Niedziela, 6 XI 2011, Panama City
Marcin
Rano weszliśmy do kuchni. „Jesień średniowiecza” nie zniknęła, więc oczyściliśmy blat i naczynia w nadziei, że naszemu gospodarzowi zrobi się głupio. Myliliśmy się, podziękował i tyle. Zapytał tylko, czy widzieliśmy jego telefonu, bo gdzieś go zgubił. Współczuliśmy mu, ale z dwojga złego, lepiej że zgubił go teraz, niż przed naszym przyjazdem, bo nawet nie wiedzielibyśmy jak się do niego dostać. Wypoczęci ruszyliśmy zobaczyć Casco Viejo, do którego nie dotarliśmy poprzedniego dnia. Przy każdym narożniku ulicy stał żołnierz lub policjant. Im bliżej byliśmy Casco Viejo, tym więcej było wojskowych. Zwróciło to naszą uwagę, ale nie byliśmy specjalnie tym zaniepokojeni. Najwyraźniej wojsko dba o bezpieczeństwo swoich obywateli.
Brzegiem Pacyfiku dotarliśmy do Casco Viejo i przeszliśmy większość uliczek kolonialnej części miasta. Niektóre budynki były odrestaurowane, z innych pozostały jedynie ściany zewnętrzne. W czasach świetności Casco Viejo musiało być piękne. Zapuszczaliśmy się coraz dalej, aż krajobraz uliczek zaczął się zmieniać. Coś nas tknęło, żeby zboczyć z obranej drogi i skręcić w prawo. Dotarliśmy na plac. Akurat niebo zaczęło płakać, więc schroniliśmy się pod dachem. Podszedł do nas pewien mężczyzna.
- Tam nie idźcie, bo was zastrzelą.
- Gdzie?
- Tam, gdzie chcieliście iść.
- Dlaczego?
- Bo tam mieszkają gangi, które walczą między sobą o wpływy w mieście. Napadają na ludzi i ich okradają. Strzelają bez pytania. To są piraci. Tą ulicą też nie chodźcie. I tą też nie. Ci ludzie nie znają litości i należy szerokim łukiem omijać te dzielnice miasta. El Chorillo, Santa Ana i San Miguel są bardzo niebezpieczne. Jeśli chcecie, pójdźcie tędy, ale tam nie idźcie, bo was zabiją.
Mężczyzna, z którym rozmawialiśmy jest żołnierzem, chodź tym razem był ubrany po cywilnemu. Zwrócił nam uwagę na ilość rozstawionej ochrony. Faktycznie, przy tym placu było ich nadzwyczajnie dużo. Gdyby nie intuicja, żeby zboczyć na plac, jak i deszcz, który nas zatrzymał pod dachem, jak nic weszlibyśmy na teren walczących ze sobą gangów. Poza wyżej wymienionymi dzielnicami, niebezpieczne są także ruiny Panama la Vieja. Przeszliśmy się blisko żołnierzy. Wszyscy mieli na sobie ubrane kamizelki kuloodporne. Stali gotowi do strzału z palcem na spuście odbezpieczonej długiej broni maszynowej. Wszyscy mieli też ze sobą broń krótką. Postanowiliśmy się nieco wycofać w bezpieczniejszą okolicę. Dość szybko zlokalizowaliśmy bardziej przyjazny teren, ponieważ żołnierze tam stacjonujący na swoim wyposażeniu nie mieli już broni maszynowej. Trafiliśmy na targ, gdzie wszystko było tańsze niż chińszczyzna. Trzy ananasy można było zakupić za dolara. Za tyle samo można było kupić dwie płytki CD z filmami, których jeszcze nawet nie zdążono nakręcić w Hollywood. Zdobyliśmy więc kilka płytek z naszą ukochaną bachatą i wróciliśmy do domu.
Poniedziałek, 7 XI 2011, Panama City
Marcin
Dziś specjalnie nic się nie działo. Szukaliśmy hamaków do naszego mieszkanka. Postanowiliśmy też zrealizować nasz plan i udać się na wyspy archipelagu Świętego Błażeja, czyli na San Blas. Pytaliśmy Indianki z Kuna Yala jak dotrzeć na wyspy, szukaliśmy połączeń i sposobów na tanie podróżowanie. Najprościej jest wynająć jeepa, który kosztuje 25$ + podatek. Potem trzeba doliczyć przejazd na wyspy łódką za 10$. Do tego dochodzą koszty związane z pobytem na wyspach, a Indianie się cenią. Zatem najprostszym sposobem musielibyśmy zapłacić jakieś 120-150$ za sam przejazd w obie strony + koszty pobytu na wyspach.
To nas jednak nie interesuje. Szukaliśmy alternatywy dla jeepa. Jest jeszcze statek towarowy, który odpływa z Portobelo do Cartageny i ma przystanek na San Blas. Ten jednak kosztuje 50$ za dzień od osoby. Są też promy, ale kosztują 250-400$ od osoby. Te opcje też nas nie zadowalały.
Mamy jednak alternatywę dla powyższych. I mamy nadzieję, że się uda J Chcemy pojechać do Colon, potem do Portobelo. Tam złapać stopa do Santa Isabel, a potem stopa na łódkę, która nas zawiezie na San Blas. Liczymy, że się uda i będzie tanio.
Przez najbliższe 4-5 dni nie będziemy mieć dostępu do Internetu. Jesteśmy już spakowani i gotowi do drogi. Wcześnie rano ruszamy, by jeszcze koło południa móc rozkoszować się nurkowaniem na rafach koralowych archipelagu. Wreszcie spełni się nasze marzenie. 365 wysp czeka na nas, a tylko 36 jest zamieszkałych. Czad! J
Ze śmiesznych historii z tego dnia: kiedy wychodziliśmy rano na spacer, Damian zabrał się za sprzątanie mieszkania, najwyraźniej nasza lekcja nie poszła w las. Natomiast kiedy wróciliśmy z przechadzki po mieście, zastaliśmy Damiana z jedną nogą w bucie, a drugą moczoną w tacce piekarnikowej.
Wtorek, 8 XI 2011, Panama City – Mira Mar
Marcin
Nadszedł ten dzień, kiedy miało się spełnić nasze marzenie o pobycie na San Blas. Udaliśmy się na dworzec i akurat czekał na nas ekspres do Colon. W sam raz, bo za 5 minut miał odjechać, dlatego szybko do niego wsiedliśmy. Tylko że ten autobus, który odjeżdża o regularnych godzinach, czekał aż cały się zapełni, więc odjechaliśmy prawie godzinę później.
