Australia
05.08.2010
O 21.35 lądujemy w Melbourne. Obwąchani przez pięknego labradora-celnika wychodzimy z lotniska. Tutaj następuje połączenie 2 ekip: trzyosobowej lecącej z Warszawy (Bartek, Michał i ja) oraz jednoosobowej lecącej z Nowego Jorku (Marcin). Wypożyczonym samochodem udajemy się do hostelu, który znajduje na przeciwko znanego dworca Flinders Street Station. Po trwającej ponad 48 h podróży na więcej już nie mamy sił tego dnia. Padamy z nóg, a jet lag nie ma nic do powiedzenia.
06.08.2010
Z samego rana, czyli koło południa, gdy wreszcie już jesteśmy wyspani wyruszamy na podbój Melbourne. Zwiedzamy w podgrupach: ja z Marcinem, a Bartek z Michałem. Na początek zwiedzamy katedrę św. Pawła, potem udajemy się brzegiem Yarry aż do doków. Stamtąd korzystając z bezpłatnego tramwaju oraz autobusu dla turystów wybieramy się do Kings Domain. Oglądamy Mauzoleum Poległych, Royal Botanic Garden i Alexandra Gardens. Wieczorem kierujemy się do Southgate Centre, nowoczesnego centrum handlowego tuż nad brzegiem Yarry, skąd rozpościera się piękny widok na Melbourne nocą. Na zakończenie udajemy się jeszcze do Fitzroy Garden żeby przespacerować się Aleją Wiązów. Zapoznajemy tam stadko ślicznych oposów, które podobno nie są tu niczym nadzwyczajnym.
07.08.2010.
Tym razem naprawdę wstajemy o świcie, także już o 7 wychodzimy z hostelu. W niecałe pół godziny docieramy do samochodu, który nocował na dość odległym, ale za to bezpłatnym parkingu. Potem tylko mała przerwa na lotnisku na odebranie zagubionej karimaty Bartka i wyruszamy na Great Ocean Road. Droga wije się po skalistym klifie i raz po raz stajemy żeby zrobić zdjęcia. Na dłużej zatrzymujemy się na molo w Lorne, przy latarni na przylądku Otway i przy skałach: 12 Apostołach. Po drodze spotykamy też gromadkę misiów koala, niemrawo podjadających eukaliptusowe pędy. Potem w zupełnych ciemnościach rozpoczynamy poszukiwania campingu. Ceny są dość wygórowane: 50$ za noc w namiotach i ponad 100$ za przyczepę. Ostatecznie zostajemy w Warrnambool Surfside Holiday Park. Głównie dlatego, że nie mamy już siły szukać dalej.
08.08.2010
Po dość trudnej, zimnej nocy niemrawo zbieramy się z campingu. Jedziemy do Grampians National Park. Pierwszy przystanek to Mt Abrupt Walk. Krótka wycieczka na pobliski wierzchołek zabiera nam 2 godziny. Po drodze podziwiamy miejscową roślinność tak różną od naszej rodzimej. Przedzieramy się przez eukaliptusowy las wypatrując koali. Niestety leniwe misie nie zapuszczają się chyba tak wysoko. Szczyt Mt Abrupt ma nieco powyżej 800 metrów a na wierzchołku nieźle wieje. Za to panorama na cały park jest niesamowita! Mocno wywiani zbiegamy czym prędzej na dół, spotykając po dordze nielicznych turystów. Przy samochodzie robimy krótką przerwę na jedzenie (głównie chleb tostowy i serek w plasterkach – wszystko top budget). Następnie udajemy się do centrum informacji parku w Hals Gap. Tutaj robimy wywiad na temat noclegów. Pomimo naszych nalegań pani, która jest zresztą pierwszą napotkaną przez nas Aborygenką nie chce nas skierować na malowniczo położony biwak Smith Mill. Niestety zaraz zapadnie zmrok a droga jest kręta i niebezpieczna. W zamian proponuje nam darmowy nocleg na biwaku Plantation. Skuszeni głównie ceną wyruszamy czym prędzej. Po 5 minutach opuszczamy asfalt i wjeżdżamy na zwykłą gruntową drogę, po której hasają stadka kangurów. Gdy wreszcie docieramy na oddalony ok. 10 km od miasta biwak za jedynych sąsiadów mamy również kangury. Nasz camping jest po prostu ogrodzoną polanką z toaletą, kranem oraz stołami do jedzenia. A wszystko to w sercu Grampianów. W nocy kangury podchodzą tak blisko naszych namiotów, że słychać jak skubią i przełykają trawę. Zawsze to jakaś rozrywka szczególnie, że temperatura jest ledwie powyżej zera i o sen raczej trudno.
