z parków narodowych w Kostaryce – usłyszałam odpowiedź.

- Jak to? Ale dlaczego?

- Bo takie jest prawo, przeczytaj sobie.

Nie mieliśmy równowartości 20$ w colonach, ani nic do powiedzenia. Popłynęliśmy z powrotem do wioski, rozmienić pieniądze. Na szczęście nie było problemu.

- Hola, Magda! – zawołał za mną Robin, machając wiosłem. – Mam dla was canoe!

- Hola Robin. Spóźniłeś się ponad półtorej godziny, teraz nic już nie potrzebujemy od ciebie. – odpowiedziałam i pobiegłam do naszego czółna.

 

Rozpoczęliśmy wiosłowanie. Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy ku systemowi rzek i kanałów przecinających dżunglę. Myślałam, że starczy nam sił na jakieś dwie godziny, ale wodny spacer był na tyle fascynujący, że daliśmy radę wiosłować aż pół dnia!

Wpłynęliśmy do serca prawdziwej dżungli. Tropikalna rzeka okazała się domem dla  wielu gatunków zwierząt. Przez cały czas towarzyszyły nam przepiękne niebieskie motyle, wielkie jak dłoń oraz nieco mniejsze, pomarańczowe i żółte. Nad brzegiem odpoczywały duże ptaki, jedno o śnieżnobiałych piórach, inne srebrzystoniebieskie. Po godzinie płynięcia spostrzegliśmy przy brzegu rodzeństwo małych kajmanów.

- Ciekawe, gdzie jest ich mama… – zapytał Marcin.

Płynęliśmy dalej. Po gałęziach wysokich drzew, spowitych sieciami lian, skakały małpy kapucynki. Niektóre udało się nam nawet sfilmować!

Dżungla pięknie śpiewała głosami tropikalnych ptaków i insektów, które dawały nam co chwile o sobie znać… Na szczęście mieliśmy dobry repelent z tzw. substancją DEET, która sprawia, że komary nie chciały za bardzo z nami zaprzyjaźniać się. Braliśmy też doustnie osłonę przeciwmalaryczną, dlatego mogliśmy oddać się podziwianiu przyrody w sposób bezpieczny.

Głos dżungli to też pękające co chwilę suche gałęzie drzew, po których skaczą małpy, stukanie dzięciołów i… groźne, donośne wycia. Prawdopodobnie wycia dochodzące z zarośli były sprawką jaguarów, gdyż te właśnie koty pomieszkują w żółwiowym parku.

- Szkoda tylko, że nie ma tu żadnych żółwi – powiedział Marcin.

- Bardzo szkoda. Nad morzem już chyba ich nie zobaczymy, ale możliwe, że będą jeszcze jakieś słodkowodne. Bo z tej strony parku pod ochroną są żółwie rzeczne.

- No to moglibyśmy choć takie zobaczyć.

- Płyńmy dalej, może się uda. Ja bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć tukany.

- Ponoć jest to bardzo trudne.

- Szczególnie jeśli cały czas patrzymy na rzekę i szukamy żółwi – tukany raczej będą w górnych partiach drzew…

- Magda, Magda, patrz! Żółwie! Są dwa, tam na konarze!

Patrzę, faktycznie! Na zwalonej kłodzie dwa dorodne żółwie zażywały kąpieli słonecznej. Z radością zaczęliśmy je fotografować.

Popłynęliśmy jeszcze dalej. Im głębiej zanurzaliśmy się w dżunglę, tym rzeka była spokojniejsza, a przyroda bardziej tajemnicza. Wszystko żyło swoim rytmem, stanowiło krąg istnień splecionych ze sobą zależnościami, w które nie ingerowały żadne siły ludzkie. Płynęliśmy w ciszy, zachwyceni. Wdychaliśmy dziewiczą zieleń terenu, melodię wody, błękit nieba i wolność ptaków. Od żółwi zaczęło wręcz roić się. Na każdym rozgrzanym przez promienie kamieniu zainstalował się przynajmniej jeden osobnik, a na kłodach zajmowały miejscówki całe żółwiowe rodzinki. Niektóre z nich były bardzo płochliwe – tylko zbliżyliśmy się, a rodzinka żółwi chlup, do wody. Inne chętnie pozowały do zdjęć i filmów.