Ekspres miał jechać 45minut. Jechał 3 godziny, bo budowali drogę i dodatkowo zatrzymały nas bramki na autostradzie. W ten oto sposób zamiast o 12;00 być na San Blas, nadal tkwiliśmy w korku. W końcu w deszczu dotarliśmy do Colon.. Wsiedliśmy do Czerwonego Diabła jadącego do Portobelo. Czerwony Diabeł to typ autobusu miejskiego, który w środku ma czerwoną tapicerkę, mnóstwo naklejek i ozdób, a z głośników wiecznie leci głośna muzyka. Z zewnątrz Czerwony Diabeł jest pomalowany w fantazyjne obrazy, zazwyczaj namalowane są tam smoki, wojownicy i półnagie kobiety. Autobusy strasznie hałasują, zipią i często się psują. Ale są rasowe i za to je lubimy.
Droga do Portobelo była kręta, dziurawa i mokra, bo deszcz nieubłaganie padał. Po dwóch godzinach nieustannego słuchania bachaty, która z wielką siłą wyrywała się z głośników, prawie ogłuchliśmy. Końcowy przystanek był wybawieniem, mogliśmy dać odpocząć naszym uszom. W miasteczku znajduje się słynący z cudów kościół z figurą czarnego Jezusa. Jest też ufortyfikowany port, który w czasach swojej świetności był potężny i przepiękny, a obecnie znajduje się w ruinie. Do dziś znajdują się tam potężne działa armatnie wycelowane w stronę morza.
Skierowaliśmy się do pobliskiego hostelu o dźwięcznej nazwie Capitan Jack prowadzonego przez Anglika. W środku koczowało mnóstwo europejczyków, którzy chcieli się dostać na San Blas, oczywiście za darmo. Dowiedzieliśmy się tam, że następnego dnia rano ma jechać autobus do Mira Mar, a tam odpływają łódki na wyspy znacznie tańsze, niż te z Portobelo.
Bogatsi o nową wiedzę, wyszliśmy na spacer po Portobelo. Ledwie dotarliśmy do drogi, podjechał szkolny bus, który akurat jechał do Mira Mar. Niewiele myśląc wsiedliśmy. Po drodze dowiedzieliśmy się, że owszem, z Santa Izabeli płyną łódki na San Blas, ale do wioski nie ma doprowadzonej drogi. Nie było wyjścia, musieliśmy złapać łódkę w Mira Mar.
Przy molo stała łajba, z której wytoczył się średnio przyjemny kapitan. Zaproponował nam podwiezienie za 35$ od osoby, ale dopiero następnego dnia. Postanowiliśmy negocjować. Wiedzieliśmy, że o tej porze nie mamy szans dostać się już na San Blas, bowiem była już godzina 18:00 a tylko do 17:00 łódki mogą pływać po morzu. Rozbiliśmy zatem namiot na plaży tuż za posterunkiem miejscowej policji, w otoczeniu krabów i gigantycznych żab. Na kolację zjedliśmy 10 bananów za pół dolara i poszliśmy spać.
Środa, 9 XI 2011, Mira Mar – San Blas
Odkryte skarby: 2
Magda
W nocy nie bardzo mogliśmy spać, ponieważ straszliwie lało. Po kilku godzinach namiot przepuszczał wodę na szwach, obudziła więc nas woda przepływająca pod naszymi plecami. Dodatkowo, w akompaniamencie rytmicznych grzmotów nad naszymi głowami, błyskawice prześwitywały przez połę namiotu…
Wstaliśmy, by o umówionej porze pojawić się na molo. Na molo wczorajszy kapitan nie był chętny z nami rozmawiać. Pojawił się inny koleś, który proponował przewózka 180 $ od łódki….
Poszliśmy na kawę. Przy „kawiarni” spotkaliśmy dwie backpackerki, jak się okazało, Niemki.
- Chcecie udać się na San Blas – zapytałam je.
- Tak, ale to chyba nie możliwe.
- Dlaczego?
- Miała być „lancha” o 7, niczego nie ma. Teraz mówią, że ma być o 10, ale ja już nie wierzę, że cokolwiek będzie. Strasznie ciężko jest podróżować po Panamie. Mówili nam, że stąd najlepiej jest dostać się na San Blas. A tu takie problemy. Mamy już tego dość. Jeszcze pada… Wracamy chyba do Panama City.
- Jak uważacie, mnie się wydaje, że „lancha” jednak popłynie. O 10 przyjeżdża tu autobus z Colon, na pewno będą kolejni chętni. My poczekamy.
Dziewczyny zaczęły się łamać.
Poszliśmy na zakupy. Znaleźliśmy dość duży sklep, w którym kupiliśmy kilo sera żółtego w plasterkach marki Nestle, tuzin bułek, kilka pomidorów i galon wody pitnej. Postanowiliśmy spożyć śniadanie na molo. Policjant wygospodarował nam trochę miejsca w swojej budce, więc mogliśmy wygodnie delektować się kanapkami z serem, zaprzyjaźniając się przy tym z pewnym panem, który obiecał nam pomoc w znalezieniu łódki za max 25 kawałków.
- Im nie pomogę, niech jadą sobie do Panamy. Ale wam pomogę, bo ty mówisz po hiszpańsku.
Roześmiałam się. Znajomość języka to faktycznie skarb. Dzięki temu, że komunikuję się, mogę poznawać ludzi, śmiać się z nimi, dawać im się poznać i polubić. Nie mówiąc już o tym, że bez hiszpańskiego trudno byłoby czasem znaleźć drogę.
- Skąd jesteście?
- Z Polski. A tamte dwie dziewczyny z Niemiec.
- Czyli jesteście z jednego kontynentu, tak?
- Tak. Jesteśmy sąsiadami – nasze kraje mają wspólną granicę.
- A po jakiemu u was się mówi?
- Po polsku, a w Niemczech po niemiecku.
- Ale jak ktoś mówi po niemiecku, to ten, co mówi po polsku go rozumie, tak?
- No… nie. To są różne języki.
- To dlaczego rozmawialiście z tymi dziewczynami i rozumieliście się?
- No bo rozmawialiśmy po angielsku…
-Acha!
Widać, byliśmy źródłem odkryć dla miejscowych…
„Wczorajszy” kapitan podszedł do nas nagle i powiedział, że o 10.00 nas zabiera, za 25 dolarów od łebka.
No to fajnie. Dziewczyny zarzuciły plan odwrotu, wkrótce wszyscy znaleźliśmy się na łajbie.