09.08.2010
Śniadanie znów jemy w towarzystwie kangurów. Potem pakujemy się i niechętnie porzucamy ten uroczy zakątek. Krętą drogą przemierzamy Grampians National Park zatrzymując się tylko w punktach widokowych i na MacKenzie Falls. Dalej jedziemy do Adelaidy. Na granicy stanów w pośpiechu zjadamy wszystkie owoce i z żalem wyrzucamy połowę ogórka. Więcej już zjeść nie zdołamy a niestety prawo jest prawem. Żadnych owoców ani warzyw nie wolno przewozić przez granicę stanów! Wieczorem dojeżdżamy do miasteczka Snowtown. Posługując się przewodnikiem Camp 5 Australia znajdujemy tani nocleg. Obok miejscowego pubu w Centenary Park jest zorganizowany postój dla caravanów, a mały trawniczek robi za pole namiotowe. Wszystko jest: elektryczność, ciepła woda, prysznice. Ale klimat już nie ten sam i ogarnia nas żal za naszą kangurzą polankąJ
10.08.2010
Rano zwijamy się byle szybciej z podmokłego trawniczka w Snowtown i ruszamy zgodnie na północ. Mamy już dość wszechobecnych 5 stopni. Chcemy nareszcie w tropiki! Po drodze chcemy jeszcze zahaczyć o Aligator Gorge, ale widząc szare deszczowe chmury rezygnujemy. Czego jak czego ale wilgoci i zimna chwilowo mamy dość! A zatem robimy krótką przerwę na uzupełnienie zapasów jedzenia i wody w Port Augusta. Teraz przed nami już tylko Outback. Pierwszy planowany przystanek to Woomera, w której oglądać można australisjko-brytyjskie zbiory z dziedziny lotów kosmicznych. Męska część ekipy aprobuje, żeńska będąc w mniejszości, dostaje pizzę na otarcie łez. Niestety muzeum okazuje się być zamknięte. Robimy zatem zdjęcia z eksponatami które dostępne są na zewnątrz, po czym korzystając z pitnej wody dostępnej w toalecie miejskiej, przyrządzamy obiad. Przez następne 3 godziny przemierzamy pustkowia z rzadka mijając inne samochody za to dużo częściej strusie emu. Na nocleg docieramy na Bon Bon Rest Area, które jest zwykłym parkingiem wyposażonym w stoliki i toalety. Wody niestety nie ma. W zamian za to jest mały, ciekawski lisek, który z dużym uporem próbuje wywęszyć coś do jedzenia w naszych zapasach. Po szybkiej kolacji gasimy latarki, żeby nacieszyć się w pełni rozgwieżdżonym niebem nad naszymi głowami. To prawda, na półkuli południowej niebo jest nieporównywalnie piękniejsze! Niestety upiornie niska temperatura i wiatr zaganiają nas szybko do namiotów.
11.08.2010
Wstajemy przed 7 rano, na zewnątrz zimno i mokro. Zwijamy się bez śniadania licząc na to, że znajdziemy przy drodze jakieś zadaszone ławeczki. Niecałą godzinę później, już najedzeni, ruszamy do Coober Pedy, podziemnego miasteczka będącego światową stolicą opalu. Na miejscu zwiedzamy dwa podziemne kościoły oraz Faye’s Underground Home, pierwszy podziemny dom w Coober Pedy. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem podziemnego luksusu, od eleganckiego baru poczynając a na krytym basenie kończąc. Później idziemy obejrzeć panoramę miasteczka z punktu widokowego. Teraz już wiemy, że licznie wystające z ziemi kominy są po prostu wentylacją podziemnych mieszkań. Jak powiedziano nam w domu Faye, 80% mieszkańców Coober Pedy mieszka pod ziemią. Na pożegnanie kupujemy wisiorki z opalem i ruszamy w dalszą drogę. Staramy się dotrzeć jak najbliżej Uluru, świętej góry Aborygenów. Zatrzymujemy się więc dopiero późnym wieczorem przy Mt Ebenezer Roadhouse, gdzie można rozbić namioty za 5$ od osoby.