 

Przed południem postanowiliśmy zawrócić. Słońce paliło naszą skórę. Mieliśmy w planie przejść jeszcze jeden szlak lądem.

 

W radości i z satysfakcją zwiększyliśmy tempo wiosłowania.

 

- Marcin, patrz! Tam jest krokodyl! I to całkiem duży! – krzyczę.

- Gdzie? Zdaje ci się, to na pewno konar. Nic nie widzę.

- Tu, zawróć trochę, zobaczysz.

 

Podpłynęliśmy bliżej. Dorodny, około metrowy kajman wylegiwał się na kawałku pływającego drewna.

 

Obfotawszy zwierzaka, popłynęliśmy dalej.

 

- Marcin, tu znowu jest krokodyl! – krzyczę.

- E, tam, ty wszędzie widzisz krokodyle – skomentował Marcin, który okazał się specjalistą od wypatrywania żółwi, chyba żadnego nie przegapił, podczas gdy ja faktycznie w pierwszej chwili widziałam tylko krokodyle.

- Serio. Zobacz tu! Tylko nie płyń za blisko, bo to już naprawdę spory kawał zielonego ciałka.

Podpłynęliśmy jednak na tyle blisko, że udało się nakręcić film pokazujący, jak krokodyl otwiera i zamyka paszczę, w której na języku przysiadł mu niewielki motyl. W rytm otwierania  i zamykania szczęki, motyl otwierał i zamykał swoje skrzydła.

 

Pełni wrażeń, dopłynęliśmy do wioski. Oddaliśmy czółno i podzieliliśmy się impresjami z rejsu. Koleś, który wypożyczał czółna był z nas dumny.

- A tukany widzieliście?

- No właśnie nie!

- To jest trudne. Ciężko jest je zobaczyć.

 

Chcieliśmy iść do kościoła. Na mapie było ich pięć. Ale nikt nie wiedział, o której są msze, a poza tym okazało się, że niektóre z nich to świątynie sekt, np. Adwentystów Dnia Siódmego. Widzieliśmy też bardzo dziwne para chrześcijańskie nabożeństwo, podczas którego mieszkańcy wyspy tłumnie maszerowali, machając kolorowymi flagami i wykrzykując „Jezus, Jezus!”.

 

Zjedliśmy wielkiego ananasa i kokosa (oczywiście z pomocą maczety) i posileni owocami i kokosowym mlekiem poszliśmy ponownie do parku, przejść jeszcze wybraną lądową ścieżkę. Żeby na nią wejść, musieliśmy wynająć sobie gumiaki.

- Widziałem dwa węże! – pochwalił się mężczyzna zwracający buty.

- Tak? Na tym szlaku?

- Tak, były dwa, takie duże białe, z zygzakiem.

Wytłumaczył nam dokładnie gdzie, ale groźne stworzenia nie zechciały na nas poczekać w tamtym miejscu.

- Mówisz, masz! – szepnął do mnie nagle Marcin.

- Co?

- No tukany! Zobacz, tu na gałęzi!

Wyjęłam szybko aparat i sfotografowałam jednego z nich, gdyż drugi w parę sekund odleciał.

 

Szybko pokonaliśmy trasę i w poczuciu ogromnego zadowolenia, trzymając się za ręce wróciliśmy do namiotu brzegiem morza. Spakowaliśmy się i popędzili na ostatnią łódkę, która wypływała ku cywilizacji.

 

Pomachaliśmy parkowi na dowidzenia i pomału pokonywaliśmy kolejne kilometry drogi. Nagle, mniej więcej w połowie drogi, silnik odmówił posłuszeństwa. Przestał działać. Spora motorówka, z około 30 osobami na pokładzie, zaczęła dryfować z powrotem w kierunku „Żółwiowa”, obijając się co chwilę o brzeg i nabierając wody…

 

Załoga motorówki zdołała zatrzymać łódkę i za wszelką cenę starała się naprawić motor.

Zatrzymała się inna łódka, wioząca ludzi z innego kanału. Dwie ekipy pracowały nad naszym silnikiem, niestety bezskutecznie…

 

Po jakimś czasie minęła nas pusta łódka wracająca już z Pavony w stronę Tortugero. Jej motorniczy spostrzegł dwie łódki przy brzegu i podpłynął do nas. Zorientowawszy się, że mamy poważny problem, a pomału zaczyna ściemniać się, zaproponował, że zabierze nas wszystkich swoją łódką do Pavony. Pasażerowie przeokrętowali się z ulgą.