Kapitan odpalił silnik z impetem. Bardzo szybko wypłynął z portu, po czym równie błyskawicznie do niego wrócił, krzycząc „salva vida, salva vida” – co znaczy po hiszpańsku nie mniej i nie więcej niż „ratować życie, ratować życie”. Wszyscy wpadliśmy w mały popłoch, bo nie zauważyliśmy nikogo poza burtą… Okazało się, że kapitan jedynie zapomniał kamizelek ratunkowych – i to właśnie one noszą tak uroczą nazwę. Dotarłszy do portu, rzucił każdemu pasażerowi po jednej, mamrocząc pod nosem, że miałby kłopoty w kolejnym porcie, gdybyśmy tego nie mieli.
Podróż na wyspę Porvenir, pierwszą z archipelagu San Blas, trwała jakieś półtora godziny. Płynęliśmy z dużą prędkością, dość daleko od brzegu. Spore fale kołysały nami w górę i w dół. Łódka uderzała z hukiem o wodę, co wprawiało mnie w przerażenie. Bałam się dość mocno.
Na szczęście wkrótce ukazały się naszym oczom maleńkie wysepki, pogoda stawała się coraz piękniejsza. W końcu zobaczyliśmy hotel na palach i kilka zacumowanych jachtów przy nieco większej wyspie. To był nasz cel.
Umówiliśmy się z kapitanem, który dostarczył nas na wyspę, że odbierze nas stąd jutro o czwartej. Przywiezie turystów i zabierze nas powrotem do Mira Mar.
Wyspa Porvenir powitała nas napisem „Nie zrywać kokosów” i posterunkiem policji, gdzie należało się wylegitymować. Cała wyspa miała może 200 na 100 metrów, znajdowały się na niej 2 hotele, 2 restauracje, muzeum, kilka chat Indian Kuna i mnóstwo palem kokosowych z porozwieszanymi hamakami. Przez środek wyspy biegł rozlany pas betonu – jak domyśliliśmy się, był to powstający pas startowy… Na końcu pasa stała ciężarówka i koparka i usiłowały wcielić w życie zamysł uczynienia wyspy dostępnej również drogą powietrzną.
Zameldowaliśmy w hotelu nasz namiot i za opłatą 10$ mogliśmy rozgościć się na wyspie.
Jedno stało się dla nas pewne: znaleźliśmy się w raju! Przepiękna roślinność - smukłe palmy
i dające cień bananowce, śpiew kolorowych papug, biały, czysty piasek i turkusowe morze… a na nim dziesiątki pyciusieńkich wysepek, w odległościach do pokonania nawet wpław lub czółnem.
Zabraliśmy maski i rurki i wyruszyliśmy w podwodną podróż. Nie wiedziałam, że snorkling da nam aż tyle frajdy! Dno morskie jest pełne życia! Widzieliśmy kolorowe rybki, jedne z niebieskimi brzuszkami, inne w żółte paski, jeszcze inne prawie przeźroczyste. Przepływaliśmy przez ławice barwnych rybek, oglądaliśmy odstraszające jeżowce i różne formy życia zamieszkujące rafy. Pod wodą wszystko wydaje się większe. Niestety, leżące na dnie śmieci również wydają się większe – np. zwykła puszka coca-coli zdaje się być blaszanym gigantem.
Po wodnych zabawach zabraliśmy z plaży dwa leżące na ziemi kolosy, które zjedliśmy ze smakiem.
Spełnia się nasze marzenie, naprawdę jesteśmy tu! To kolejny skarb, sposób na szczęście: mieć marzenia i spełniać je! Miejsce jest przeurocze i pewnie każdego napełniłoby radością
i zachwytem. Natomiast jeśli jest ono naszym wymarzonym celem, o którym śnimy od miesięcy, radość, którą odczuwamy, jest jakaś głębsza i bogatsza o poczucie satysfakcji, że osiągnęliśmy nasz cel. Udało się!
Noc w wymarzonym miejscu nadeszła spokojnie, zaczarowała nas rajską nutą romantyczności. Próbowaliśmy rozpalić ognisko, jednak nie udało nam się, gdyż wszystko było jeszcze mokre… Grzaliśmy się więc panamskim rumem i miłością.
Czwartek, 10 XI 2011, San Blas – Palmera
Odkryte skarby: 1
Magda
Obudziliśmy się raniutko, gdyż wschodzące tropikalne słońce zaglądało nam intensywnie do namiotu. Dzień, jak każdy, rozpoczęliśmy od łyku rumu na czczo – żeby odstraszyć ewentualne ameby i innych niepożądanych lokatorów naszych jelit. Żeby dobudzić się, ubraliśmy maski i poszliśmy nurkować z drugiej strony wyspy. Marcin zauważył na dnie morza moreny, czyli węże morskie, co wprawiło go w niemałe podniecenie.
Zapasy jedzenia przywiezione z lądu pozwoliły nam spożyć smakowite śniadanko, które tradycyjnie znowu popiliśmy rumem. Na wyspach jest mały wybór prowiantu, można zamówić kurczaka lub rybę, z ryżem lub frytkami. Jedno danie kosztuje 5$. Za 3$ można kupić maleńką butelkę rumu Abuelo (200 ml). Więc opcja kupowania rumu jest lepsza od kupowania pożywienia. Dobrze zrobiliśmy, przywożąc dość sporo zapasów.
O 9 czekaliśmy z Niemkami na molo, gdyż Chici, jeden z Indian, obiecał nam wycieczkę motorówką na inną wyspę, z piękną plażą.
Doczekaliśmy się na niego jakieś pół godziny później, ale przywiózł jeszcze parę Irlandczyków.
Wysmarowani kremem do opalania z filtrem 25, rozpoczęliśmy rejs.
Pogoda była wymarzona! Czuliśmy się jak w raju. Słońce skrzyło się, odbijając od tafli wody. Maleńkie wysepki przypominały te malowane pisakami w dzieciństwie: półokrągłe, z trzema palmami i ptakami kołującymi nad nimi. Jako pięciolatek namalowałam tysiące takich wysepek, nie mając pojęcia, że one naprawdę istnieją!
Niektóre wyspy są zamieszkane przez Indian Kuna. Są to drobni ludzie małego wzrostu, o typowo indiańskich rysach twarzy. Kobiety noszą na przedramionach i łydkach kilkunastocentymetrowe zwoje koralikowych bransoletek ściśle przylegających do ciała, a w nosie mają zawsze złoty kolczyk. Ubiór Indian jest bardzo kolorowy i wzorzysty - nie przeszkadza im mix wszelakich szlaczków i jaskrawych barw. Ich kończyny są powykrzywiane w dość charakterystyczny sposób - nie wiemy, czy to z powodu genów, reumatyzmu, czy ciasnego zawiązywania koralików.
