Londyn/Wielka Brytania - 14.03.2010
Już będąc w samolocie można było zetknąć się z elementami kultury brytyjskiej. Samolot obowiązkowo linii British Airways, a do herbaty śmietanka. Co więcej, na opakowaniu było napisane, iż jest to śmietanka do kawy lub herbaty. Banał? Nie, początek trzydniowego obcowania z kulturą brytyjską, a przecież nie ma chyba nic bardziej brytyjskiego niż herbatka ze śmietanką!
Wylądowaliśmy. Lotnisko Gatwick, chociaż jest dopiero drugim najruchliwszym portem lotniczym Londynu, robi spore wrażenie. Już sam terminal północny jest większy od całego warszawskiego „Okęcia”, a na południowy trzeba dostać się kolejką.
Jadąc pociągiem do centrum największego miasta Europy , mijamy angielskie szeregowce. Brytyjczycy naprawdę wolą mieszkać nawet w mało uroczym zewnętrznie domu niż w mieszkaniu. Wyjątkiem od tej reguły może być dzielnica Chelsea czy Knightsbridge, gdzie ceny za luksusowy apartament wynoszą nawet dwadzieścia milionów funtów (około 80 milionów złotych).
Victoria Station. Rozglądam się dość nerwowo wokoło, jednak na dworcu jest w miarę spokojnie, ale gdy tylko wychodzimy na zewnątrz, uderza nas hałas, tłumy ludzi idące dokąd popadnie (na pociąg, metro, autobus, do domu, sklepu, ba! nawet na musical do teatru położnego naprzeciwko dworca), czarne taksówki, czerwone autobusy i budki telefoniczne oraz kolejny dowód „inności” Wysp Brytyjskich: ruch lewostronny. Wtedy do mnie powoli dociera: nareszcie jestem w Londynie! W Londynie!
Nasz hotel również okazuje się iście angielski: wąskie schody, mały pokój i… Hindus prowadzący tę działalność. Brytyjczycy nadal mają sentyment do swojego Imperium i perły w koronie – Indii. Jak widać, Hidusi świetnie się zadomowili na wyspach, na których wciąż pada i jest mglisto. Pada?! Z przykrością muszę stwierdzić, że ja tego nie doświadczyłam. Pierwszy dzień przywitał nas bezchmurnym niebem i słońcem (podobno w tym samym czasie w Polsce padał deszcz…). W ciągu trzech kolejnych dni też nie spadła z nieba ani jedna kropla deszczu.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Pałacu Buckingham. Tak, tak, trafiliśmy na urlop królowej, która co roku wyjeżdża do swojej szkockiej posiadłości w Balmoral i tym samym udostępnia zwiedzającym oficjalną rezydencję. To, co odróżnia ten pałac od innych to świadomość, iż jest to dom żyjącego monarchy, że królowa naprawdę chodzi tymi korytarzami, w tej sali wydaje oficjalny bankiet, a rzesze służących dbają o czystość tych mebli i sal! Co jak co, ale monarchia nadaje Zjednoczonemu Królestwu unikalny klimat. Bo komu chciałoby się codziennie zmieniać ruch na jednej z nielicznych
szerszych ulic (wszystko tutaj raczej małe, jak na ośmiomilionowe miasto) tylko po to, żeby mogła odbyć się zmiana warty? Chyba tylko przywiązanym do tradycji Brytyjczykom.
Najpiękniejszy widok na parlament i słynnego Big Bena, którego nazwa tak naprawdę dotyczy dzwonu znajdującego się na szczycie wieży, a nie samej wieży, to ten z mostu Westminster Bridge lub London Eye. Diabelskie koło zostało wybudowane z okazji nowego tysiąclecia, a w przedsięwzięciu tym wzięły udział między innymi linie lotnicze British Airways. Warto zobaczyć wielokulturową stolicę z wysokości 135 m. W czasie trzydziestominutowej przejażdżki dostrzeżemy nie tylko gmach parlamentu, lecz także Katedrę Św. Pawła, nowoczesne City, Pałac Buckingham, a w dole, fakt, trochę brudną, ale jakże ważną dla Londynu Tamizę.
Jeśli kojarzysz słynne neony na Piccadilly Circus (tak dokładnie, chodzi o niebieskie tło i biały napisa „TDK” oraz czerwony „Sanyo”), to prawdopodobnie będąc na tym znanym skrzyżowaniu rozczarujesz się jego niewielkimi rozmiarami. Nie jest ono większe od poznańskiego Ronda Kaponiera, ale za to wyróżnia się zupełnie innym klimatem. Tutaj też napotkasz tłumy śpieszących się ludzi i nie licz na to, że w metrze, gdzie w godzinach szczytu kolejki odjeżdżają co kilka minut, ktoś zwolni tempo! Ruchome schody: prawa strona – dla stojących, lewa – dla śpieszących się. I nie myśl, że ta pierwsza strona jest bardziej okupowana… Londyńczycy ciągle gnają przed siebie, a ruchome schody są chyba dla nich zbyt powolne.