12.08.2010
Tropiku jak nie było tak nie ma. Cóż robić, jedziemy i tak do Uluru z nadzieją, że w samym sercu Outbacku temperatura jednak się podniesie. Po drodze zatrzymujemy się w Curtin Springs, miasteczku składającym się ze stacji benzynowej, campingu i baru. Tu kupujemy z drugiej ręki bilety do Uluru National Park. Wstęp do parku trzeba bowiem wykupić na 3 dni za 25$ od osoby – to sporo ponad nasze możliwości. Jedynym problemem jest fakt, że są one imienne. Wyposażeni w lewe bilety modlimy się więc przy wjeździe żeby się udało i o dziwo wszystko idzie gładko. Jesteśmy w środku za pół ceny! Pokrzepieni sukcesem finansowym wyruszamy na Uluru Base Walk. Jest to piesza trasa wokół monolitu licząca ok. 11 km. Po drodze można podziwiać urozmaiconą rzeźbę skały, święte miejsca Aborygenów oraz ich malowidła. A na dodatek termometr pokazuje już 20 C. Mamy więc same powody do radości! Z wejścia na górę rezygnujemy. Pomimo iż jest wyznaczony szlak na szczyt, Aborygeni proszą żeby uszanować ich świętość. Po wycieczce korzystamy z dostępu wody w Uluru Cultural Centre, żeby ugotować obiad. Potem jedziemy do oddalonych o 50 km skał Kata Tjuta. Niestety brakuje nam już czasu żeby przejść wyznaczone tu szlaki. Podziwiamy więc z parkingu. Nie są wcale mniejsze ani mniej majestatyczne niż Uluru. Za to są zdecydowanie mniej oblegane przez turystów. Następnie grzejąc 120 km/h spieszymy na punkt widokowy na zachód słońca. Na szczęście droga jest prosta i zupełnie pusta. Udaje nam się zdążyć dosłownie w ostatniej chwili! Szybko pstrykamy zdjęcia. W ciągu paru minut słońce chowa się za skały i zaczyna się ściemniać. W tym momencie zewsząd wynurza się turystyczna stonka. Najwyraźniej wszyscy chcieli obejrzeć zachód! Stajemy się świadkami rzeczy niesamowitej w Outbacku: stoimy w korku do wyjazdu z Uluru! Na szczęście natychmiast po przekroczeniu granicy parku wszystkie samochody skręcają do luksusowego Yulara Resort. Przed nami pozostaje pusta droga. Jedziemy z powrotem do Curtin Springs na darmowy camping. Po drodze zaliczamy pierwsze awaryjne hamowanie z powodu dwóch spacerujących kangurów. W ciemnościach rozbijamy namioty, dookoła ludzie palą ogniska, grają na gitarach, śpiewają i można poczuć coś z dawnej atmosfery odkrywców Outbacku.
13.08.2010
Kolejna zimna noc nie robi na nas wrażenia, przywykliśmy. Ktoś przypomina sobie z lekcji geografii, że nocą na pustyni temperatura spada w okolice 0. Zero to może przesada ale tak ze 4... Jedziemy do King’s Canyon w Watarraka National Park. Na miejscu wybieramy się na pieszą wycieczkę wzdłuż krawędzi kanionu, całość ma ok. 10 km. Trasa jest naprawdę piękna, z wieloma punktami widokowymi, słoneczko przypieka;). Nas najbardziej zachwyca miejsce nazwane Gardens of Eden. Wśród skalnych ścian ukryte jest malutkie jeziorko otoczone palmami, wokół panuje niesamowita cisza przerywana tylko śpiewem ptaków... Naprawdę Eden... do czasu nadejścia rozbrykanej australijskiej wycieczki, z krzykliwym przewodnikiem spod znaku “patrzcie na mnie ale ze mnie super gość”. Przy akompaniamencie wrzasków i kwików wskakuje do lodowatej wody po czym już z drugiego brzegu zachęca turystów dziarskimi okrzykami do pójścia w jego ślady. No cóż nasz Eden się skończył. Podążamy więc dalej ścieżką kluczącą wśród piaskowcowych ostańców, robiąc mnóstwo zdjęć. Jest tak pięknie, że ciężko się powstrzymać od fotografowania wszystkiego. Po dojściu na parking robimy przerwę na piknik, a potem żegnamy się z kanionem. Przed nami długa droga, bo chcemy dotrzeć aż w pobliże Alice Springs. Zatrzymujemy się dopiero późnym wieczorem w Stuarts Well Roadhouse. Na szczęście camping na piaszczystym podłożu jest za darmo, za trawę trzeba dopłacić 10$, a za prysznic kolejne 5. Wybieramy klasę ekonomiczną i szalejąc wprost ze szczęścia kładziemy się spać przy wspaniałych 19 C!!!;)
