Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 11

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Tańce wśród Piratów
Napisane przez: mmm
Ocena: 0 (Głosów: 0)
Do_gory   W_dol
31.10.2011
0 km

Cz. I - Wenezuela


Poniedziałek, 31 X 2011, Warszawa

 

Marcin

 

 

Z Krakowa polecieliśmy do Warszawy. Zamiast czekać na lotnisku, pojechaliśmy pod kolumnę Zygmunta. Idąc ulicą, zobaczyliśmy zaproszenie na „Pinę” w kinie Kultura. Bez wahania postanowiliśmy obejrzeć film.

 

 

Pina jest malarką. A w zasadzie była, bo już odeszła. Przez ponad dwadzieścia lat malowała historie za pomocą tancerzy. Niewiele mówiła, rozmawiała raczej za pomocą gestów i własnego przykładu. Lubiła ekspresję, swoimi spektaklami pokazywała świat pełen wdzięku, ruchu i życia. W jej opowieściach krył się autentyczny przekaz, bowiem oddani jej bez reszty tancerze wkładali całych siebie w odgrywaną rolę. Na scenie człowiek nie mógł się pojawić sam. Za mało się działo. Ale krzesła, tak, to już dawało wiele. Wprowadziła więc krzesła i kazała tańczyć z zamkniętymi oczami. Na boso. Z ekspresją i pasją. Z miłością i szacunkiem. Ze smutkiem i złością. Z uczuciem. Całym sobą. W jej sztuce ludzie odkrywali siebie na nowo i byli jej wierni przez długie lata.

 

 

 

Pina wypowiedziała takie zdanie: „tańczcie, tańczcie, inaczej jesteśmy zgubieni”. Myślę, że Pina miała rację. Załóżmy, że chcemy coś przekazać duszą, bez wypowiadania słów. W jaki więc sposób zrobić to lepiej niż za pomocą tańca? To w końcu taniec od wieków łączył, przygotowywał do walki, spajał plemiona w jedno, pozwalał na nowo narodzić się duszy i ciału. To dzięki tańcu dwoje ludzi okazywało sobie najbardziej intymne części swojej osobowości, całe swoje wnętrze. Pod warunkiem, że okazywali te gesty zgodnie z prawdą. Czyli w tańcu powinna istnieć prawda. Prawda o nas. I Uczucie. Bez tego nie tańczy się, lecz odgrywa rolę.

 

 

 

Każdy może zatańczyć prawdę o sobie. Taniec to sfera zupełnie indywidualna, osobista. I forma tańca zmienia się tak samo jak zmienia się nasza osobowość. Kiedyś doskonale odnajdywałem się w tańcach ludowych a potem towarzyskich. Jednak teraz najbardziej przemawia do mnie (albo przeze mnie) bachata i salsa. Może dlatego, że się zmieniłem, że jestem bardziej wolny a nie usystematyzowany jak tańce standardowe. Czy odnalazłem już swój taniec „na zawsze”? Jeśli będę już zawsze taki jak teraz, to zapewne tak, chyba że odnajdę taniec, który jeszcze w lepszy sposób odzwierciedli stan mojej duszy. Mojego JA. Być może właśnie dlatego teraz, siedząc w samolocie i pisząc te słowa, lecę w kierunku Morza Karaibskiego, do mekki salsy i bachaty.

 

 

 

Pina była korkociągiem, otwieraczem, wytrychem duszy. Podobno mało mówiła, za to obserwowała swoich współpracowników. I kiedy znalazła dogodny moment powiedziała takie zdanie, które zapadało w pamięć adresatowi i otwierało jego duszę. Do jednego tancerza trafiło „kochaj w tańcu”, do innego „dlaczego się mnie boisz, przecież nic złego ci nie zrobiłam”. Wszyscy natomiast otworzyli się i tańczyli swoim wnętrzem. Ich taniec był prawdziwy.

