Widok na szczyt Similaun ze szlaku do schroniska Martin Buch Hutte.
Spokojny poranek w zacisznej wiosce Vent. Obficie zroszona trawa czekała na wynurzające się z za alpejskich wierzchołków słońce. Panujący chłód uporczywie przeszkadzał w przygotowaniach do kolejnego wyjścia w góry. Termiczny kubek ogrzewał dłonie, a znajdująca się w nim herbata gasiła poranne pragnienie. Wschodzący blask obejmował coraz większy obszar doliny niosąc przyjazne ciepło. Alpy Ötztalskie opieszale budziły się z letargu. W pośpiechu kąsałem kruszącą się kanapkę jednocześnie kończąc pakowanie plecaka. Byliśmy gotowi do drogi i na przyjęcie świeżego bagażu emocji. Zamierzaliśmy dotrzeć do miejsca znalezienia prehistorycznego człowieka, którego imię zaczerpnięte od nazwy rejonu brzmiało Ötzi.
W błyskawiczny sposób pojawiliśmy się na żwirowej alejce biegnącej głęboko pomiędzy wzniesienia. Sprawnie maszerując mijaliśmy wzburzone wody potoku Niedertalbach, na brzegu którego tkwiły uformowane z kamieni sylwetki ludzi i zwierząt. Podziwiając zastygłe figury oddaliśmy się wędrówce po malowniczej dolinie Niedertal. Kierując się w stronę schroniska Martin Busch Hütte dreptaliśmy przestronnym szlakiem o numerze 923 nazywanym Via Alpina lub inaczej Ötztaler Jungschützenweg. Górska dróżka porośnięta po bokach pachnącą kosodrzewiną skrywała bogactwo jadalnych grzybów. Na wysokości starej alpejskiej kapliczki wyłonił się z pomiędzy garbatych wzgórz wytworny szczyt Similaun połyskujący bielą lodowca. Doskonale odznaczał się na tle lazurowej przestrzeni. Sukcesywnie nabierając wysokości wędrowaliśmy niekończącą się ścieżynką, która wiodła w poprzek wzniesienia. Typowo Tyrolski krajobraz wywoływał uczucie niebotycznego zachwytu. Wierzchołki mieniły się w ostrym przedpołudniowym świetle. Spieniona rzeka niosąca skroploną masę okolicznych zmarzlin, tworzyła rów pomiędzy zboczami, zagłębiając się coraz dynamiczniej w podstawę góry. Łagodne zbocza stanowiące obrzeże szlaku przeistoczyły się w strome urwisko spływające na dno doliny. Pomimo okazałych widoków wędrówka stawała się coraz bardziej nużąca. Tempo kroku znacząco słabło. Mijali nas zdyszani rowerzyści, którzy uporczywie pedałowali pod górę wciskając ogrom siły niesionej przez napięte łydki w układ napędowy jednośladu. Aczkolwiek największy podziw wzbudziły mijające nas dwa terenowe pojazdy przemieszczające się po drodze, na której z ledwością się mieściły. Wystarczyłby jeden błędny manewr by zsunąć się ze skarpy i podryfować w odległą przepaść. Wyćwiczony kierowca znając każdy centymetr trasy zręcznie prowadził samochód na tak zwany połysk lakieru. Pogoda niewiarygodnie dopisywała. Mocne promienie nieustannie rumieniły nieosłonięte ciało. Twarz Katarzyny stopniowo okrywała czerń opalenizny, jedynie spod przeciwsłonecznych okularów wyłaniała się bladość skóry. Po paru godzinach