14.08.2010
Przed południem docieramy do Alice Springs i rzucamy się w wir zakupów spożywczych. Po zaspokojeniu pierwszego głodu zahaczamy o miejscowy festyn, polecany w informacji turystycznej. Niestety przypomina on polskie dożynki i nie budzi w nas zachwytu. Porzucamy więc bez żalu świętujący tłum i udajemy się do Simpson’s Gap, malowniczej rozpadliny w górach MacDonella. Potem wyruszamy prosto na północ. Następna przerwa wypada nam pod wieczór przy Devils Marbles. Według wierzeń Aborygenów Diabelskie Kulki są pozostałością po bytności w tej okolicy Świętego Węża. Ze szczytu jednej z kulek podziwiamy zachód słońca. Potem podejmujemy męską decyzję: żeby zaoszczędzić trochę czasu będziemy jechać całą noc. W ten sposób już nazajutrz będziemy na wschodnim wybrzeżu.
15.08
Wbrew pozorom noc w samochodzie mija niemalże bezboleśnie. Poprzedniego wieczora zażyliśmy prysznica na stacji benzynowej, więc z rana jesteśmy w całkiem niezłej formie. Po nocy pozostaje nam tylko smutne wspomnienie cmentarzyska kangurów na szosie. Śniadanie jemy na stacji w Richmond. Reszta dnia mija nam w drodze. Późnym wieczorem docieramy na darmowy The Boulders Camp Area. Jest to małe pole w sercu parku narodowego. Mamy tu toaletę, prysznic (co prawda zimny), wokół palmy, a na dodatek przemiłych sąsiadów z całego świata. Wszyscy się z nami witają, pytają skąd jesteśmy i czy czegoś nam nie trzeba. Usypiamy w sielankowej atmosferze.
16.08.
Rano, za radą naszych sąsiadów Holendrów, wybieramy się do pobliskiego Devil’s Pool. Ze specjalnie przygotowanej ścieżki można tu podziwiać rwącą rzekę wijącą się wśród skał w tropikalnym lesie. Potem jedziemy aż na Cape Tribulation, korzystając po drodze z promu linowego. Po drugiej stronie rzeki można kontynuować jazdę jeszcze przez 38 km, krętą szosą w sercu najstarszego tropikalnego lasu. Dalej jest już tylko gruntowa droga. Bez napędu na 4 koła nie należy się tam zapuszczać. Zatrzymujemy się więc przy końcu asfaltu i idziemy do pobliskiego punktu widokowego. Plaża ze złocistym piaskiem wprost zachęca do kąpieli, ale miny wydłużają nam się przy tablicy informującej o występowaniu w tym rejonie parzących meduz. Następna tabliczka dodaje, że mieszkają tu również krokodyle i odradza zbliżanie się do krawędzi wody. Piękne widoki muszą nam wystarczyć. Po drodze do toalety dostajemy kolejną nauczkę: podczas pozowania do zdjęć o mal nie chwytam ręką olbrzymiego 10 cm pająka. Tropikalny las to nie żarty, jego mieszkańcy są mistrzami kamuflażu! Patyczaka udaje nam się obejrzeć tylko dzięki temu, że podłączamy się pod jakąś australijską wycieczkęJ Na nasze nieszczęście sierociniec dla nietoperzy, Bat House, który planowaliśmy obejrzeć tego dnia jest zamknięty. Na otarcie łez fundujemy sobie dwa spacery po tropikalnym lesie: Dubuji Walk i Jindalba Walk. Obydwie trasy biegną po drewnianych pomostach nad grzęzawiskami. Wśród bujnej roślinności można wypatrzeć kolorowe ptaki, nad głowami krzyczą papugi. Przez gęste korony drzew ledwie dociera światło, więc spacerujemy w półmroku. Na zakończenie dnia zahaczamy jeszcze o Port Douglas, znane głównie z tego że wypoczywał tu prezydent Clinton. No cóż, na brak wyboru nie mógł narzekać, bo luksusowych willi do wynajęcia tu nie brak. Jedyny mankament to że na plaży nadal pełno znaków o krokodylach. O zmorku szukamy campingu i pierwszy raz zdarza nam się, że na upatrzonym przez nas polu nie ma miejsc. Ostatecznie lokujemy się na luksusowym campingu Ellis Beach tuż nad oceanem. Tutaj też co prawda jest komplet ale udaje nam się wynegocjować skromny trawniczek obok kuchni turystycznej w promocyjnej cenie.