 

 

 

Warto było iść do kina, ale komu w drogę, temu kolejny samolot. Naszym celem był Frankfurt. Obawy, które mieliśmy co do noclegu rozwiały się. Andreas w końcu odpisał. Z lotniska pojechaliśmy do niego. Przywitał nas roześmiany chłopak. Kiedy mieszkał w Kolumbii, założył tam szkołę salsy. Obecnie już nie uczy, ale często chodzi tańczyć. Znów taniec. Chyba taniec przez długi czas nas nie opuści :)

 

 

 

Skorzystaliśmy ze sposobności i zapytaliśmy Andreasa, jak naprawdę jest w Kolumbii, na co zwrócić uwagę i czy faktycznie jest tak niebezpiecznie jak ludzie piszą w Internecie. Zapewnił nas, że teraz jest bezpiecznie. 10-15 lat temu było inaczej ale obecnie rząd Kolumbii radzi sobie ale dla pewności co jakiś czas policja kontroluje drogi.

Wtorek 1 XI, Samolot Frankfurt – Caracas

 

Magda:

 

Andreas pokazał nam mnóstwo zdjęć, zdecydowanie niwecząc nasze obawy przed podróżą do Kolumbii, a wręcz utwierdzając nas w przekonaniu, że wizyta w Kolumbii to pomysł bardzo dobry.

 

- Mam tam wielu przyjaciół. Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, piszcie. Możecie odwiedzić też moją szkołę salsy, skoro tańczycie. Tak o, wpadnijcie sobie zobaczyć. Dam im znać, jak się będziecie wybierać, żeby was miło przywitali.

 

- Dzięki, Andreas. To jest szkoła dla lokalsów czy dla turystów? – zapytałam.

 

- Głównie dla turystów, ale lokalsi też chodzą na zajęcia. Wiesz, ta szkoła była zakładana w odpowiedzi na poważny problem społeczny. W Cartagena mieszka wielu Europejczyków, którzy wżenili się w kolumbijskie rodziny. Na każdym kolumbijskim przyjęciu tańczy się – jeśli oni nie umieją i nie tańczą, cała rodzina podchodzi do nich, pyta  się, czy źle się czują, co im dolega, czy są smutni. MUSZĄ nauczyć się tańczyć, bo inaczej uchodzą za ułomny towar z Europy… Dlatego powstała nasza szkoła. Uczymy tam nie tylko tańców afro kubańskich, ale też języka.

 

- Świetny pomysł! W tańcu ludzie się integrują, więc pewnie i języka uczą się szybciej.

 

- Tak! Rano są zajęcia językowe, a popołudniu, kiedy nie jest już tak gorąco, jest taniec. W ogóle w Cartagena jest dużo szkół tańca. Ale stolicą tańca jest Cali. Tam jest najwięcej pokazów, konkursów.

 

Andreas miał kiedyś kolumbijską narzeczoną. Teraz jest singlem, ale razem z ex-narzeczoną cały czas są wspólnikami – kontynuują prowadzenie Crazy Salsa. Mieszkając we Frankfurcie, Andreas stara się aktywnie promować to miejsce wśród Niemców.

 

 

Teraz przelatujemy nad Atlantykiem. Jest spokojny, a niebo jest jasne, słoneczne. Czuję, że za niedługo znajdziemy się w świecie wiecznego lata. Jeszcze jakieś 7 – 8 godzin…

 

…..

Caracas

 

Lot nad Atlantykiem dłużył się nieco. Ucieszyliśmy się na widok wysp, a potem lądu.

Koło 16  wreszcie wylądowaliśmy w Caracas. Miasto powitało nas zielonymi górami i upalną pogodą.

 

Do domu Ivana, chłopaka z Couchsurfingu, dotarliśmy koło 20. Po drodze w autobusie podrygiwaliśmy do salsy i merengue. Niesamowita frajda słyszeć na każdym kroku tak taneczną muzę! Nawet metro w Caracas jest pełne skocznych dźwięków. Kraj zapowiada się bardzo tanecznie. Cieszymy się bardzo. Do tej pory salsy uczyliśmy się u Łukasza Rasia w Pade, a potem w LoftToDance. (No, ja może zaczęłam pierwsze kroki w Boliwii, ale to zupełnie inna bajka…) W każdym razie świetna sprawa. Nauka u Łukasza zmusza do chodzenia na imprezy salsowe, bez tego nie da się żyć. Zanosi się na to, że Caracas to jedna wielka impreza salsowa. Wow!