 

Sprawnie dopłynęliśmy do celu, czekał na nas autobus, który zawiózł nas do Cariari.

Niestety, ostatni autobus do San Jose odjechał nam pół godziny temu. Ale jak zwykle nasi Aniołowie Stróże nie próżnowali! Okazało się, że jeszcze 3 osoby chcą dziś jechać do San Jose, a kierowca autobusu bardzo chciał nam w tym pomóc. Zadzwonił do swojego kolegi taksówkarza, który natychmiast znalazł się na dworcu i za niewielką opłatą zawiózł naszą piątkę do większego miasta, skąd o 19 odjeżdżał autobus do San Jose.

 

Ponieważ San Jose jest miastem organizacyjnie zdrowo popieprzonym, mieliśmy kolejne przygody. Najpierw jednak wytłumaczę moje określenie miasta.

San Jose jest największym miastem Kostaryki, stolicą. Posiada 19 dworców autobusowych w różnych częściach aglomeracji, z których autobusy jeżdżą w różne części kraju. Jeśli ma się przesiadkę, trzeba czasem przejść kilka kilometrów. Ulice najbliżej ścisłego centrum dzielą się na „avenidy”, biegnące ze wschodu na zachód, i „calle”, prowadzące z północy na południe. Przez środek miasta biegnie „Avenida Central” i „Calle Central”, dzieląc miasto na 4 części. Następnie, na północ miasta idą avenidy nieparzyste, a na południe parzyste, i analogicznie, na wschód idą calle parzyste, a na zachód nieparzyste. Gdyby taki podział istniał w całym mieście, byłoby jeszcze doskonale. Natomiast numeracja ulic dotyczy jedynie dwóch dzielnic w ścisłym centrum. Reszta miasta dzieli się na dość spore dzielnice, w których nie ma nazw ani numerów ulic! Mało ulic jest dwukierunkowych, często nie da się więc wrócić tak, jak się gdzieś dojeżdżało. Już na deser komplikacji, San Jose leży na kilku wzgórzach, więc nie ma mowy o jakiś punktach orientacyjnych w terenie…

 

Wysiedliśmy tuż po 20-stej na dworcu i jedyne co wiedzieliśmy, to to, że Ezequiel mieszka w dzielnicy Calles Blancos, w jednym z tysięcy domów przy dziesiątkach uliczek, w apartamencie numer 1. Pamiętaliśmy, że tuż obok jest nieduży zielony kościół, a z drugiej strony Kolegium Techniczne, ale nawet taksówkarze nie potrafili tego zlokalizować. Jeden taksówkarz powiedział, że wie, gdzie jest to kolegium, więc wsiedliśmy do jego pojazdu. Zawiózł nas jednak pod zupełnie inną szkołę… Było ciemno, a latynoskie stolice nie są po ciemku bezpieczne, więc musieliśmy szybko wykombinować, jak przedostać się do domu.

Miałam mapę z domem Ezequiela na swojej poczcie w Internecie, ale była niedziela i ŻADNA, ale to żadna kafejka internetowa nie była czynna, a taksówkarz nie kojarzył baru z wi-fi… Nie mogłam też zadzwonić do Ezechiela, bo telefon albo był w domu, albo miał już innego właściciela…

W pobliżu kilku restauracji postanowiliśmy wysiąść z taksówki i na własną rękę poszukać wi-fi. Faktycznie jednak, nie było go w żadnej z restauracji. Spytałam więc kobietę oczekującą na smażonego kurczaka na wynos, wyglądającą na dość zamożną osobę, czy nie ma przypadkiem internetu w swojej komórce.

- Zginął mi telefon, nie mogę więc zadzwonić do kolegi, u którego mieszkamy, a trudno nam do niego trafić. Na mailu mam zarówno mapę, jak do niego trafić, jaki i jego numer telefonu. Kobieta okazała się aniołem. Szybko przepytała kilkunastu kolesi, który ma Internet w komórce. Gdy udało mi się zalogować do poczty, mapa nie chciała załadować się, ale zdołałam odpisać telefon Ezequiela. Pani-Anioł szybko do niego zadzwoniła.