17.08.2010
Wyspani i zadowoleni z życia korzystamy z plaży i ciepłego oceanu pozbawionego krokodyli. Są wspaniałe fale, palmy, mało ludzi, czego więcej od życia chcieć? Potem leniwie pakujemy nasz dobytek i koło południa ruszamy w dalszą drogę. Zatrzymujemy się w Cairns, aby zasięgnąć języka w sprawie zwiedzania Wielkiej Rafy. Ceny nurkowania są przytłaczające i musi upłynąć całe popołudnie zanim wreszcie podejmujemy decyzję: płyniemy! Po wielu staraniach udaje się wynegocjować 91$ od osoby za snorkling. Raz się żyje! Wydajemy fortunę zastanawiając się w duchu czy Wielka Rafa będzie tego warta. Żeby obniżyć koszty wracamy na nasz darmowy camping w The Boulders.
18.08.2010.
Wstajemy o 5 rano i w rekordowym tempie zbieramy się do wyjazdu. O 7.45 jesteśmy już w marinie w Cairns i wsiadamy na katamaran o wdzięcznej nazwie Ocean Spirit. Na pokładzie załoga staje na głowie żeby nam dogodzić. Na jeden dzień z przyjemnością zamieniamy się wiec w rozpieszczonych europejskich turystów. Po 2 h rejsu dopływamy do Oyster Reef. Tutaj po raz pierwszy zakładamy płetwy i maski i wskakujemy do lazurowej wody. Widoki są niesamowite i naprawdę nie do opisania. Wszystko to co zawsze ogląda się na filmach przyrodniczych jest tutaj na żywo, na wyciągnięcie ręki! Niestety wyciąganie ręki po cokolwiek na rafie nie jest bezpieczne, jej mieszkańcy bowiem potrafią się skutecznie bronić przed drapieżnikami! Po przerwie na lunch leniwie wyciągamy się na pokładzie i ograniczamy się tylko do trawienia smakołyków. Trzeba przyznać, że po 2 tygodniach jedzenia makaronu z sosem, obiad sprawił nam tyleż przyjemności co sama rafa. W godzinę później zatrzymujemy się na Upolu Reef i kontynuujemy pływanie. Nie żałuję już 8$ wydanych na wypożyczenie pianki. Przez kilka godzin nawet w tak ciepłej wodzie można nieźle zmarznąć! Czas mija bardzo szybko i niebawem trzeba już wracać do domu. O 17 dobijamy z powrotem do brzegu. Korzystamy z ogólnodostępnego prysznica przy basenie miejskim żeby spłukać z siebie słoną wodę. Potem spacerujemy jeszcze po Cairns kupując pamiątki. Koło 19 docieramy do naszego wehikułu i ruszamy na południe w poszukiwaniu campingu. Co do jednego jesteśmy zgodni: opłacało się!
19.08.2010.
Po nocy spędzonej na Bilyana Rest Area, kawałek za Tully jedziemy do Palumy. Jest to mała miejscowość położona w górach w Paluma Range National Park. Pierwszy przystanek robimy przy wodospadzie, drugi już w samej miejscowości. Jest to małe senne miasteczko w samym sercu tropikalnego lasu. Tablice informacyjne zachęcają do spacerów „wśród chmur”, bo mglista pogoda jest tu codziennością, a tajemnicza mgiełka dodaje uroku i spowija wszystko magiczną aurą. Zaczarowani przez ten odludny zakątek wracamy na naszą nadmorską drogę. Zatrzymujemy się jeszcze przed Townsville na Saunders Beach aby wykąpać się w oceanie i zjeść obiad. Woda jest wyjątkowo ciepła, na plaży pustki, zupełne przeciwieństwo Bałtyku. Na noc zatrzymujemy się na Clairview reat Area, przy drodze na Rockhampton.