 

Ivan odebrał nas spod Hotelu Alba Caracas, dokąd dojeżdżają autobusy z lotniska. W drodze do domu zdążyliśmy sporo dowiedzieć się o Ivanie. Jest doktorantem nauk polityczno-ekonomicznych, był na wymianie studenckiej w Niemczech, ponieważ pracował jako dziennikarz w berlińskiej prasie, wysłano go do Gdańska, aby przeprowadził wywiad z synem Lecha Wałęsy. Ivan sporo podróżował po  Polsce, orientuje się teraz w różnych polskich miastach, wódce i zespołach muzycznych.

 

W domu Ivana mieszkało już dwóch Niemców i para z Hiszpanii.  Tworzyliśmy całkiem ciekawy międzynarodowy kolektyw.

 

Z Hiszpanami od razu złapaliśmy wspólny język. Mieszkali pięć miesięcy w Nikaragui, biorąc udział w jakimś projekcie dotyczącym zdrowia mentalnego mieszkańców wiosek, a teraz są w podróży. Zjechali z Nicaragui przez Kostarykę, Panamę i Kolumbię, od tygodnia są w Caracas, mieszkając u Ivana. Mieliśmy mnóstwo pytań do nich i Ana bardzo chętnie notowała dla nas wszelkie ciekawe miejsca, w których byli.

 

- Tam jest przepięknie, musicie tam pojechać! O, a tutaj jak jest ślicznie! Tutaj też musicie koniecznie być, przyroda zachwyca! A ta rzeka, mówię ci, jaka ona jest piękna!

 

Taka jest Ana. Bardzo wesoła i zachwycona światem. Razem z Jose mają różne aktywności, które pomagają im zdobyć fundusze na podróże. Wyrabiają biżuterię i akcesoria ze skóry (nauczyli się tego w podróży!), mają też kukiełki, za pomocą których odtwarzają teatr uliczny. Generalnie fajni ludzie, którzy bardzo dobrze bawili się.

 

Różnica czasu zmogła nas, zasnęliśmy zanim Ivan przyrządził dla wszystkich kolację.

Środa 2 XI, Caracas

 

Magda:

 

Wstaliśmy dużo wcześniej, niż reszta mieszkańców domu Ivana. Mieliśmy dużo czasu na  lekturę oraz robienie zdjęć przez kraty w oknach Ivana – z 12-go piętra.

 

Skoczyłam z Ivanem po śniadaniowe zakupy. Ivan przygotował dla wszystkich wielką jajecznicę, smażone banany i chlebek kukurydziany. Polityka domu Ivana jest taka, że Ivan robi zakupy i gotuje z pomocą wszystkich i wszyscy składają się na jedzenie. Jest to bardzo fajne, bo chłopak gotuje dobrze, a dla backpackerów posiłki wychodzą 3 razy taniej niż na mieście.

 

Niestety, Caracas jest drogie. Tutejsza waluta to Bolivar. Za 1 dolara można dostać w kantorze 4 boliwary, a na czarnym rynku 7-8. Na szczęście byliśmy uprzedzeni o różnicy kursu i już na lotnisku daliśmy się namówić na nielegalną wymianę.

 

Za butelkę wody 1,5 litra trzeba dać tutaj 10 boliwarów. Mówią, że woda jest droższa od benzyny. Coś w tym musi być, bo za bilet z lotniska do miasta, który zabiera godzinę, płaci się tyle samo… Najtańszą rzeczą w Caracas jest przejazd metrem – pojedynczy bilet kosztuje 1 boliwara. Bułka z serem czy szynką to koszt około 20 boliwarów, a kilo bananów 7-8. Banany to najtańsze owoce.