- He, He! To Argentyńczyk! Trudno się więc z nim rozmawia przez ten ich śmieszny akcent. Ale będzie dobrze, wszystko będzie dobrze! Don’t worry, be happy! On mi powiedział, że jest nowy w tym mieście i też nie wszystko jeszcze w swojej dzielnicy zna, ale umówiłam się z nim, że podrzucę was do wielkiego supermarketu i stamtąd odbierze was.

 

Wsiedliśmy z Panią-Aniołem do jej małego autka i pojechaliśmy do marketu, gdzie czekał na nas argentyński gospodarz. Podziękowaliśmy bardzo serdecznie kobiecie i zrobiliśmy zakupy na kolację.

 

Niestety, w domu nie było ani aparatu, ani telefonu. Został nam jeden aparat, co prawda lepszy, ale z mniejszym zoomem i niestety uszkodzonym…

 

Przygaszeni, wszyscy poszliśmy spać.

 

 

Poniedziałek, 21 XI 2011, San Jose

Odkryte skarby: 1

Magda

Spaliśmy bardzo długo, odsypiając wszelkie poranne pobudki i nocne polowanie na żółwie. Gdy obudziliśmy się, wcale nie chciało nam się wstawać.

 

- Dobrze, że to, co tracimy, to są tylko rzeczy. Dobrze, że mamy siebie. – stwierdziliśmy zgodnie. Dobrze jest mieć poczucie, że pomimo kryzysu i niemiłych doświadczeń, ma się obok siebie najukochańszą osobę. To nas czyni bardzo bogatymi, bez względu na to, czy chwilowo przegrywamy ze światem. Nawet w obliczu przeciwności losu, budząc się przy Marcinie, czuję się szczęśliwa i bezpieczna. Kochana.

Dzielenie drogi z osobą, którą się kocha, to skarb.

 

Miałczenie dwóch przepięknych kotów Ezechiela zmobilizowało nas do wstania. Prosiły
o mleko, ale niestety, skończyło się, trzeba więc było zebrać się porządnie i iść do sklepu. Ezechiel już od paru godzin był w pracy.

Pojechaliśmy też do serwisu Canona, który wyszukaliśmy w Internecie. Niestety, nie mają tu szybek ze szkła hartowanego do zabezpieczenia wyświetlacza, ani też nie serwisują obiektywów Tamrona. Pan jednak pocieszył nas, że w Polsce bez problemu naprawimy zoom, gdyż zniszczył się jeden pierścień obiektywu, mechaniczna część.

 

Wróciliśmy do domu, planować dalszą podróż. Wieczorkiem wrócił Ezequiel, zjedliśmy wspólnie spaghetti i przy piwku dzieliliśmy się wrażeniami z Kostaryki.

 

Jutro jedziemy w kierunku Parku Narodowego Arenal, czeka na nas kolejny wulkan. Tym razem dość czynny…

 

 

Wtorek, 22 XI 2011, La Fortuna

Magda

Dotarliśmy do miasteczka La Fortuna, leżącego u podnóża przepięknego wulkanu Arenal. Jego piękność jak na razie znamy z widokówek, bo gdy dotarliśmy tu, był w chmurach.

 

Fortuna to urocze, młode miasteczko. Przybywają do niego liczni turyści z USA i Kanady, spragnieni egzotycznych wrażeń. W sezonach, gdy w tych krajach jest wolne lub ludzie biorą urlopy, populacja Fortuny wzrasta aż dwukrotnie: Kostarykańczycy zjeżdżają się do miasteczka, by obsługiwać turystów.

 

Przy Ulicy Głównej w swoim Apartamencie Numero 2, czekał na nas Rolo. Rolo studiował w Kanadzie i podróżował po Europie, był nawet w Krakowie (powiedział, że to dla niego najładniejsze miasto na Starym Kontynencie!) i w Oświęcimiu. Rolo jest nauczycielem angielskiego w prywatnej szkole. Uczy przewodników, sprzedawców pamiątek, recepcjonistów i posiadaczy salonów piękności porozumiewać się z Gringos.

 

- Rolo, czy my też jesteśmy Gringos?