20.08.2010.
Rano zwijamy się w pośpiechu, musimy być przed 10.30 w okolicach Rockhampton na Koorana Crocodile Farm. O tej porze odbywa się bowiem pokaz karmienia krokodyli. Niestety dojazd w Pascalu jest opisany dość frywolnie. Droga do celu jest określona po prsotu mianem „drogi” bez żadnego numeru. Autor nie przejmuje się widocznie, że pasujących do tego opisu jest co najmniej kilka szos. Po wielu komplikacjach dojeżdżamy do celu tuż przed 11 i jakimś cudem okazuje się, że wycieczka dopiero się rozpoczęła. Bez trudu doganiamy grupę i podziwiamy olbrzymie krokodyle jedzące z ręki naszej przewodniczki. Dowiadujemy się mnóstwa szczegółów z życia krokodyli w Australii, uczymy się rozpoznawać niegroźne krokodyle słonowodne od śmiertelnie niebezpiecznych słodkowodnych. Na koniec każdy dostaje do potrzymania małego krokodylka, który jest niebywale jedwabisty w dotyku i niesamowicie zadziorny jak na takiego malca. Po skończonej wycieczce robimy zakupy i w strugach deszczu jedziemy znów dalej na południe. Na noc zatrzymujemy się tuż za Gympie. Przy stacji benzynowej jest zorganizowany tani camping. Za jedyna 10$ śpimy w luksusowych warunkach korzystając bez ograniczeń z cieplej wodyJ
21.08.2010.
Rano jedziemy do Glass Mouse Mountains, nazwanych tak przez kapitana Cooka. Podobno z wybrzeża góry wyglądały jak zrobione ze szkła. Na miejscu jedziemy napierw do punktu widokowego, aby podziwiać panoramę, potem wybieramy się na krótką lecz urozmaiconą wycieczkę na Mt Ngungun. Szlak wiedzie po skalistym zboczu a z góry rozciąga się piękny widok na okolicę. Później posiliwszy się nowozelandzkim kiwi na parkingu jedziemy na krótkie zwiedzanie Brisbane. Przechadzamy się po turystycznej Queen Street do kasyna, idziemy na South Bank, do ogrodów i pod Parlament. Późnym wieczorem rozbijamy się na Fassifern Memorial Reserve. Jest to wyjątkowo brudna i brzydka rest area kilkadziesiąt kilometrów na południe od Brisbane. Na dodatek znów robimy się dość zimno i chcemy jak najszybciej się stąd zabrać.
22.08.2010.
Z samego rana ruszamy do Coomery pod Brisbane. Tutaj znajduje się Dream World, największy park rozrywki w Australii. Niestety na miejscu okazuje się że 2 największe costery są zamknięte ze względu na renowację. Musimy więc zadowolić się pozostałymi atrakcjami. Między innymi jest tu 120 metrowa wieża, na której można zaliczyć swobodny spadek oraz The Claw czyli wielki młot wirujący nad ziemią z prędkością 75 km/h. Jest także małe zoo, w którym można głaskać i karmić kangury, oglądać koale, latające wiewiórki, psy dingo, diabły tasmańskie i nawet nieśmiałego wombata. O 17 gdy park jest już zamknięty jedziemy do Surfers Paradise, najsłynniejszej miejscowości na Sunshine Coast. Mnie wydaje się nieco przereklamowana: drapacze chmur wzdłuż całej plaży, atmosfera raczej wielkomiejska. Jakoś trudno wyobrazić sobie wypoczynek w takim miejscu. Na noc jedziemy na Bungalow North Rest Area, już w Nowej Południowej Walii.
23.08.2010.
Cały dzień spędzamy w drodze. Zatrzymujemy się na mycie na stacji benzynowej. Śpimy na Ourimbah Rest Area, 100 km przed Sydney.
24.08.2010.