 

Wybraliśmy się z Iwanem i Niemcem-Luisem do parku narodowego, do którego wejście ż było prosto z dzielnicy Chacao. Park to już teren górski. Zaskoczyły nas dobrze przygotowane szlaki. Przeszliśmy jeden odcinek trasy, robiąc różnicę wzniesień 300 metrów i znaleźliśmy się na wysokości 1300 m npm. Szlaki prowadziły dalej do wysokości 2300 m. Spacer był cudny: zaleźliśmy się w świeżej, dzikiej zieleni, a ze wszech stron otaczały nas motyle, ptaki i wiewiórki, które próbowaliśmy fotografować.

 

Po górach, poszliśmy jeszcze zobaczyć głowne punkty miasta, jak Park Centralny, Plac Wenezueli.

 

Wieczorem Ivan przyrządził pyszne spaghetti, po którym większość załogi udała się na miasto w tany, ale nas różnica czasu zaprowadziła prosto do łóżka. Szkoda, bo salsunię tańczy się tu do orkiestry, a nie do taśmy czy mp3… Ale wrócimy jeszcze do Caracas.

 

Czwartek, 3 XI, Caracas

 

 

Magda:

 

Rano postanowiliśmy spełnić naszą misję Ambasadorów UEK w Ameryce Centralnej.  Ponieważ Ivan jest doktorantem i pracuje na uniwersytecie, zabraliśmy się z nim. Po drodze  podziwialiśmy Parlament, Sąd Najwyższy, mieliśmy też okazję wejść do domu Simona Bolivara oraz zobaczyć trupy teatralne, których  zjechało się do Caracas mnóstwo na festiwal teatrów ulicznych.

 

- Nie znam nikogo z Polski, kto studiuje u nas – stwierdził Ivan.

- No bo właśnie Polacy nie chcą studiować w Caracas, bo boją się, ale ludzie z Caracas studiują w Krakowie chętnie.- wytłumaczyliśmy.

- Nie znam nikogo stąd, kto studiowałby w Polsce. Mamy rozwiniętą wymianę z uczelniami w Londynie i w Toronto i wyjeżdża tam sporo osób. Ale w Polsce? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

- No cóż, może nie zwracałeś na to uwagi.

 

Na uniwersytecie poszliśmy na Wydział Nauk Ekonomicznych i Społecznych. UEk nie przekazał nam żadnych kontaktów i nazwisk, więc musieliśmy działać na własną rękę. Uczelnia jest urządzona bardzo skromnie. Jest ogromna, ma wielką bibliotekę, ale jest brzydka. Uroku dodają jej jedynie wielkie palmy oraz motyle.

 

Sekretariat odesłał nas do biblioteki, mówiąc, że musimy tam porozmawiać z dyrektorką. Dyrektorka była bardzo zadowolona, że mamy materiały dla studentów, z radością wszystko przyjęła, nakazała młodzieży zrobić sobie z nami zdjęcie, a sama rozpoczęła aktywną dystrybucję UEK-owych gadżetów.

 

Gdy przyszliśmy do domu, sprawdziliśmy to jeszcze w Internecie i okazało się, że poszliśmy na inny uniwersytet, niż ten, z którym współpracuje UEK. Trudno – byliśmy na największym w Wenezueli. Misja ambasadorów powiodła się perfekcyjnie – nawiązaliśmy nową współpracę. Ivan pewnie chętnie zajmie się kontaktem z polską uczelnią, tym bardziej, że od kwietnia będzie w Europie, planuje pobyt w Polsce.

 

 

Wróciliśmy do domu po bagaże i popędziliśmy na lotnisko. Czeka na nas Panama –z przesiadką na Kubie J

 

 

 

 

Piątek, 4 XI, Caracas (!)

 

Odkryte skarby: 1

 

Magda:

 

Od rana okupujemy biuro COPA, linii lotniczych, z którymi mieliśmy lecieć z Kuby do Panamy..

 

Ale po kolei.