Indianie żyją bardzo prosto i biednie. Żywią się bananami, kokosami i rybami, piją rum i chichę własnej produkcji.
Są z natury nieśmiali, spokojni i małomówni. Niestety, jeśli zwracają się do turystów, to tylko z prośbą o "one dollar"... Szkoda, bo odechciewa się zbliżać do stoisk z kolorową biżuterią i wyszywankami, gdyż pazernie i natarczywie wymuszają zakup pamiątek.
Z wyspy na wyspę przemieszczają się tradycyjnymi czółnami. Niektórzy z nich mają motorówki i zdaje się, że kontrolują cały ruch turystyczny na Kuna Yala.
Indianie Kuna mają swoje "Congreso", które decyduje o warunkach wstępu na ich teren. Niestety, jest to droga przyjemność, a pieniądze prawdopodobnie pozostają w rękach niewielu, gdyż duża część Indian cierpi z powodu niedostatku. Na niektórych wyspach trzeba zapłacić haracz za pobyt, no i dodatkowo jest opłata za wstęp na teren Parku Narodowego.
Indianie Kuna słyną z ciekawych rytuałów dotyczących dojrzewania kobiet. Nie ma żadnych celebracji wprowadzania chłopców w świat męskości, natomiast kiedy dziewczynka po raz trzeci dostanie okres, cała wieś hucznie świętuje! Dziewczynka najpierw tydzień żyje w odosobnieniu, a potem wszystkich częstuje chicą i rumem, zasponsorowanymi przez swojego ojca.
Minęliśmy ze 30 wysp. Na niektórych były 2-3 chatki, na innych jedynie rosły palmy. Po 30 minutach rozkoszowania się morską bryzą i prędkością pokonywania przyjaznych fal, dopłynęliśmy do celu. Powitała nas przepiękna plaża, bielutki piasek i fale, prezentujące wszelkie odcienie błękitów i turkusów.
Raj, raj, raj, beztroska, samo piękno i szczęście!
Założyliśmy maski i prawie przez 2 godziny oglądaliśmy morskie dno, fotografując je podwodnym aparatem. Rafa schodziła w głąb, do jakiś 5-7 metrów. Podziwialiśmy najróżniejsze formy egzystencji, które wcześniej nigdy nie były dostępne dla naszych oczu. Po drugiej stronie wyspy był zatopiony statek. Wrak mógł mieć z 60-70 lat. Był całkowicie porośnięty glonami i ukwiałami, wpływały i wypływały z niego kolorowe ryby, czasem całe ławice.
- Magda, czy taka ryba, która ma z metr długości i płetwy niczym skrzydła motyla jest niebezpieczna? – Krzyczy do mnie Petra, jedna z Niemek. – Bo pływam sobie i oglądam wrak, a tu nagle takie rybsko wielkie przede mną i się na mnie gapi! Przestraszyłam się strasznie, tylko czułam, jak mi serce bije i spylam…
Rybka nie była groźna, ale morskich żyjątek faktycznie można czasem się przestraszyć…
Wróciliśmy na naszą wyspę, czując, że słońce mocno nas przypaliło… Byliśmy bardzo głodni, więc międzynarodową ekipą ruszyliśmy do restauracji. Zjedliśmy po pysznej rybie i zaczęliśmy pakować manatki, bo powoli zbliżała się czwarta.
Spakowani, przenieśliśmy się na molo i oczekiwaliśmy kapitana.
Niemki zdenerwowały się już 5 minut po 16, bo łódki jeszcze nie było widać. My zdenerwowaliśmy się o 16.30… Lokalsi mówili, że już jest za późno i że nie można wypływać po 17, dlatego już nikt po nas nie przyjedzie.
Byliśmy trochę zrozpaczeni. Dziś już nic nie wyruszało ani w stronę Carti, skąd jeżdżą jeepy do Panamy, ani w stronę Mira Mar…
Stanęliśmy przed perspektywą spędzenia kolejnej nocy na wyspie, już bez zapasów wody pitnej i jedzenia, a dodatkowo powrotu droższą drogą (przez Carti) o poranku…
Modliłam się, żeby coś się stało, co pomoże nam się stąd dziś wydostać.
- Czarny Panie Jezu, Ty tu rządzisz na tych panamskich lądach, weźże coś zrób i nam pomóż. Nie możemy tu zostać, bo zbankrutujemy… - tak w kółko powtarzałam w myślach.
Przyszło mi do głowy, żeby iść na policję i zgłosić fakt okłamania nas. Kapitan umówił się z nami na powrotną podróż i nie przypłynął, a nie uśmiecha się nam pozostawanie dnia na wyspie, gdzie wszystko, poza rumem, dużo kosztuje. Policjant posłuchał, powspółczuwał, sprawdził, kto nas przywiózł, przyznał, że jest „be” – i na tym się skończyło… Niemki poszły już bukować pokój na kolejną noc, a my z bagażami koczowaliśmy z wątlącą się nadzieją na molo…
- Patrzcie, ta łódka będzie płynąć do Mira Mar! – Krzyknął do nas policjant, wskazując na przybijającą do brzegu motorówkę w pełni załadowaną beczkami po paliwie.
Biegniemy. Z łódki wyskakuje niesamowicie, wręcz obłędnie przystojny facet. Z lekkim zarostem, przepięknie zbudowany… Uginają mi się kolana i rozmydlają oczy, ale pytam go rzeczowo, czy płynie do Mira Mar.
- Tak, płynę, ale jutro. Dziś płynę stąd do Palmery, to jest niedaleko Mira Mar, na lądzie. Jeśli chcesz, możesz płynąć ze mną i jutro do Mira Mar.
- OK. Tylko nas jest więcej, 4 osoby. Nasza dwójka ma namiot, ale pozostałe 2 osoby nie. Przenocujesz ich?
- Tak, nie ma problemu, mogą spać w moim domu. Mam pokój.
Pomyślałam, że będzie to jakiś klimatyczny nocleg w bambusowym pokoju indiańskiej rasowej chatki… Pozazdrościłam już trochę Niemkom. Jeszcze z takim ciachem!!!
- Spoko. A ile chcesz pieniędzy?
- Ile płaciliście wcześniej?
- Po 25 $.
- To ja was wezmę za 20.
Skrzyknęłam resztę, opcja wydała się nam wszystkim super. Pomału robiło się ciemno i fale stawały się coraz większe, więc trzeba było zmykać naprawdę szybko.