Po uroczej nocy na rest arenie docieramy do Sydney. Najpierw zatrzymujemy się w hotelu Formuła 1 żeby odebrać klucz do pokoju i zostawić samochód na hotelowym parkingu. Jedyna trudność polega na tym, że płacimy za 3 osobowy pokój a jest nas 4. Staramy się więc nie wchodzić w oczy obsłudze. Po udanych manewrach z plecakami oraz tabunem ładowarek które niezwłocznie należało podłączyć wyruszamy na miasto. Do centrum mamy 6 km, które ze względów finansowych, pokonujemy per pedes. Na pierwszy dzień fundujemy sobie główne atrakcje: operę, most, ogrody botaniczne. Dbamy również o doznania gastronomiczne i fundujemy sobie świetną pizzę na wynos, którą pochłaniamy na trawniku przed knajpą. Na koniec udajemy się jeszcze promem do Manley aby podziwiać panoramę Sydney nocą. Późnym wieczorem wracamy do naszego hotelu i z radością oddajemy się zabiegom higieniczno-toaletowym.
25.08.2010.
Nasz drugi dzień w Sydney spędzamy aktywnie. Spacerujemy mostem, wspinamy się na wzgórze do obserwatorium, przechadzamy się po The Rocks, słuchamy koncertu japońskiej szkoły na nabrzeżu. Później zwiedzamy nowoczesną Darling Harbour i fundujemy sobie piwo w tajskiej knajpie. W informacji dowiadujemy się, że górę Kościuszki będziemy musieli sobie odpuścić. Jest tam 118 cm świeżego śniegu i żeby dojechać do szlaku niezbędne są łańcuchy. Z żalem rewidujemy swoje plany. Wieczorem opuszczamy miasto i udajemy się w kierunku Blue Mountains. Na noc zatrzymujemy się na Bulls Camp Reserve. W naszym przewodniku oznaczone jest ono jako dzienna rest arena. Z ciekawością wypatrujemy zakazu campingowania, jednak nic takiego nie znajdujemy. Dopiero przed snem z irytacją odkrywamy na czym polega „dzienność” tej rest areny. Toalety są zamykane na noc żelaznymi kratami, a na nasze potrzeby pozostaje tylko łono natury.
26.08.2010.
Noc na 600 metrach jest już zdecydowanie chłodniejsza. Powraca znienawidzony przez nas chłód i znów śpimy we wszystkich możliwych ubraniach, także po wejściu do śpiwora nie starcza już miejsca żeby się poruszyć. Po szybkim śniadanku jedziemy do Katoomby żeby zasięgnąć języka na temat Blue Mountains. Pogoda nas nie rozpieszcza, gdy wysiadamy na parkingu jest tylko 4 C, mroźny wiatr i na dodatek przez chwilę pada grad. Mimo tego wybieramy się na polecany 10 km szlak. Droga wiedzie z parkingu Sky Sernice przez Furber Steps na dno dolinki, obok Katoomba Fallus aż do Gigant Stairs, schodów wspinających się na zbocza Trzech Sióstr. Stamtąd można wyjść na widokowy mostek między skałami aby dalej powrócić do punktu wyjścia drogą wijącą się wzdłuż krawędzi klifu. Całość zabiera nam około 3 godzin. Zaraz po powrocie na parking pogoda definitywnie się psuje. Teraz leje już bez przerwy i na dodatek znów zrywa się porywisty wiatr. Wedle prognozy zamieszczonej w informacji odczuwalna temperatura to -4 C. Szybciutko uwijamy się z obiadem. Niestety z powodu wiatru jesteśmy zmuszeni gotować w męskiej toalecie. Aromaty i towarzystwo są wątpliwej jakości. Po obiedzie opuszczamy Blue Mountains i jedziemy w kierunku Canberry. Pomimo starań nie udaje nam się znaleźć campingu z prysznicem. Rozbijamy się na rest arenie tuż obok autostrady. Jest głośno, zimno i na dodatek wszędzie pełno kangurzych kup.
27.08.2010.