- Nie, Gringo nie mówi po hiszpańsku. No, ciebie by można na pierwszy rzut oka wziąć za Gringo, przez ciuchy. Ale Marcin wygląda bardzo europejsko.

 

Popatrzyłam na Marcina odzianego w pasiaste ciuchy rodem z Nepalu… Nie da się ukryć, że nie wygląda jak Amerykanin.

 

Wypiliśmy z Rolo kawę, po czym on poszedł na popołudniowe lekcje, a my na spacer po miasteczku i wszelakich sklepach z pamiątkami.

 

Późnym wieczorem Rolo przygotował dla nas kolację. Dla mnie sałatkę z warzyw, a dla męskiej ekipy po porządnym, doskonale upieczonym z cebulką i chilli kawałku mięcha.

 

 

 

Środa, 23 XI 2011, La Fortuna

Magda

Pobudka o siódmej. Trzeba zdążyć na autobus do Parku Narodowego.

 

Wysiedliśmy w miejscu, gdzie od głównej drogi odbija szutrowa, prowadząca do parku. Po dwóch kilometrach marszu dotarliśmy do parkingu Parku Narodowego Arenal. Minęliśmy jakąś budkę, która wyglądała na parkingową kasę i dzierżąc w dłoni mapkę parku pobraną z Tourist Information Office w San Jose, wkroczyliśmy na wybrany szlak.

 

Szliśmy drogą prowadzącą pomiędzy gęstymi zaroślami z trzciny i bambusów. Wulkan  Arenal jest aktywny co 400 lat, przez 40 lat. W 1968 roku nastąpiła ogromna erupcja wulkanu, pozostawał on aktywny do kwietnia tego roku, wyrzucając z siebie gorącą czerwoną lawę. Erupcja z 68 roku spowodowała śmierć 87 osób pracujących w okolicznych polach, a powstałe nagle jezioro pokryło wodą kilka wiosek… Teraz szliśmy trasą, której flora wyrosła przez ostatnie 40 lat. Mijaliśmy też miejsca, gdzie szlak wiódł przez głazy zastygłej lawy. Niestety, towarzyszył nam deszcz, a w istnienie wulkanu musieliśmy uwierzyć na słowo honoru, wcale nie było go widać wśród mgły! Ptaki pięknym śpiewem umilały nam te mokre okoliczności, natomiast same rzadko kiedy pokazywały nam swoje kolorowe piórka.

 

Gdy doszliśmy do głównego tarasu widokowego (z którego mogliśmy podziwiać chmury otaczające Arenal), zorientowaliśmy się, że nie mamy biletów wstępu do parku. Pewnie budka, którą wzięliśmy za parkingową, była kasą parku… Trudno. 20 dolarów zostanie nam w kieszeni, o ile nigdzie nie ma żadnych kontroli.

 

Mijaliśmy grupę emerytowanych Niemców, której przewodnik pokazał nam ogromnego pająka oraz kilka par, które uparcie eksplorowały park mimo deszczu. Obraliśmy też ścieżkę, której przyroda przetrwała wulkaniczne erupcje, szlak wysokich drzew o nazwie „ceibo”, których gigantyczność przerosła nasze najśmielsze oczekiwania: korzenie drzewa były wyższe od Marcina, kilka dorosłych osób mogło stanąć między nimi! Poznaliśmy formację roślinną określaną mianem „las deszczowy” i szczerze zachwyciliśmy się nim – jest przepiękny, bogactwo zielonych form życia nie ma w nim granic. To chyba najpiękniejszy typ lasu, jaki widzieliśmy (jedyny minus, to że chyba komarom też się najbardziej podoba). Pnie drzew porośnięte są przez inne roślinki, jak gdyby otulone przed deszczem i słońcem. Orchidee wyrastają wśród konarów, a liany zapraszają małpy do figlarnych zabaw.

 

Po kilku godzinach spaceru, doszliśmy do ostatniego tarasu widokowego. Wulkan nie zmienił zdania, nie pokazał się nam. Byliśmy trochę głodni, więc pod zadaszeniem zaczęliśmy jeść kanapki i owoce, które mieliśmy na drogę. Nagle pod tarasem zatrzymał się samochód z logo Parku Narodowego. Wyszedł z niego strażnik i idzie w naszym kierunku…

„Mam nadzieję, że nie będzie sprawdzać biletów” – pomyślałam i zaproponowałam strażnikowi pomarańczę.