 

Wchodzimy na lotnisko, widzimy, że na liście odlotów nie ma naszego rejsu do Havany. Rozglądamy się, co jest grane.

 

- Tu są linie Conviasa, chodź, zobaczymy.

 

Podeszliśmy do check-inów, ale były zamknięte.,

- My na lot do Havany – mówimy do załogi.

- Odprawa zamknięta.

- Ale jak to?

- Zamknęliśmy odprawę 2 godziny przed startem samolotu. Trzeba było przyjść 4 godziny przed odlotem.

- To nie jest możliwe! Wszędzie pasażerowie przychodzą 2 godziny przed odlotem, a nie 4.

- Tutaj 4 godziny i nic na to nie poradzę.

- Ale przepuści nas pan, prawda?

- Nie wiem, pójdę zapytać.

 

- Nie, nie mogę was puścić.

- Jak to?

- Musicie poczekać i przełożyć bilet na jutro. To kosztuje 650 boliwarów od biletu.

- Nie możemy lecieć jutro, bo w nocy mamy przesiadkę do Panamy.

- No to macie problem.

- Mamy, bo mamy kilka przelotów na jednym bilecie. Jeśli nie zdążymy na ten lot, stracimy wszystkie przeloty.

Nie znaleźliśmy ani współczucia, ani zrozumienia u załogi Conviasa, pomimo, iż powiedziałam im, że to jest nasza podróż poślubna. Nie było to całkiem kłamstwem, bo przecież jest to nasza podróż poślubna, z tym, że trzecia.  Natomiast nasza złość i rozgoryczenie było ogromne. A najgorszy w tym wszystkim był fakt, że sami sobie byliśmy winni.

 

Zadzwoniliśmy do naszego sponsora i przyjaciela, WhyNotFly, firmy w której zawsze kupujemy bilety. Poradzili nam natomiast, co mamy zrobić, żeby nie stracić połączeń i dobrze na tym wyjść. Pani Ewa odebrała telefon o godzinie 21:30 czasu polskiego, co zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie.

 

Poszliśmy więc do check-inów linii COPA, z którymi mamy resztę przelotów. Pani poleciła nam, żebyśmy zadzwonili do ich call-centre i spróbowali zmienić miejsce wylotu. Zamiast wylecieć z Havany do Panamy, możemy lecieć z Caracas do Panamy. Jest w nocy taki samolot i są w nim wolne miejsca. To powinno być możliwe i nie kosztować wiele.

 

Zadzwoniłam na infolinię. Przedstawiłam sprawę. Po pół godziny czekania na linii i słuchania w kółko tego samego nagranego tekstu, otrzymałam informację, że zmiana jest możliwa, zapraszają na lot o 6.44, o 3-ciej  trzeba być na lotnisku i trzeba będzie dopłacić 100 dolarów od osoby za zmianę w check-inie. W Panamie będziemy o 8.15.

 

100 dolarów na łeba kary za głupotę da się przeżyć. Boli, ale cóż…

 

Poszliśmy spać na lotnisku, nastawiwszy budzik na 3-cią

 

O 3-ciej stawiliśmy się w check-inie.

 

Dajemy paszporty, okazuje się, że nie ma nas na liście pasażerów. Owszem, jest rezerwacja lotu na nasze nazwiska, ale nie ma zmian w bilecie.

- Zadzwońcie do call centre.

- Wczoraj dzwoniłam i dostałam informację, że bilet jest zmieniony, że muszę tylko teraz uiścić opłatę.

- Bilet nie jest zmieniony, ktoś zrobił to źle. Zadzwońcie jeszcze raz. Jest czas.

 

Poszliśmy do budki. Na szczęście telefon do  call centre jest bezpłatny. Wybrałam opcję rozmowy po angielsku. Po dwóch zdaniach call-centerowy pan zapytał mnie, czy możemy rozmawiać po hiszpańsku, bo on tak by wolał….Nie zgodziłam się jednak, bo w sprawach formalnych wolę angielski, przynajmniej mam pewność, że wszystko rozumiem.