dotarliśmy do przedsionka turystycznego domu Martin Busch Hütte. Chwila odpoczynku, siedząc na chłodnych schodach schroniska przyglądałem się okolicznym obrazom. W dali na czystym błękicie zarysowywały się dwa strzeliste szczyty Mutmalkamm i Mutmalspitze połączone ze sobą rozlewiskiem lodu. Podstawę masywu charakteryzował specyficzny obryw tworzący uskok brązowej ściany. Po zielonych halach brykały w pełni szczęścia wolno pasące się owce i koziołki. Nieopodal chaty w ogrodzonej ostoi nawoływały się wyglądające z norek świstaki. Górskie gwizdy połączone z meczeniem wełniastych stworzeń nadawały szczególny klimat temu miejscu. Po krótkim odpoczynku, połączonym z konsumpcją, gaszeniem pragnienia i analizą cukrów partnerki oddaliśmy się kolejnemu fragmentowi wyprawy. Brnęliśmy tym razem już wąską ścieżynką udeptaną pośród skalnego gruzowiska. Upajaliśmy oczy kolorystyką zbocza, rozsypane kamienie mieniły się niczym bezcenne klejnoty w strugach słonecznego światła. Zauroczeni porywającymi widokami nie zauważyliśmy, że zbaczamy z wytyczonego szlaku krocząc pod górę po niezbadanej odnóżce. Moment konsternacji, „przecież powinniśmy iść dołem” pomyślałem rozważnie. Tłumiąc chwilowe roztargnienie zeszliśmy po rozrzucanych odłamkach skalnych na biegnącą po dolinie dróżkę. Pokonując kolejne wzniesienia stopniowo nabieraliśmy wysokość. Piargowe pole stawało się coraz obszerniejsze. Kierunek wskazywały licznie usypane kopczyki, wzdłuż których stąpaliśmy wyglądając górskiej chaty. Słońce grzało niemiłosiernie, intensywnie smażąc naskórek, na ramionach odczuwałem bolesną spiekotę. Po lewej stronie spływał odłam lodu, jego lśniąca biel idealnie kontrastowała z błękitem zawieszonym nad górami. Pomimo obfitości mozołu, jaki towarzyszył przeprawie utrzymywaliśmy odpowiednią prędkość marszu. Po chwili przed oczami wyrósł główny jęzor lodowca Niederjochferner toczącego się spod wierzchołka Similaun. Zapierając się kijami wkroczyliśmy na powierzchnię firnowej płyty. Forsowany przez nas odcinek zmarzliny charakteryzował się błotnistym bagnem uwalniającym się z pod tafli ściętej mazi. Zastygły lodowy plaster ciągnął się przed nosem, a wzdłuż niego wiła się wężowa szczelina zagłębiając się w strukturę bryły. Wąska rozpadlina zataczając serpentynowe zakręty biegła ku dolinie, na jej dnie szemrał twórca wyżłobienia, wartki ciek wodny. Na pobliskiej morenie zarysowywał się kształt górskiego domostwa, pospiesznie brnęliśmy w jego stronę. Po lewo, widziany jak na dłoni majestatyczny Similaun okrył się tumanem puszystej bieli ukazując jedynie spadzisty urywek skrystalizowanej podstawy. Spiesząc po twardym nasypie pokonaliśmy wzniesienie stając na progu wymurowanego kamorami schroniska Similaun Hütte, znajdującego się na wysokości 3016 m.
Widok ze schroniska Martin Buch Hutte na wierzchołki Mutmalkamm i Mutmalspitze.
