no to jesteśmy w momencie przeprowadzki z hostelu Leo 2 do Leo 1... Panienka na recepcji powiedziała, że tym razem nie ma problemu i mamy 3 łóżka w pokoju... 6–cio osobowym... Otworzyłyśmy buzie ze zdumienia, zatkało nas kompletnie.
Pałac Letni
Panienka szybko wytłumaczyła, że dwa łóżka są osobno i cztery osobno. Na nasze tłumaczenie, że to i tak 6 osób na jednej powierzchni, i że dla nas to nie to samo – nie rozumiała, albo i nie chciała zrozumieć... Wkurzyłyśmy się na maksa, bo miarka się przebrała. Jakoś zaakceptowałyśmy fakt, że musiałyśmy się wczoraj przenosić, ale dzisiaj to już za dużo. Upewniłyśmy się, że oddadzą nam pieniądze za dwie niewykorzystane noce i za 10 minut miałyśmy nowe, 3-osobowe lokum w King's Joy, w którym byłyśmy ostatnio. Co prawda, pokoje dwa razy droższe niż w Leo, ale co tam:). Stać nas. Chyba:)). Nie wiemy jak wygląda, bo zostawiłyśmy plecaki w Leo i pojechałyśmy metrem zwiedzić Pałac Letni, podobno najpiękniejsze miejsce w Pekinie. Po wczorajszym, całodziennym deszczu – dzisiaj piękne słoneczko i czyste niebo, nawet smog w mieście prawie zerowy. Powietrze też o wiele bardziej rześkie niż wczoraj, czyli... deszcz się przydał... Podejrzewam, że powietrze szybko się nagrzeje, ale na razie pogoda obniżyła nam trochę ciśnienie podniesione przez niekompetentną i mającą wszystko w d... obsługę hostelu Leo.
Pawilony w Pałacu Letnim
Do Letniego Pałacu pojechałyśmy metrem. Bilet w jedną stronę, ważny cały dzień, póki nie wyjdzie się z metra – podobnie jak w Paryżu – kosztuje 2 Y (niecałą złotówkę). System kupowania prostszy niż w Szanghaju – nie trzeba wybierać stacji docelowej ani linii metra, wystarczy wybrać ilość biletów i włożyć pieniądze. Aha, bilety po wykorzystaniu, przy wyjściu trzeba włożyć do bramki i... już ich nie odzyskujemy :( Szkoda, chciałam jakiś na pamiątkę. Droga była długa, więc dokończyłam śniadanie kupione po drodze. Wzięłyśmy z Ewą po porcji pierożków i klusek na parze (10 sztuk pierożków – 6 Y, klusek tyle samo). Wymieniłyśmy się, żeby każda miała jedno i drugie. Smaczne, chociaż ciasto na pierożki ciut twardawe. Obydwa nadziane mięskiem – jakim – proszę nie pytać:)
widok na jezioro
Pałac Letni otoczony jest parkiem i jeziorem, które zajmuje 2/3 powierzchni parku. Siedziby cesarskie i wszystkie budynki w bardzo ciekawej architekturze. O wiele bardziej polecałabym to miejsce, niż Zakazane Miasto, chociaż tu też dzikie tłumy turystów... Na drugą stronę jeziora można przejść ośmioma wysoko wysklepionymi, łukowatymi białymi mostami. Głównym rezydentem posiadłości nie był jednak cesarz, a wdowa po nim, cesarzowa Cixi. Podobno jej nieumiarkowane wydatki znacznie przyczyniły się do upadku imperium. Spacerując po parku zwiedziłyśmy pawilon Życzliwości, Długowieczności i kilkanaście innych o równie wdzięcznych nazwach:). Kupiłyśmy co prawda bilet "all inclusiv", który zapewniał wstęp do innych atrakcji, ale znalazłyśmy tylko Świątynię Buddy o Tysiącu Ramionach, któremu nie wolno było robić zdjęć, a wszyscy pstrykali ile wlezie pod okiem znudzonej i ziewającej obsługi:), oraz Ogród Harmonii, który ogrodem nie był, a teatrem. Trafiłyśmy na jakieś występy teatralne i taneczne. Ciekawe. Miejsce rzeczywiście urokliwe, spędziłyśmy tam dużo czasu, ale około 16 pojechałyśmy do domu. Pokrzepione wizją naszej "3", czystej i chłodnej, przebierałyśmy nogami coraz szybciej. Zabrałyśmy plecaki z Leo i w King's Joy okazało się, że.... TAKIEGO NUMERU REZERWACJI NIE MA. Dzisiaj wszystko idzie pod górkę... Panienka sprawdziła jeszcze raz i stwierdziła, że owszem jest, ale na 2 sierpnia... Coś nam się musiało pokręcić... Całe szczęście, że była ugodowa, pokój trzyosobowy był wolny, nawet odliczyła zaliczkę wpłaconą na konto:)). Po chwili znalazłyśmy się w upragnionym lokum:).
Przed świątynią Tysiącrękiego Buddy
Czyste, schludne i co najważniejsze, NASZE, tylko i wyłącznie:). Z tej radości zaszalałyśmy – kolacja – kaczka po pekińsku:)). Myślałyśmy, że na stół wjedzie cała kaczka, ale wjechały 2 talerze z kawałkami kaczki, do tego talerz z ogórkami i porem pociętymi w słupki, jakiś sos i cienkie placuszki. Poprosiłyśmy kelnerkę o "instrukcję obsługi" kaczki. Wiec: bierze się placuszek, smaruje sosem, nakłada seler i ogórek, na to kawałki mięsa, zwija i... do buzi:). Chińskie powiedzenie mówi: "Wielki Mur i pieczona kaczka – doświadcz obydwu, a znajdziesz szczęście" – do refleksji:))). W każdym razie, oba warunki spełnione:).