- Ja widzę zmianę biletu. Możesz mi dać do telefonu kogoś z check-inu?

- Proszę pana, pana pytanie jest dziwne. Przecież nikt tu nie podejdzie. Dzwonię z budki, chceck-in jest jakieś 100 m stąd…

- OK. To może zrobimy tak, że zapłacisz teraz opłatę i wtedy będzie potwierdzone w systemie.

-Jak mam to zrobić?

- Przez telefon. Podasz mi numer karty kredytowej, obciążę ją na 200 dolarów.

- No dobrze.

Zapłaciłam.

 

W check-inie nadal nie widzieli zmian w systemie.

 

Puściły mi nerwy.

 

Zadzwoniłam ponownie.

- Ten bilet był już zmieniany i nie da się go zmienić ponownie w systemie. Musisz pojechać do biura linii Copa. Podam ci adres. Tam od ręki wydrukują wam bilety, wszystko jest zapłacona, podam ci kody potwierdzające zapłatę za zmianę obu  biletów.

 

Byliśmy wściekli. Wróciliśmy do Caracas, nawet bez siusiu, porannej kawy i śniadania.

Siedzimy w biurze COPA od 9, a jest 15.30 i czekamy na zmianę naszych biletów, za którą zapłaciliśmy. Posible solo en America Latina…

 

Na szczęście w kawiarence tuż obok biura COPA Airlines jest bardzo bachatowo i od czasu do czasu możemy sobie wyskoczyć na bachatkę i zapomnieć o całym biletowym majdanie.

Skarbem jest umieć się oderwać od niepomyślności, mieć odskocznię, sub-świat, który jest dziejoodporny – nie ważne, co się wydarza na zewnątrz, w tym sub-świecie jest człowiekowi dobrze i już.

 

 

 

 

Piątek, 4 XI 2011, Caracas, wieczorem

 

 

Marcin

 

Koło godziny 16:30 wreszcie dostaliśmy nasze bilety z wylotem 5 XI 2011 o godzinie 6:44. Oznaczało to, że kolejny raz musimy spać na lotnisku, ponieważ tak wcześnie rano żaden autobus nie jedzie na lotnisko. Zdecydowaliśmy się na przejazd linią Sitsa. Żeby nie zmarnować dnia poszliśmy jeszcze do ogrodu botanicznego i udaliśmy się do metra.

 

Dotarliśmy pod hotel Alba Caracas, skąd odjeżdżają autobusy Sitsa i poszliśmy kupić bilety.  Upewniliśmy się, że ostatni odjazd na lotnisko jest o godzinie 19:30. Pani w okienku powiedziała, żebyśmy przyszli o 19:00, bo sprzedaje bilety tylko na najbliższą godzinę odjazdu. Poszliśmy więc do auli hotelowej, gdzie skorzystaliśmy z Wi-Fi, by móc zamieścić relację na naszej stronie. Tuż przed 19:00 Magda poszła do biura, by dopełnić formalności biletowych. Po pięciu minutach wpadła jednak zdyszana do auli.

- Marcin, mamy problem, ta baba powiedziała, że ostatni autobus odjechał o godzinie 18:45.

- Ale przecież wcześniej powiedziała, że odjedzie o 19:30

- Tak, tylko że zapomniała sobie, że dziś jest piątek, a w piątki autobusy kursują tylko do 18:45.

 

Okrutnie zdenerwowani wzięliśmy plecaki i poszliśmy szukać drugiej, droższej linii autobusowej. W Sitsa mogliśmy zapłacić 10 bolivarów od osoby, w tej drugiej 25 bolivarów.

- Przepraszam, gdzie odjeżdżają autobusy w kierunku lotniska?

- Idźcie prosto i skręćcie w lewo. Tam zobaczycie most, pod którym parkują autobusy. Tylko uważajcie, bo ta ulica jest bardzo niebezpieczna.

 

Wspaniale, nie dość że zapłacimy drożej, to jeszcze idziemy niebezpieczną ulicą.