- Dziękuję, jedzcie sobie – odpowiedział. – Skąd jesteście?

- Z Polski.

- A, to najlepszy papież był z Polski. Daleko! Na długo przyjechaliście do Kostaryki? – nastąpiła seria tradycyjnych pytań. – Szkoda, że nie widać wulkanu. Taka teraz pogoda, że chmury są naprawdę gęste. Nic nie widać.

- No niestety, ale przyroda jest tu przepiękna. I tak warto było odwiedzić park.

- Trzeba przyznać! Ale jeśli chcecie mieć pojęcie, jak prezentuje się wulkan, albo jak wyglądał, gdy płynęła z niego lawa, to możecie kupić sobie książeczkę. Widzieliście, w budce, gdzie kupowaliście bilety, tam była taka książeczka, za 5 dolarów? W niej jest dużo zdjęć.

- No… nie oglądaliśmy tutaj książeczek, bo już w Fortunie kupowaliśmy sobie kartki pocztowe. Mieliśmy też nadzieję, że jednak zrobimy własne zdjęcia dzisiaj – grałam tak, aby się nie wydało, że jakimś cudem nie spotkaliśmy się z budką z biletami.

- Zimno jest – stwierdził strażnik. Wy też pewnie zmarzliście. Musicie iść teraz na kawę.

- Wybieramy się na gorące źródła.

- O! Doskonały pomysł! Chodźcie, podwiozę was do wyjścia z parku, bo mocno pada.

Takim sposobem strażnik podwiózł półtora kilometra dwójkę „pasażerów na gapę”…

 

Przez miejscowość Tabacon przepływa rzeka, którą wulkan ogrzewa do temperatury 40˚C. Podobno rzeka i wulkan produkują 12% energii elektrycznej Kostaryki. Przy rzece są  wybudowane hotele, w których można spędzić dzień lub noc w kamiennych basenach porobionych na rzece za uiszczeniem opłaty. Rolo powiedział nam, że ludzie miejscowi schodzą nad rzekę pod wiaduktem i że tam są takie same baseny z kamieni, tyle, że naturalne i można całą przyjemność mieć zupełnie za darmo.

Poszukaliśmy zejścia i jak tylko znaleźliśmy się nad rzeką, zobaczyliśmy kamienne stopnie rzeki z naturalnymi baliami, w których kilkanaście osób podgrzewało swoje białe i ciemne ciałka.

Zeszliśmy trochę na dół i mieliśmy kilka balii z małymi wodospadami zupełnie dla siebie.

Wszystkie bicze wodne, jacuzzi, hydromasaże pozostają daleko w tyle poza tym, czego doświadczyliśmy z przyzwolenia natury. Rwący prąd i siła małych wodospadów masowały energicznie nasze ciała, powodując uczucie relaksu i odprężenia. Czuliśmy się jak w raju. Rzeka była przepiękna, a nad nami koncertowały tropikalne ptaki. Spędziliśmy ze dwie godziny w cieplutkiej wodzie, rozkoszując się błogim stanem.

 

Złapaliśmy autostop do Fortuny, bo powrotny autobus już dawno pojechał. Zatrzymało się amerykańsko – izraelskie małżeństwo.

- Gdzie byliście?

- Na ciepłych źródłach.

- W którym hotelu?

- Tuż za hotelami, po prostu na rzece. Za darmo.

- Jak to! Nie mówcie! Myśmy wczoraj wydali za tę przyjemność 120$.... od osoby… Skąd o tym wiedzieliście?

- Od lokalnych ludzi. Mieszkamy u kolegi z Fortuny.

- No tak, zawsze to dobrze mieć kontakt z lokalsami.

Wytłumaczyliśmy małżeństwu, na czym polega Couchsurfing i postanowili, że koniecznie założą sobie profile.