Kolejna lodowata noc na naszym koncie, a po niej niewiele cieplejszy poranek. Ruszamy zwiedzać Canberrę. Samochód zostawiamy na bezpłatnym parkingu i miasto przemierzamy pieszo. Największe wrażenie robi na nas Australian War Memorial wzniesiony ku pamięci wszystkich Australijczyków poległych w I i II Wojnie Światowej. Dla ludzi pochodzących z kraju tak naznaczonego wojną jak Polska jest to niesamowite doświadczenie spojrzeć na historię z zupełnie innej perspektywy. Ekspozycja prezentuje nie tylko stroje i uzbrojenie wojskowe, ale także rzeczy codziennego użytku, listy, wspomnienia. Wszystko to co rodziny poległych zdecydowały się przekazać muzeum dla uczczenia pamięci swych bliskich. Wystawa jest naprawdę wzruszająca bo daje świadectwo wszystkich ludzkich tragedii i cierpień związanych z wojną. W centrum memoriału, pod bizantyjskim sklepieniem znajduje się zaś grób nieznanego żołnierza symbolizujący wszystkich poległych. To tu co roku odbywają się obchody dnia ANZAC. Po wizycie w memoriale udajemy się spacerem do National Film and Sound Archive. Po drodze przyglądamy się miastu, które będąc sztucznym tworem nie jest zbyt ciekawe. Brak w nim jakiegoś wyraźnego centrum, knajp, a przede wszystkim ludzi. Słowem: stolica rozczarowuje. Kolejne muzeum prezentuje postęp w dziedzinie rejestrowania obrazu i dźwięku, a także najważniejsze filmy australijskie, stroje i rekwizyty używane podczas ich nagrywania. Po zakończonym zwiedzaniu wracamy pieszo do samochodu, przejeżdżamy już tylko obok niezbyt pięknego parlamentu i ruszamy dalej w drogę. Zatrzymujemy się w luksusowym, jak na nasze standardy Yass Caravan Park. Płacimy 28 $ za noc, ale za to nareszcie mamy ciepłą wodęJ
28.08.2010
Ten dzień spędzamy głównie w drodze. Późnym popołudniem docieramy do Beechworth, najstarszego miasteczka wydobywców złota. Uliczki są rodem z filmów o dzikim zachodzie, i jak na dziki zachód przystało, jest również prawdziwy rozbójnik: Ned Kelly. Jego pomnik można obejrzeć tuż obok informacji turystycznej. Jeszcze przed zmierzchem wybieramy się na drogę widokową dookoła Beechworth, skąd podziwiamy panoramę miasteczka. Później kierujemy się na południowy-zachód. Zażywamy kąpieli na stacji BP a na nocleg wybieramy podmokłą rest arenę 50 km od Woodend. Czeka nas jedna z najzimniejszych nocy w Australii.
29.08.2010
Nasz ostatni dzień w krainie kangurów. Koło południa docieramy do ostatniego punktu wycieczki: Hanging Rock. Wjazd na tereny piknikowe kosztuje 10$ od samochodu, ale to żaden wydatek skoro można znaleźć się w tym samym miejscu co bohaterowie „Pikniku pod Wiszącą Skałą”. Na górę prowadzi wyznaczony szlak, z którego można schodzić w dowolnym miejscu, żeby pobłąkać się nieco w skalnym labiryncie i odetchnąć tajemniczą atmosferą tego miejsca. W niektórych miejscach na skalnych ścianach widnieją napisy „Miranda was here” – legenda wciąż jest żywa. Jedyne co niezbyt pasuje do książkowej konwencji to tłumy ludzi ciągnące na górę, wyposażone w dziecinne wózki, chodziki i całą masę innych wymyślnych akcesoriów. Dlatego chętnie zapuszczamy się pomiędzy skalne ostańce, żeby odnaleźć nieco samotności. U podnóża skały zapoznajemy bardzo przyjacielską kangurzą mamę i jej synka-kangurka wiercipiętę, który raz po raz wystawia ciekawski pyszczek albo łapki z jej torby. Korzystamy z dość luksusowych toalet żeby odświeżyć się przed podróżą, przepakowujemy plecaki i w drogę. Obiad jemy już w Melbourne, a wieczorem docieramy na lotnisko. Tu znów 2 ekipy rodzielają się. Nr 1 leci trasą Melbourne-Doha-Istambul-Berlin-Warszawa, numer 2 Melbourne-Kuala Lumpur-Londyn-Łódź-Warszawa. Jeszcze chwila i samolot odrywa się od ziemi a nam łezka kręci się w oku. Było wspaniale! Nie żegnamy się z kangurami na zawsze, bo jedno jest pewne: kiedyś tu wrócimy!