Chłopaki poprzesuwali beczki, zrobiło się dla nas miejsce na maleńkiej ławeczce. Wskakując na łajbę, spostrzegłam, że nazywa się ono Niño Juan Jesus, czyli Dzieciątko Jan Jezus. A bosko przystojny czarny kapitan przedstawił mi się:
- Mam na imię Jesus.
No to wszystko stało się jasne. Czarny Pan Jezus podziałał! Uwielbiam Boże poczucie humoru.
Odpłynęliśmy. Czekała nas rzekomo godzina drogi, ale jako że fale wzbierały, czas ten wydłużył się prawie dwukrotnie. Zrobiło się zupełnie ciemno, łódka nie była oświetlona. Padało na nas wyłącznie światło wielkiego księżyca. Trochę się bałam, bo fale były rzeczywiście duże. Jesus widział moje zdenerwowanie i starał się mnie uspokoić, mówiąc, że jest dobrze, nie ma się czym denerwować. Nagle zostaliśmy oświetleni dodatkowym błyskiem – rozszalała się burza. Na szczęście spory kawałek od nas, ale błyskawice przeszywały niebo raz po raz. Umierałam ze strachu. Nie było wyjścia, trzeba było płynąć dalej.
Przypomniałam sobie zasadę Tomka Michniewicza: należy bać się wtedy, kiedy boją się lokalsi. Oni nie bali się, gadali sobie, żartowali, nie czuli niebezpieczeństwa. Starałam się wyperswadować sobie, że widocznie nie jest niebezpiecznie, Niemki siedzą spokojnie, kolesie są zrelaksowani, jest git. Szło mi to z trudem, bo Niemki jednak zaczęły komunikować, że boją się i pytać, ile czasu zostało jeszcze do celu. Ja kurczowo wbijałam się w ramię Marcina… On ma skarb, którego ja nie mam: stalowe nerwy. Niczym nie przejęty, siedział spokojnie, jakby oglądał telewizję i zajadał chipsy i czekał, aż dotrzemy do mety… Tak, niewątpliwie mocne nerwy to skarb.
W końcu dopłynęliśmy na plażę Palmery. Powitała nas głośna bachata, dochodząca z różowego, oświetlonego jak choinka dużego domu tuż przy plaży.
Odetchnęliśmy z ulgą, wszyscy przeżyliśmy… Uff.
- Zapraszam do domu – powiedział Jesus i wskazal na różowy budynek.
- To jest twój dom?
-Tak. Dostaniecie pokoje na górze. Na dole jest bar, jak macie chęć, zapraszam.
Trafiły nam się schludne pokoiki na pięterku. Hotel był jeszcze w trakcie budowy, ale już nie wiele pozostawało do wykończenia. Chcieliśmy iść tańczyć, ale przeżycia w łódce ścięły nas z nóg. Odmówiwszy modlitwę dziękczynną za pomyślną ewakuację z wysp i pomoc czarnego Jesusa, poszliśmy spać.
Piątek, 11 XI 2011, Palmera
Marcin
Nie bardzo mogłem spać w nocy. Całe moje ciało jest poparzone od słońca. W najgorszym stanie są plecy, które były cały czas narażone na działanie słońca podczas snorklingu. Do tego przez całą noc padał deszcz i szalała burza. Co chwilę zastanawiam się, jak dużo wody może być w chmurach. Ilość deszczu jaka spadła w przeciągu ostatniej doby, w Polsce spowodowałaby klęskę żywiołową. Tymczasem w Panamie sieć wodociągów i kanałów rzecznych radzi sobie z taką ilością wody. Moje rozmyślania nad potęgą deszczu co chwilę przerywa kolejny grzmot i błysk. Na morzu pioruny tańczą z wodą paso double tworząc potężny sztorm. Złowrogie fale uderzają o brzeg, a palmy łamią się jak zapałki pod naporem wiatru. Kolejny potężny grzmot nad naszymi głowami budzi Magdę, która w przypływie strachu rzuca się na mnie wbijając swoje palce niczym szpony w moje poparzone ciało.
- Puść mnie, bo zwariuję! – krzyczę z bólu.
Potem uspokajam Magdę. Kolejny grzmot i Magda znowu się zrywa, ale tym razem już nie wbija we mnie palców. Z każdym kolejnym hukiem, strach się zmniejsza, co nie znaczy że mija. W każdym bądź razie nie możemy spać aż do rana, modląc się, żeby sztorm się skończył. Gdybyśmy byli jeszcze na San Blas, spalibyśmy w namiocie i wyglądalibyśmy jak zmokłe kury… Dobrze, że jesteśmy pod suchym dachem. Co prawda deszcz jest tak intensywny, że woda przedostała się w nocy przez drzwi i stojące na podłodze plecaki nam przemokły.
Mieliśmy wypływać o 7:00. Nic z tego. Sztorm trwa nieprzerwanie, więc śpimy nadrabiając nocne zaległości. Dobrze, że chociaż przestało grzmieć. Jesus przesunął godzinę wypłynięcia na 15:00. O 13:00 zwlekliśmy się z łóżka i poszliśmy na śniadanie a po nim na spacer po wiosce. Mijaliśmy mężczyznę rąbiącego toporem palmę, która nie przetrwała nocnej zawieruchy. Dopiero koło godziny 14:00 wiatr zaczął się uspokajać. Ale było dla nas już jasne, że i tego dnia nie wypłyniemy. To dziwne uczucie być na stałym lądzie w wiosce odciętej od świata, 15 minut drogą morską do miejsca skąd odjeżdżają Czerwone Diabły i jednocześnie być uwięzionym przez naturę. Tego dnia z San Blas też nic nie odpływało, był tam jeszcze gorszy sztorm. Czarny Pan Jezus spisał się na medal umieszczając nas w tym różowym hoteliku.
Na szczęście w knajpie Jesusa leciała bachata. Nie mogliśmy przegapić takiego raju na ziemi. Skoczyliśmy na parkiet, tzn. na ceramiczne płytki i upajaliśmy się namiętnym tańcem. Ludzie Jesusa (niektórzy mówią na nich apostołowie) patrzyli na nas urzeczeni i klaskali. Tak się im to podobało, że nawet jak grali w bilard, to gapili się na nas z otwartymi buziami.