 

W domku minęliśmy się z Rolo. Szedł do szkoły ponownie, tym razem egzaminować swoich uczniów. Przyjechała też koleżanka Rola, Cristina, druga anglistka, by pomóc w procedurach. Postanowiliśmy, że dziś my zrobimy obiadokolację dla wszystkich, kupiliśmy też chilijskie winko. Rolo i Cristina byli mocno zainteresowani polską kulturą tańca, więc Marcin demonstrował im krakowiaka, poloneza i zbójnickiego przez youtube’a, a potem we własnym wykonaniu…

Dziś jeden z uczniów Rola miał urodziny, więc wybraliśmy się z całą grupą do knajpy Vaca Muca. Uczniowie uwielbiają Rola, mówią, że nigdy wcześniej nie mieli takiego fajnego nauczyciela.

W lokalu było karaoke przeplatane z muzyką taneczną. Skoczyliśmy do pierwszej usłyszanej bachaty i oddaliśmy się naszej pasji. Ludzie zwolnili nam cały parkiet, a DJ puszczał kolejne bachaty, jedną za drugą… Gdy chcieliśmy iść odpocząć, klienci Vaca Muca zaczęli bić nam gromkie brawa. Rolo postawił nam po piwie i wyraził swoje uznanie, a Alejander, student, który bardzo dobrze tańczył merengue, stwierdził, że nigdy nie widział nikogo, kto by ładniej tańczył, niż my.

- Jak tańczycie, to widać, że to kochacie. I że macie dobre połączenie.

Było nam niezwykle miło, choć nie wierzyliśmy do końca, by w La Fortuna nie było lepszych tancerzy.

 

 

 

Czwartek, 24 XI, 2011, Los Chiles

Magda

Wstaliśmy późno, po nocnych bachatowych harcach. Z mieszkanka Rola wyszliśmy tuż przed pierwszą.

Autobusem do Venezii i autostopem do Los Chiles, mijając ogromne plantacje pomarańczy, trzciny cukrowej i ananasów, dotarliśmy do granicy z Nicaraguą.

Granica pomiędzy Los Chiles w Kostaryce, a San Carlos w Nicaragui przebiega na rzece Rio Frio. Przejście to poleciła nam Asia Trawczyńska, jako bardzo ciekawe i klimatyczne, gdyż nie mogą tędy przekraczać granicy auta. Nie wiedzieliśmy jednak, że w ciągu dnia płyną rzeką tylko dwie łódki… Ostatnia jest o 3 i niestety, byliśmy trochę za późno.

Los Chiles to małe pueblo. Jest tu kościół, boisko piłkarskie, supermarket, szpital, kilka hoteli i restauracji. No i oczywiście port i odprawa celna.

Szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotu.

- Wszystkie miasta mają park i kościół, u nas jest kościół i boisko. Ale mamy też mały, ogrodzony park. Jest tam stróż i jest całkiem bezpiecznie. Spytajcie go, czy możecie rozgościć się tam.  – powiedział nam jeden z miejscowych.

Udaliśmy się więc we wskazane miejsce i zagadnęliśmy stróża.

- OK., postawcie sobie namiot, tylko złóżcie go przed ósmą rano, bo wtedy przychodzi mój szef, a nie wiem, czy jemu spodobałoby się kempingowanie w parku. Macie tam nawet wodę, światło i prąd, oraz grilla, gdzie możecie gotować.

 

Marcin sprytnie zaaranżował nasze miejsce noclegowe. Namiot rozbiliśmy pod wiatą, żeby w razie deszczu pozostał suchy. W stawianiu namiotu towarzyszyły nam motyle, koliberki
i maleńkie jaszczurki, jedną musieliśmy nawet wyprosić z namiotu.

 

Zapaliliśmy ognisko,  ugotowaliśmy wodę na kawę i herbatę oraz ryż, który z zjedliśmy z  kukurydzą i ananasem z rusztu. Popiliśmy butelką wina – wieźliśmy ją na jutrzejszą imprezę w Managua, na którą już wiemy, że nie dotrzemy.

 

W kawiarni skorzystaliśmy z wi-fi, dzięki któremu daliśmy znać Claudii, Niemce z nikaraguańskiej stolicy, że dotrzemy do niej z poślizgiem jednego dnia. Trochę szkoda, bo ominie nas impreza w jej domu. No ale w podróży nie da się wszystkiego przewidzieć.

 

 

 


dodajdo


Galeria zdjęć
Thumb Thumb Thumb Thumb
Ostatnio dodane komentarze
Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Wykonanie portalu: GaldoMedia.

Tubyliśmy.pl on Facebook