Zarządziliśmy krótki odpoczynek siadając na ławce przed chatą. Po pięciogodzinnej wędrówce nieco zgłodnieliśmy. Standardowa procedura, kanapki, woda, glukometr i słodycze na stół. Zaniżony wynik pomiaru poziomu cukru partnerki pozwolił na delektowanie się słodkimi rogalami z nadzieniem brzoskwiniowym, będące wytworem włoskich piekarzy. W konsumpcji nie był w stanie przeszkodzić nam nawet świszczący na przełęczy wiatr. Kończąc smakowity posiłek wkleiliśmy się w szlak mający początek za zapleczem kamiennego domu. Ostro ruszyliśmy pod górę dryfując pośród poszarpanych skał. Wdrapaliśmy się na grań, po której kroczyliśmy na przód czując na twarzy trzepot skrzydeł górskiej bryzy. Z dali spoglądał na nas ośnieżony Similaun wdzięcząc się swoją monumentalnością. Stąpaliśmy po skalnych wyrwach poszukując miejsca prehistorycznego znaleziska. Błądziłem wzrokiem po graniach, przełęczach i wzniesieniach wypatrując szczególnego miejsca. Przemierzaliśmy zalegające w kamiennych wyżłobieniach płaty brejowatego śniegu. Zadzierałem głowę rzucając wzrokiem po okolicy, jedynie widziałem kolejne zbocza wyrastające naprzeciwko. Na twarzy towarzyszki malowało się znudzenie wywołane przedłużającym się czysto trekkingowym podejściem. W dali wyłaniał się otulony mgłą wierzchołek Fineilspitze sugerując bliskość oczekiwanego celu. Weszliśmy na kolejny żwirowy pagórek podążając całkiem łatwą trasą. Instynktownie wyczuwałem bliskość Ötziego. Łukiem ominęliśmy roztapiający się śnieg uważając by nie wdepnąć w głęboką, pokrytą cienką warstwą lodu kałużę. Wykonując kilka energicznych ruchów weszliśmy na morenowe wzniesienie. Naszym oczom ukazało się stosowne obniżenie górskiego grzbietu, na środku którego tkwił rozpoznawalny z dali pomnik. Żwawo szukaliśmy dogodnego zejścia na przełęcz stąpając po szorstkich głazach. Brnąc po żwirowej, miejscami pokrytej lepkim puchem ścieżynce, w mgnieniu oka stanęliśmy na skraju przełęczy Tisenjoch, gdzie na wysokości 3210 m. wkomponowany jest w alpejski krajobraz monument wystawiony ku czci prehistorycznego człowieka zwanego Ötzi. Upamiętniający niebywałe znalezisko, szykowny obelisk, wzniesiony w rozmaitym widokowo punkcie stanowi ułożony z kamieni piramidowy kopczyk zakończony przypominającym kryształ detalem. W jego centralnej części umiejscowiona jest tablica, która informuje, że dnia 19 września 1991 roku, w miejscu oddalonym o 70 metrów, został odnaleziony pierwotny człowiek, który spoczywał w lodowcu przez 5300 lat. Obserwowałem okolice oddając się chwilowej zadumie. Staliśmy w mistycznym miejscu otoczeni ogromem gór, chmury nisko wisiały na niebie, na przełęczy powiewał lekki wiatr, który szumiąc ocierał się o nasze sylwetki. Głucha cisza wkradała się do uszu, w głąb głowy wślizgiwały się nostalgiczne przemyślenia. Patrzyłem na pomnik w oprawie górskiej scenerii wyobrażając sobie archaiczne wydarzenie, które niegdyś miało tutaj miejsce…
Przełęcz Tisenjoch (3210 m). Miejsce znalezienia Ötziego
Około 3300 lat p.n.e. podczas wiosennego dnia prehistoryczny mężczyzna wraz z towarzyszem podjął wędrówkę na północ w stronę szczytów. Wspólnie przemierzali iglaste lasy porastające regle, gdzie zatrzymali się na posiłek. Obficie zajadali się mięsem koziorożca oraz jagodami, owe składniki zostały odkryte przez badaczy w jelicie grubym Ötziego. Wraz z pokarmem został pochłonięty pyłek świerkowy, który informował naukowców o miejscu konsumpcji. Strudzeni wędrowcy gasząc pragnienie wodą ze strumienia przy okazji zaczerpnęli pyłek chmielograbu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Uczeni dostali wskazówkę określającą okres zgonu odnalezionego osobnika. Po sutej przekąsce podróżnicy kontynuowali przeprawę pokonując kolejne wzniesienia. Na jednej z alpejskich polan przycupnęli do kolejnej wieczerzy, tym razem pałaszowali mięso jelenia, które zostało zlokalizowane podczas badań w jelicie cienkim człowieka lodu. W porze popołudniowej piechurzy dotarli do przełęczy oddzielającej północne Alpy od południowych jednocześnie wkraczając na terytorium obcego plemienia. W tym newralgicznym miejscu zostali zaatakowani przez wrogich