Jesus postawił nam piwo. Potem kolejne i kolejne. No bo co tu robić na końcu świata, a sam przecież pił nie będzie. Jesus ma taką zasadę w piciu piwa, że jak otwiera kolejną butelkę, to wylewa początek i koniec, a środek wypija. Teoretycznie więc mniej pije niż wszyscy dookoła. No ale ile można wypić? Odpowiedź znajdowała się za knajpą. Polscy żule z osiedla odkryliby tam skarb. Tyle puszek aluminiowych tam leżało, że można było je wywozić ciężarówką. Mniej więcej zajmowały powierzchnię 1,5x1,5x4 metry. Byliśmy więc świadkami sytuacji, kiedy ludzie morza nie mogli na nie wypłynąć, z braku zajęcia patrzyli we wzburzone fale i pili.
Po kilku godzinach rozmowy z Jesusem, pokazał on nam zdjęcia swojej rodziny. Kiedy opowiadał o swoich najbliższych uzmysłowiliśmy sobie, że to właśnie na cześć swojego synka nadał łódce imię Niño Juan Jesus. Opowiedział nam też o prowadzonym przez niego biznesie, o planach rozbudowy wioski. Mówił, że teraz pracuje, żeby potem móc odpoczywać i poświecić czas rodzinie.
Tak mijały godziny, aż poszliśmy spać.
Sobota, 12 XI 2011, Palmera – Panama City
Magda:
O poranku Jesus z impetem zapukał do naszych drzwi, oznajmiając, że wreszcie wyruszamy.
- Jesus, polecimy Twój hotelik na naszej stronie – odpowiedziałam, pakując się.
- Super. Za rok będzie tu dochodzić droga, ja akurat go wykończę. Będę mógł organizować wypady na San Blas, a nawet tutaj ludzie będą mogli skorzystać z pięknej plaży. Wiesz co, możesz zrobić zdjęcie budynku, żeby pokazać, jak to wygląda.
- OK., tylko koniecznie z tobą – jesteś bardzo przystojny i będziesz najlepszą reklamą.
Jesus roześmiał się. Niestety, obfity deszcz pokrzyżował zdjęciowe plany.
Pogoda nie była najlepsza: lalo i fale były dość duże. Ale morze miało normalny kolor, nie błyskało się, było znacznie lepiej, niż poprzedniego dnia. Nie baliśmy się ruszyć. Zaokrętowaliśmy się na Niño Juan Jesus i kwadrans po siódmej pożegnaliśmy Palmerę.
Chwała temu, kto wymyślił goreteks! Dzięki temu wynalazkowi zmokły nam tylko nogi. Przeprawa do Mira Mar trwała 45 minut, choć normalnie zajmuje 15. Bujało nas do góry i w dół, co ograniczało prędkość przemieszczania się. Petra złapała chorobę morską, na szczęście wiaderko pokładowe było pod ręką – zamiast wody miało okazję pośredniczyć w eliminowaniu za burtę nieco innych substancji.
W Mira Mar pożegnaliśmy się czule z Jesusem i jego ekipą i od razu złapaliśmy busa do Colon.
Szybko dotarliśmy do skrzyżowania drogi do Colon z autostradą do Panamy. Wysiedliśmy w tym miejscu i po zaliczeniu szybkiego śniadania (owsianka, ciastko i empanada) w supermarkecie Rey, złapaliśmy autobus do stolicy.
Z radością przybyliśmy do mieszkania Damiana. Nie byliśmy tym razem jedynymi lokatorami – nasz pokoik zajął w międzyczasie bardzo rozgadany Francuz – Paulo.
Z rozkoszą odbyliśmy rytuał Kąpieli i Wielkiego Prania i Suszenia Rzeczy. Wypraliśmy plecaki, namiot i śpiwór, gdyż wszystko było zupełnie mokre.
Zaatakowaliśmy sklep spożywczy i spędziliśmy popołudnie na gotowaniu i jedzeniu… Chcieliśmy ugotować kolację dla wszystkich, ale byliśmy na tyle głodni, że zjedliśmy wszystko sami… Konserwowaliśmy sprzęt i surfowaliśmy leniwie po Internecie.
Niedziela, 13 XI 2011, Panama City
Magda:
Do O 7 rano obudziło nas walenie do drzwi.
- Marcin, to do nas. Zobacz, co się dzieje.
Okazało się, że to Damian i Paulo… Wyszliśmy wczoraj wieczorem wszyscy na piwo, ale my wróciliśmy do domu trochę wcześniej i zamknęliśmy drzwi od środka. Nie wiedzieliśmy, że z zewnątrz nie było możliwości ich otworzyć… Poszliśmy spać.
- Wróciliśmy po drugiej i pół godziny waliliśmy w drzwi i dzwoniliśmy domofonem, ale nic nie było w stanie was obudzić! Ale macie mocny sen, ludziska!
- O kurcze, i co zrobiliście?
- Położyliśmy się spać na dole na sofach w hallu. No i teraz próbujemy znowu…
- Oj, Damian, nie zdziwię się, jak nam teraz umieścisz negatywny komentarz na Couchsurfingu… Przejęliśmy Twoje mieszkanie!
Wszyscy mieliśmy kupę śmiechu z tej sytuacji. Chłopcy poszli spać, a my zabraliśmy się za przygotowanie śniadania, tym razem już naprawdę dla wszystkich.
Paulo poopowiadał nam trochę o Kostaryce i dał nam kilka namiarów na gospodarzy z Couchsurfingu; spędził tam trochę czasu przed przyjazdem do Damiana. Koło południa zebrał manatki i udał się do znanego nam już dobrze Portobelo, by wyruszyć statkiem Kapitana Jacka do Kolumbii. Z kolei my służyliśmy mu radą odnośnie przygotowań do rejsu i wysp San Blas. Widać, szlaki podróżnicze przecinają się, ludzie krążą we wszystkie strony.
Poszliśmy do kościoła, a potem rozprawialiśmy z Damianem na różne tematy. Odkrywaliśmy też urok Panama City, spacerując w deszczu.
Poniedziałek, 14 XI 2011, Panama City – Dziura Zabita Dechami Gdzieś Przy Granicy z Kostaryką
Marcin
Paweł ma 2 metry wzrostu, jest chudy jak szczapa, ma blond kręcone włosy, pogodny charakter i jest mistrzem w podróżowaniu na stopa. Razem z Magdą poznaliśmy go wirtualnie podczas konkursu na „Pracę Marzeń” i później w realu, przy organizacji wystawy charytatywnej „Kadry ze świata”. Paweł wszędzie jeździ na stopa. A to sylwester w Barcelonie, a to ze Śląska do Indii, jeśli gdzieś chce jechać, wystawia kciuk i po chwili pędzi już przez świat. Czasem trzeba kombinować i wtedy dwumetrowy facet staje na rękach, żeby zwrócić uwagę kierowców. I to właśnie o Pawle myślałem, kiedy w kraju, gdzie autostop nie jest zbyt rozpowszechniony, stawałem z kawałkiem kartonu, na którym widniał napis „David”.