 

Pod mostem faktycznie stały busy. Zaczęliśmy szukać kierowcy, ale żadnego nie było.

- Przepraszam, czy te autobusy jadą na lotnisko? – zapytała Magda pewnego pana

- Si, seniora

- A gdzie jest kierowca?

- Dziś już żaden autobus nie jedzie na lotnisko, ostatni odjechał o 19:00. Teraz tylko taksówki – odpowiedział starszy pan, który okazał się być taksówkarzem.

- Magda, nie mamy wyjścia, musimy wziąć taxi. Nie ufam jednak tym taksówkarzom, podobno porywają turystów – powiedziałem.

- A za ile nas pan zabierze?

- Za 200 bolivarów.

- O nie, za dużo.

- Za 200 bolivarów za taksówkę, wy 100 i ten pan 100.

- Dobrze, ale nie jesteście w zmowie, że nas porwiecie dla okupu? – zapytała Magda

- Nie - zaśmiał się staruszek – jestem zrzeszonym taksówkarzem, mam licencję i znaczek – po czym wskazał na emblemat wyszyty na koszuli i na legitymację wiszącą na szyi.

Nie przekonało to nas, ale nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy się dostać na lotnisko i to natychmiast. Wsiedliśmy więc do taksówki. Mężczyzna z którym przyszło nam dzielić los okazał się muzykiem. Tego wieczoru odlatywał na Kubę, by zagrać tam na gitarze ze swoim zespołem. Magda podczas drogi na lotnisko rozmawiała z gitarzystą o sytuacji polityczno gospodarczej Venezueli.

- A jesteście zadowoleni z rządów Chaveza?

- Tak, bardzo. Wszyscy są równi, państwo się rozwija, krajem rządzi lud i jest bezpieczniej.

- A gospodarka jest centralnie sterowana?

- Nie, jest bardzo mały sektor regulowany przez państwo, ale większość rynku to firmy prywatne.

Potem nastąpiła seria dociekań na temat Polski uwieńczona pytaniem:

- A w Polsce coś się słyszy na temat Chaveza?

- Tak.

- A mówią o nim dobrze, czy źle?

- Zazwyczaj źle – słysząc to nasi towarzysze podróży zaczęli się śmiać z tego.

 

Godzinę później odetchnęliśmy z ulgą widząc terminal międzynarodowy. Na pożegnanie taksówkarz poczęstował nas likierem własnej produkcji. Był strasznie mocny i momentalnie zalała nas fala ciepła rozpływająca się po całym ciele. W nieco lepszych nastrojach poszliśmy do upatrzonego miejsca, gdzie poprzedniej nocy rozbiliśmy obóz.

 

 

Sobota, 5 XI 2011, Caracas – Panama City

 

Marcin

 

3:00 rano, pobudka na lotnisku. Drugi dzień terminal lotniska w Caracas jest naszym domem. Spaliśmy w zaułku, gdzie chyba wielu podróżnych nocowało w oczekiwaniu na swój lot. Nam po raz kolejny przypadł w udziale najlepszy kawałek podłogi, bo w towarzystwie gniazdka, gdzie podładowaliśmy netbooka i poręczy, za którą schroniliśmy nasze plecaki.  Magda jak każdego ranka zrobiła sobie rozgrzewkę. Niczym nie skrępowana, zaczęła robić różne figury, od geometrycznych, przez jogę, stretching i stanie na głowie. Zwróciła tym samym uwagę niektórych podróżnych, którzy zdążyli się przebudzić. Magda poleciała po bandzie, bowiem robiąc stanie na rekach zapomniała że pod luźną bluzeczką nie ma biustonosza… Wyobraźcie sobie minę Niemca, który akurat wówczas spojrzał w stronę stojącej na rękach Magdy pokazującej swoje wdzięki J

 

Kilka minut później zjawiliśmy się w check-inie i tym razem udało się nam przejść odprawę.