osobników, prawdopodobnie strzegących własnego obszaru. Rozgorzała zapalczywa walka, w której początkowo Ötzi utrzymywał przewagę. Strzelając z łuku śmiertelnie ranił jednego z napastników, poczym wyjął strzałę z ofiary i ugodził nią kolejnego przeciwnika. Ten czyn został zdefiniowany poprzez zbadanie kodu DNA z dwóch rodzajów krwi tkwiących na grocie strzały znalezionej przy pradawnym mężczyźnie. Trzeci oprawca błyskawicznie zbliżył się do bohatera podejmując walkę wręcz. Nasz heros osłaniając się przed zadanym nożem ciosem, został skaleczony w prawa dłoń, następnie wyrwał ostrą broń nieprzyjacielowi i wbił mu ją w ciało. Świadczą o tym ślady obcej krwi na nożu odnalezionym przy Hibernatusie. W tej samej chwili inny rywal strzelając z łuku trafił krzemiennym szpicem pod łopatkę walecznego śmiałka. Kompan Ötziego, który również był ranny, wyciągając drzewiec strzały z ciała partnera oparł się o jego ramię pozostawiając krwawy ślad na ramieniu ubioru. Śmiercionośny grot uszkadzając tętnice pozostał w ciele odważnego wędrowca. Ötzi tracił znaczne ilości krwi, ból się nasilał, a lewą stronę ciała obejmował pogłębiający się paraliż. Ostatkiem sił doczłapał się pomiędzy chroniące przed wiatrem skały. Nadal trzymając kamienny nóż w dłoni, czekał na śmierć, która rychło nadeszła. Mijała sucha jesień, pustynne wiatry wiejące z nad Sahary wysuszały jednocześnie mumifikując ciało pradawnego człeka. Nadeszła zima, śnieżny opad stopniowo okrywał ciało zbijając się w grubą warstwę lodu. Upływały tysiąclecia, a prastare zwłoki spoczywały w lodowym sarkofagu. Powłoka zmarzliny utrzymywała się pomiędzy skałami uniemożliwiając spływanie tego fragmentu lodowca. Dzięki czemu znalezisko było tak znakomicie zachowane. Prawdopodobnie jakieś 3000 lat później nastąpiło gwałtowne, ale chwilowe ocieplenie, zmieniając lodowy grobowiec w kałużę roztopowej wody. Na krótko umarlak wynurzył się na światło dzienne, po czym na około 2000 lat lód powtórnie otulił mogiłę. 19 września 1991 roku górski turysta Helmut Simon wraz z żoną Eriką schodząc ze szczytu Fineilspitze zauważył wystający z lodu ludzki korpus. Początkowo myślano, że znaleziono zaginionego turystę lub narciarza. Globtroterzy poinformowali o makabrycznym odkryciu kierownika pobliskiej chaty Markusa Pirpamera, który pospiesznie udał się zobaczyć denata. W schronisku Similaun Hütte w tym czasie przebywali biorący udział w górskiej wyprawie słynni alpiniści Reinhold Messner, Hans Kammerlander i przewodnik alpejski Kurt Fritz. Na wieść o znalezisku ruszyli w miejsce odkrycia. Messner oglądając tułów nieboszczyka, zaabsorbowany licznymi tatuażami stwierdził, że jest to archeologiczny okaz. Co uchroniło przed pochowaniem lodowego osobnika w bezimiennej mogile obok niezidentyfikowanych górskich ofiar. Zainteresowanie władz, archeologów i naukowców było ekspresowe. Wydobyta ze zmarzliny postać została przetransportowana do Instytutu Medycyny Sądowej w Innsbrucku, gdzie przez lata dokonywano szeregu badań. Nawiązując do nazwy rejonu znaleziska, prehistorycznemu wędrowcowi nadano imię Ötzi. Po czasie okazało się, że Hibernatusa odkryto po włoskiej stronie Alp, dokładnie 92 metry i 56 centymetrów od granicy państwa. Władze Austrii oddały archeologiczny cud Włochom transportując go do Bolzano. Masowe badania pozwoliły określić podstawowe dane prastarego człowieka i ustalić przebieg wydarzeń tuż przed jego śmiercią. Ötzi miał 46 lat, był osobnikiem rasy alpejskiej dobrze zbudowanym, mierzącym 159 cm wzrostu. Mieszkał w okolicy dzisiejszego Velturno na północy Włoch. Na co dzień zajmował się połowem zwierzyny, rolnictwem oraz wytopem miedzi, co sugerowało stężenie miedzi i arszeniku we włosach. Pierwotny człowiek nie był okazem zdrowia, bowiem cierpiał na reumatyzm oraz choroby trawienia wywołane przez pasożyty. Leczył się brzozową hubą i akupunkturą, o czym świadczą liczne tatuaże w miejscu nakłuć. Ubrany był w zwierzęce skóry i buty z trawy, posiadał miedzianą siekierkę, kołczan ze strzałami, łuk i kamienny nóż. Jego ciało było idealnie zakonserwowane przez matkę naturę, a znalezisko nabrało rozmiaru archeologicznej sensacji.