Najczęściej zatrzymywały się taksówki chcące nas podwieźć pod granicę. Zatrzymał się też jakiś kolo, który zaproponował nam, że podwiezie nas specjalnie za jedyne 300 $. Zatrzymała się też policja, twierdząc, że nie ma bata, żeby ktokolwiek się zatrzymał, bo musielibyśmy mieć super szczęście, żeby ktoś jechał tak daleko. Zatrzymał się także w powietrzu helikopter, który nas filmował, gdyż staliśmy zaraz za mostem przy Kanale Panamskim. I zatrzymał się też super luksusowy czarny Land Cruser Prado z przeuroczymi ludźmi na pokładzie, którzy jechali do Davida. Trzeba było widzieć miny policjantów i taksówkarzy, którzy specjalnie zaparkowali swoje pojazdy na poboczu i patrzyli jak długo będziemy łapać okazję. Łapaliśmy niecałe pół godziny!
Teraz jesteśmy w Dziurze Zabitej Dechami Gdzieś Przy Granicy z Kostaryką, jakieś piętnaście minut do przejścia w La Concepcion. Nocujemy u Giny, sympatycznej kobiety, którą poznaliśmy w Toyocie razem z Josem i Guanim. Gina była bardzo ciekawa w jaki sposób podróżujemy, gdzie już byliśmy i jaki jest świat. Pytała nas czy w Polsce mamy konie, ile jest warta złotówka, jaka jest powierzchnia Polski i ile żyje w niej ludzi. Wszystko ją ciekawiło. Po kilku godzinach wspólnej wymiany doświadczeń zaproponowała nam nocleg w jej domu, ponieważ mieszka ona najbliżej granicy, godzinę jazdy za Davidem. Dom w Dziurze ma 10x7 metrów, jest parterowy, niebieski i pełno w nim latających towarzyszy. Dom nie ma okien, zamiast nich są betonowe ażurowe pustaki w kolorze niebieskim. W tej wiosce uprawia się pomarańcze. Gina była zdziwiona, że w Polsce można kupić owoce na kilogramy. Tutaj jest określona ilość sztuk w cenie jednego dolara, a miara „kilogram” nie funkcjonuje. Zamiast „kilograma” jest „libra”, czyli 0,55 kilograma.
Jose poprosił nas, żebyśmy zrobili sobie z nim zdjęcie na tle jego samochodu i wysłali mu je mailem. Gina i Guani też chcieli, żebyśmy im wysłali mailem zdjęcie, tylko że żadne z trójki współtowarzyszy nie znało swojego adresu mailowego. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, no kilka zdjęć na stacji benzynowej.
Jose, Guani i Gina są przyjaciółmi i pracują razem sprzedając owoce i warzywa. Zazwyczaj w Panamie są dwa razy w tygodniu, ale przeważnie jeżdżą autobusem. Oznacza to, że przynajmniej 3 dni z tygodnia są w trasie. Wyjątkowo wybrali się w podróż samochodem i trafili na nas.
Teraz idziemy spać w towarzystwie cykad i deszczu, który od początku naszego pobytu w Panamie pada codziennie…
Wtorek, 15 XI 2011, Estrella, przy granicy z Kostaryką
Marcin
Poranek w Dziurze był słoneczny i ciepły. Gina zaprosiła nas na śniadanie, a potem do swojej siostry Marii, która mieszka zaraz obok. Chcieliśmy jechać tego dnia do Kostaryki, ale kilka minut przecież nie robi nam różnicy, więc skorzystaliśmy z zaproszenia. Poznaliśmy całą familię siostry Giny. Maria ma dwie córki, starszą osiemnastoletnią Kilimarę i młodszą jedenastoletnią, wysoką i szeroką jak trzydrzwiowa szafa pancerna, Niur. Dziewczyna naprawdę jest potężna, a domownicy wołają na nią wielkolud.
- To teraz jedziecie do Kostaryki, tak?
- Tak, niedługo jedziemy.
- A widzieliście już nasz wulkan?
- Nie, a jest w pobliżu?
- Tak, godzinę drogi stąd są góry i wulkan. Jeśli chcecie, możecie tam jechać.
- Dobrze, ale pojedziesz z nami Gina, prawda?
- Chętnie. Jest ładna pogoda, możemy jechać.
Nasz plan pojechania do Kostaryki zaczynał się przesuwać o kolejny dzień.
- Cześć, mam na imię Eva - powiedziała śliczna dziewczyna, kuzynka Kilimary i Niur.
- Cześć, ja mam na imię Magda, a to jest Marcin. Jedziesz z nami zobaczyć wulkan?
- Jasne, tylko się umyję.
W międzyczasie Kilimara też zdecydowała się jechać z nami. Zadzwoniła po swojego chłopaka, Omaro a ten przyjechał swoim czarnym pickupem, na pace którego stał czarny quad. Chłopak przywiózł ze sobą cenny przedmiot – komórkę z Internetem. W Dziurze nie ma sieci, więc dziewczyny rzuciły się na komórkę i przez Wi – Fi zaczęły nas szukać w sieci. Zaprosiły do swoich znajomych na face i polubiły naszą stronę. Zaczęły też przeglądać nasze zdjęcia. W międzyczasie przyszła Eva.
- ¿Vamos?
- Jeszcze nie, Kilimara poszła się myć.
Kiedy się umyła i dziewczyny przeglądnęły wszystkie zdjęcia byliśmy przekonani, że wreszcie pojedziemy. Nic bardziej mylnego, przyjechała koleżanka dziewczyn i zaczęła handlować z nimi klapkami. Pogoda się zmieniła, zaczęło padać. Ale ruszyliśmy. Do pobliskiego sklepu, gdzie Eva kupiła sobie coś do jedzenia. Wreszcie pojechaliśmy. Na truskawki z lodami. A kiedy już myśleliśmy, że deszcz zupełnie zniweczy nasze plany i wybieranie się ekipy jak sójka za morze skończy się na planach, dotarliśmy pod wulkan spowity we mgle. Ściągnęliśmy z pickupa quada i jeździliśmy po okolicy. Objechaliśmy cały wulkan dookoła, który jest najwyższym punktem w Panamie.