 

Cieszyliśmy się, że jednak pojedziemy na nasze wymarzone wakacje. UFFF, co za radość! J

 

Wchodzimy do samolotu, momentalnie uderzyła w nas fala gorącego powietrza. Nie działała klimatyzacja. Wszyscy pasażerowie ciągle tylko machali na siebie gazetami i co chwilę wciskali guziki w celu przywołania obsługi z tacami pełnymi zimnej wody. Wreszcie stewardesa zakomunikowała gotowość do startu. Zamknęły się drzwi. W tym momencie coś pod pokładem strasznie zatłukło, zawyło i dało się wyczuć zapach palonego sprzęgła.  Po chwili konsternacji kapitan dał znać, że jest jakiś problem ze starterem silnika. Kilka minut później po raz kolejny spróbował. I po raz kolejny coś pod pokładem zatłukło, zawyło i brzydko zapachniało. Stewardesy uspokajały, że wszystko jest w porządku i że to tylko przejściowe. Ale jakoś nas to nie przekonało, zważywszy na fakt zepsutej klimatyzacji, dziwnych głosów pod pokładem, słów kapitana o usterce związanej z silnikiem i komunikacie, żeby natychmiast opuścić samolot. Z ulgą wyszliśmy z samolotu.

 

Ku naszemu przerażeniu, po dwudziestu minutach powiedziano nam, żebyśmy wsiedli do tego samego samolotu. Silniki działały. Wznieśliśmy się w powietrze, mając nadzieję, że będziemy mieli tyle samo lądowań, co startów. Opuszczaliśmy Caracas z ulgą.

 

Dwie godziny później przy mocnych turbulencjach wylądowaliśmy w Panama City. Po krótkiej kontroli celnej wyszliśmy z lotniska w celu znalezienia połączenia do miasta. Zatrzymał się jeep.

- Jedziecie do Panama City? – spytała młoda kobieta.

- Tak.

- To wsiadajcie, w samochodzie jest mało miejsca, ale chętnie was podwiozę.

Amanda urodziła się w Kanadzie, ale kiedy została nauczycielką postanowiła, że będzie uczyć w różnych miastach świata. Zrobiła nam szybki wykład na temat bezpieczeństwa w Panama City i podwiozła pod hotel Veneto, skąd łatwo przedostaliśmy się do mieszkania Damiana, z którym wcześniej umówiliśmy się przez Couch Surfing

 

Damian mieszka na 23 piętrze luksusowego apartamentowca z oknami od podłogi do sufitu. Z przeszklonego balkonu jego mieszkania roztacza się widok na Pacyfik i drapacze chmur, a z okna pokoju, który został przygotowany dla nas, widać górzystą część Panamy. Damian jest Amerykaninem, ale ma korzenie słowiańskie. Jego dziadek najprawdopodobniej pochodził z Czech. Luksusowy apartament Damiana zdradza niestety jego amerykańskie pochodzenie, bowiem w jego kuchni była „jesień średniowiecza”. Wszystko, czego dotknęliśmy, pozostawiało na naszych dłoniach czarne lub tłuste plamy. Generalnie powyżej jednego centymetra, brud powinien sam odpadać, ale w tym przypadku brud był mocno zatłuszczony, więc odpadać nie chciał. Na blacie leżał wałek z rozsypaną mąką i około 30 szklanek z pozostałościami po Cuba Libre, a plamy na ogromnej lodówce zdradzały szczegóły jadłospisu sprzed miesiąca. Poza tym Damian jest bardzo sympatycznym człowiekiem i świetnie gra na swojej elektrycznej gitarze.

 

Zostawiliśmy bagaże w pokoju i ruszyliśmy na spacer w kierunku Casco Viejo. Szybko jednak poczuliśmy zmęczenie, bowiem na lotnisku w Caracas prawie w ogóle nie spaliśmy. Wróciliśmy do domu z zamiarem nadrobienia zaległości sennych.

 

 

 

 

 

 


dodajdo


Galeria zdjęć
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb
Ostatnio dodane komentarze
Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Wykonanie portalu: GaldoMedia.

Tubyliśmy.pl on Facebook