Przełęcz Tisenjoch (3210 m). Monument upamiętniający znalezienie Ötziego
Historia związana z odnalezieniem Ötziego okryła się klątwą. Rozpoczął się dramat ludzi powiązanych z archeologicznym odkryciem. W rezultacie przekleństwo zabrało do grobu siedem osób. Pierwszy był doktor Rainer Henn. 25 lipca 1992 roku jadąc wraz z żoną Eriką swoim Audi 100 przez Sankt Stefan en der Gail zmierzając w stronę Nötsch im Gailtal rozbił się o nadjeżdżający pojazd. Doktor zginął, natomiast żona wyszła z opresji. Rainer Henn, jako pracownik Instytutu Medycyny Sądowej kierował zespołem wydobywającym pierwotne zwłoki z lodowca. Na co dzień jego praca polegała na badaniu nagłych śmiertelnych wypadków, więc sam zginął nagle i bez ostrzeżenia. Drugą osobą był Kurt Fritz, który 14 lipca 1993 roku idąc na szczyt Ortles zginął wraz z ambasadorem Japonii przysypany lawiną. To on docierając z alpinistami do znaleziska, jako jedyny spojrzał w oczy człowieka z lodu. Fritz był górskim przewodnikiem, kochał góry, w nich pracował i również zginął. Kolejną, trzecią już postacią powiązaną z dziejami mumii był Rainer Hölzl, dziennikarz nakręcający reportaż z wydobycia wiekowego ciała ze zmarzliny. 01 czerwca 2004 roku zmarł na nowotwór mózgu. Choroba zakotwiczyła się w miejscu gdzie tkwiły obrazy sfilmowanych reportaży między innymi i o Ötzim. Czwartą ofiarą stał się sam znalazca Hibernatusa, niemiecki turysta Helmut Simon. Siwawy wędrowiec zdenerwowany faktem, że zażądano od niego kupno biletu na wystawę jego znaleziska wytoczył proces władzą Południowego Tyrolu, który następnie wygrał otrzymując znaczne zadośćuczynienie. Nie nacieszył się należnością. 15 października 2004 roku zginął podczas wędrówki na szczyt Gamskarkogel, a jego ciało odnaleziono w wąwozie około 200 metrów od miejsca śmierci człowieka lodu. Helmut pasjonował się górami i tam zmarł. Piątą osobą poległą z rąk mumii był profesor Friedrich Tiefenbrunner, pracownik Instytutu Higieny Uniwersytetu w Innsbrucku. Podczas badań na pradawnych zwłokach zajmował się zabezpieczeniem ciała przed grzybami i bakteriami chroniąc postać przed rozkładem. Całe życie pracował w szpitalu i tam też zmarł 07.01.2005 roku, podczas operacji na otwartym sercu. Następnym osobnikiem obejmującym pracami badawczymi pradawną postać był archeolog z Uniwersytetu w Innsbrucku Konrad Spindler. Rozgłosił światu wieść o prehistorycznym znalezisku wydając książkę przedstawiającą historię mumii, na której znacznie się wzbogacił. To mogło rozgniewać Ötziego. 17 kwietnia 2005 roku zmarł na postępująca chorobę ALS zwaną stwardnieniem zanikowym bocznym, charakteryzującą się obumieraniem mięśni. Siódmą postacią ściśle powiązaną ze znaleziskiem był Thomas Loy, specjalista od archeologii molekularnej wywodzący się z australijskiego uniwersytetu w Brisbane. Zbadał DNA krwi pozostałej na narzędziach należących do pradawnego człeka, po czym 10 Października 2005 roku sam zmarł na chorobę ograniczającą krzepliwość krwi. Siedem ofiar, siedem pytań, siedem przypuszczeń. Czyżby spokój lodowego człowieka został zakłócony. Może ofiary klątwy za życia zbyt blisko zbliżyły się do mumii, a może te wszystkie zdarzenia są czystym zbiegiem okoliczności. Kolejną ciekawostką jest data odnalezienia Ötziego, która stanowi ciąg liczb 1991991 czytanych jednakowo z obu stron. Może ten palindrom jest ważnym znakiem?!