Chcesz poczuć atmosferę średniowiecza? Tak? W takim razie: Tower of London. Twierdza zbudowana w XI w. służyła jako rezydencja królewska, skarbiec (tę funkcję pełni do dziś) i słynne więzienie. Warto zobaczyć bramę, przez którą przepływali więźniowie, królewskie klejnoty koronacyjne, Beefeaters – strażników Tower i niecodzienną, bo czarną, budkę telefoniczną. Kilka metrów od murów, za którymi najważniejszymi stworzeniami są ogromne kruki (ponieważ jeśli znikną one z tego miejsca, upadnie Królestwo) znajduje się symbol epoki wiktoriańskiej – Tower Bridge. Tutaj naprawdę patrząc na brązowe, żelazne konstrukcje i oglądając film o powzięciu decyzji budowy mostu, można poczuć atmosferę wiktoriańskiego Londynu, czasów Dickensa i przede wszystkim (!) wielkiego Imperium Brytyjskiego.
Zmieniamy otoczenie na zielone Greenwich: dzielnicę małych, prześlicznych domków i południka O˚. Tylko tutaj możesz być równocześnie na dwóch półkulach: zachodniej i wschodniej. Co więcej – być raz na zachodzie, za minutę na wschodzie. Świetne uczucie, prawda? A potem hollywoodzki blichtr w Muzeum Madame Tussaud’s. Tylko nie nastawiaj się na długie oglądanie figur – tłumy ludzi, które naprawdę potrafią doprowadzić do szału, zwłaszcza jeśli ktoś blokuje dostęp do Twojego idola, bo fotografuje się z nim robiąc po dziesięć ujęć, każde z innej strony… i jeszcze raz… i jeszcze raz.
Będą w City w sobotnie popołudnie zobaczysz ogrom Katedry Św. Pawła, lecz nie doświadczysz życia biznesmenów. Budynki biurowców świecą pustkami, chociaż obok pięknych gmachów Królewskich Sądów panuje ruch. Ba, widać nawet idących na przyjęcie Londyńczyków. Zgorszyć się tym widokiem mogłaby prawdziwa elegantka: Brytyjki, owszem, sukienki miały przepiękne, ale już nie pomyślały o tym, że do eleganckich szpilek wypada założyć rajstopy.
Zmęczyły Cię obrazki Londynu, które można zobaczyć gdy tylko wpiszesz w wyszukiwarkę nazwę tego miasta? Zajrzyj na Knightsbridge – ekskluzywną dzielnicę z, jakżeby inaczej, białymi szeregowcami i słynnym Harrodsem. W Mayfair zobacz piękną witrynę „Fortnum & Mason”, dostawcy artykułów spożywczych na królewski dwór czy dawny Pałac St. James’s. Z kolei Kensington Palace to obowiązkowy punkt dla tych, którzy są fanami Księżnej Diany – tutaj bowiem mieszkała po rozwodzie z księciem Karolem. Stąd niedaleko do Royal Albert Hall – opery wybudowanej przez księcia Alberta, męża królowej Wiktorii i dwóch ciekawych muzeów: Techniki i Historii Naturalnej.
Jeśli ktoś mnie pyta: „Dlaczego interesujesz się właśnie Wielką Brytanią?” (Szczęśliwa jestem, kiedy nie pyta „Anglią”) to nie umiem odpowiedzieć od razu i wprost. Może chodzi o te szeregowce i wąskie schody prowadzące z piwnicy na ulicę, którymi Sara, bohaterka „Małej Księżniczki” F.H. Burnett wychodziła na zewnątrz. Śpieszący się ludzie i atmosfera, do której pasuje zwrot „hectic life”. Może te niskie zabudowania i wąskie ulice (które w przewodniku opisano jako główne!). Może wieża z Big Benem (który tak pięknie gra o pełnej godzinie). Hm…, a może wliczyć w to także trochę magii z Hogwartu, do którego można się dostać z dworca King’s Cross? Sprawdź sam, że przejście istnieje, bo na peronie 9 i trzy czwarte widać wjeżdżający w ścianę wózek. Cóż, jedno jest pewne, do Londynu chcę wracać tak często, jak tylko się da. I mam nadzieję, że to miejsce mi się nie znudzi, bo podobno: ”kto znudził się Londynem, znudził się życiem ”.