Cały region nazywa się Vulcano. Wygasły wulkan nosi nazwę Cerro Punta. Tak samo nazywają się Indianie zamieszkujący okolicę. Mężczyźni noszą niczym nie wyróżniające się ubrania, zaś kobiety ubierają jednokolorowe suknie ozdobione wzorzystymi szlaczkami. W całym regionie przez cały rok uprawia się pomarańcze, truskawki i ogromne klementynki, które mieszkańcy nazywają gruszkami. Strefa wulkaniczna jest bardzo bogata i żyzna, dlatego uprawia się tu wiele gatunków roślin.
Gina pokazała nam okolicę, wszelkie możliwe bary i ogrody, które warto zobaczyć. A potem poszliśmy do dżungli na spacer. Przez dżunglę wytyczono wąską ścieżkę prowadzącą do wodospadu, podobno pięknego w tej okolicy. Niestety nie doszliśmy tam, bo było już późno i powoli zaczęło się robić ciemno. Zapakowaliśmy quada i wróciliśmy do domu.
Środa, 16 XI 2011, Estrella – San Jose
Marcin
Z mocnym przekonaniem, że powinniśmy iść łapać stopa zaczęliśmy się pakować. Gina zaprosiła nas na śniadanie. Zwierzyła nam się, że kiedyś miała narzeczonego, ale nie może mieć dzieci i nigdy za nikogo nie wyszła. Między innymi dlatego przelewa swoje matczyne instynkty na dzieci swojej siostry. Dowiedzieliśmy się także, że w Dziurze rodzice mają nawet po 12 dzieci. Poszliśmy się pożegnać z Marią i jej córkami. A te powiedziały nam, że nas nie wypuszczą, jeśli dla nich nie zatańczymy.
Maria puściła nam salsę i zaczęliśmy tańczyć. Dziewczyny wyjęły swoje telefony komórkowe i zaczęły nas nagrywać. Ich radości nie było końca.
- Salsa jest waszym ulubionym tańcem?
- Nie, bachata.
W mgnieniu oka Maria znalazła płytkę CD z bachatą i poprosiła nas, żebyśmy zatańczyli, co uczyniliśmy. Kiedy skończyliśmy, Gina poprosiła mnie, żebym ją nauczył tańczyć bachatę. Pokazałem Ginie podstawowy krok i zatańczyliśmy. Potem w podzięce Gina zatańczyła nam salsę solo, a Maria dała nam na pamiątkę płytkę z bachatą. Poprosiły nas, żebyśmy je jeszcze odwiedzili, to pójdziemy razem na dyskotekę. Wówczas dowiedzieliśmy się, że Dziura nazywa się Estrella, czyli Gwiazda.
Pożegnaliśmy się z nimi, wzięliśmy plecaki i poszliśmy w stronę ulicy.
- Chyba nie myśleliście, że będziecie szli z tymi ciężkimi plecakami do głównej drogi, co? – powiedziała do nas Gina, a Maria podjechała swoim samochodem. Dziewczyny podwiozły nas, złapały nam busa do granicy i pojechaliśmy.
Słyszeliśmy, że na granicy odprawa trwa nawet kilka godzin. Tymczasem po dwudziestu minutach w naszych paszportach znalazła się pieczątka Kostaryki. Cofnęliśmy zegarki o kolejną godzinę i ruszyliśmy przed siebie. Dziesięć minut później siedzieliśmy wygodnie w pickupie Babci Niemki, która przez cale życie podróżowała. Do tego stopnia kochała podróże, że nie chciała mieć dzieci. Nie mogła usiedzieć na miejscu, co chwilę rzucała kolejną pracę i jechała w świat. W końcu nie mogła znaleźć pracy, bo pracodawcy bali się ją zatrudnić. Kiedy miała 54 lata, otrzymała propozycję odejścia na wcześniejszą emeryturę. Spakowała manatki i wyjechała do Kostaryki, bo w tym kraju podobało jej się najbardziej. Kupiła rancho i siedzi tu już 17 lat. Troszkę jej się już nudzi i chciałaby wrócić do Niemiec, ale nikt nie chce kupić jej rancha, więc mieszka tu dalej.
Babcia Niemka jechała do najbliższej wioski, ale podwiozła nas o jedną miejscowość dalej, ponieważ tam łączyły się drogi i uznała, że łatwiej nam będzie złapać następnego stopa. Sama w przeszłości często podróżowała na stopa i lubi podróżników. Wysadziła nas na stacji. Zaczęliśmy łapać stopa, który pojedzie nieco dalej. Na stacji się nie udało, ale kiedy stanęliśmy przy głównej drodze, po kilkunastu minutach zatrzymał się czternastometrowej długości tir, za sterami którego siedział Jose Antonio Martinez. Jose przedstawił nam się jako Goli. Jego mama całe życie mówiła do niego Goli, aż pewnego dnia Jose nie wytrzymał i zapytał, dlaczego nie mówi do niego Jose, tylko Goli, ale do dnia dzisiejszego nie otrzymał odpowiedzi.
Goli mieszka w Panamie, a do San Jose wozi etui na płyty CD. Bardzo chce się przeprowadzić do Kostaryki, bo lubi zimno a w San Jose jest zimniej niż w Panamie. Magda zaproponowała mu, żeby przyjechał w takim razie do Polski, to będzie usatysfakcjonowany. Goli opowiedział nam, że w Panamie co rok wszyscy zmieniają tablice rejestracyjne. Rząd ustala jaki kolor będzie obowiązywał w danym roku i jaki będzie jej wzór. Coroczna wymiana tablic rejestracyjnych kosztuje 150 dolarów od pojazdu i jest traktowana jako podatek.
- Dzięki, że się zatrzymałeś.
- Ja się nigdy nie zatrzymuję. Jeżdżę tędy codziennie i nawet jak stoi taka laska w mini spódnicy i z dużym biustem, to się nie zatrzymuję.
- To dlaczego się zatrzymałeś i nas zabrałeś?
- Nie wiem, tylko Pan Bóg to wie.
- Dzięki wielki, zrobiłeś nam w takim razie przysługę.
- Nie zawsze byłem dobrym człowiekiem. Przez 10 lat robiłem ludziom krzywdę, okradałem ich. Dopiero kiedy urodziła mi się córka, zaczęło mi zależeć i się zmieniłem.
Goli wysadził nas na obrzeżach miasta. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hostelu. A teraz siedzimy przed komputerem i zamiast iść spać, piszemy relacje, wrzucamy zdjęcia i zastanawiamy się co robić jutro. Różnica czasu między Kostaryką a Polską to 7 godzin. Dobranoc :)