Widok z przełęczy Tisenjoch na szczyt Similaun i lodowiec Niederjochferner.
Wyrywając się z głębi przemyśleń pozwoliłem by umysłem zawładnęło oczarowanie niesione widokowym spojrzeniem. Panorama górskiej scenerii nie miała końca. Naprzeciw śmiało prezentowała się włoska część Alp wraz z leżącym u ich podnóża niebieskawym jeziorkiem Lago di Vernago. W lewym narożniku ukazywał swe wdzięki śnieżny Similaun rywalizując atrakcyjnością z przeciwległym Fineilspitze. Wspólnie z partnerką kontemplowaliśmy na temat niezliczonej ilości wydarzeń historycznych, jakie miały przebieg podczas spoczynku Ötziego w lodowym grobowcu. Strzeliste wierzchołki coraz głębiej nurkujące w kłęby szarzyzny wraz z ciemnym sufitem zawieszonym tuż nad głowami nakłaniały do powrotu. Obawiając się znacznego pogorszenia pogody opuściliśmy zjawiskową przełęcz. Kamienny monument znikał w oddali. Mijaliśmy znane już śnieżne połacie i skały pojawiając się w końcu na wietrznej grani. Słusznie wystąpił niepokój przed burzą, strategicznie rzecz biorąc byliśmy jak na tacy podani naturze. Na szlaku napotkaliśmy grupę Włochów zastanawiających się czy iść dalej na Tisenjoch czy zawrócić. Krótka rozmowa wywołała na ich twarzach zdziwienie, bowiem dowiedzieli się, że jeszcze dziś schodzimy do Vent. Przemierzając skalisty garb doszliśmy do Similaun Hütte. Katarzyna dokonała pomiaru poziomu cukierków, odczyt wydał pozwolenie na schrupanie wybornego rogalika. Ze zbocza Similaun mozolnie schodzili ostatni alpiniści uradowani powodzeniem wyprawy. Tuż nad nimi na obszernym, kamienistym wzniesieniu stał w osamotnieniu dorodny koziorożec, obserwujący czy wszyscy wracają do domu. Więc i my wyruszyliśmy ku zejściu. Powtórnie przemierzaliśmy płaszcz lodu wzdłuż krętej rozpadliny. Pędzący przed nami turysta potykając się wyrżnął w błotnistą masę na skraju lodowca. Umorusany w mokrej breji chyba żałował, że nie zabrał ze sobą kijachów. Wędrując żwirowym szlakiem omijaliśmy połyskujące głazy, przeforsowaliśmy rwący potok niosący drobinki piachu z gór oraz minęliśmy schronisko, gdzie wygwizdały nas futrzane świstaki. Szarość nieba pozostała daleko za plecami usilnie trzymana przez górskie grzbiety. Towarzyszący wędrówce krajobraz alpejskich stoków rumienił się w promieniach zachodzącego słońca. Dolina Niedertal układała się do snu w kołyszącej muzyce szemrzącego potoku. Cień nadchodzącego zmierzchu krok po kroku wdzierał się coraz dalej.
Lodowiec Niederjochferner
Poznaliśmy ciekawą historię Ötziego, odnaleźliśmy miejsce jego wiekowego spoczynku, nie pozostało nam nic innego jak osobiście oddać mu hołd, a muzeum w Bolzano na Via Museo stało przed nami otworem…