Olite
Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę, której celem było niewielkie miasteczko Olite. Przewodnik i tym razem nie kłamał mówiąc, że tutejszy zamek, a może raczej pałac... (tego chyba sami Hiszpanie nie wiedzą bowiem nazywają go Castillo-Palacio Olite) przypomina najsłynniejszą budowlę Disneyworldu. Liczne baszty, ostro zakończone metalowymi wieżyczkami
a do tego bezchmurne niebo w najczystszym odcieniu błękitu sprawiały, że rzeczywiście można było poczuć się tam jak w bajce... a ponieważ wszystkie bajki dobrze się kończą, jeszcze tego samego dnia, bez żadnych problemów, dotarliśmy do, słynącej z gonitwy byków Pampeluny (Pamplona), gdzie na dworcu czekała na nas koordynatorka wolontariatu – Balbina. Pojechaliśmy razem na Universidad de Navarra podpisać dokumenty, a pół godziny później przyjechał po nas Manuel – jeden z właścicieli schroniska, w którym mieliśmy pracować. Przywitał nas buziakami („Tres besos! Tres besos!”... bo buziaki koniecznie musiały być trzy, chociaż całowanie się na przywitanie trzy razy to raczej bardziej polski niż hiszpański zwyczaj) i tak zaczęła się nasza przygoda w prowincji Navarra. Manuel, po drodze do Puente la Reina, pokazał nam okoliczne wioski oraz Monte del Perdón (Góra Przebaczenia) – wzgórze, które przekraczają pielgrzymi wędrujący z Pamplony w kierunku Puente la Reina, gdzie kontrast pomnika ku czci Pielgrzymów i nowoczesnych siłowni wiatrowych, wcale nie razi.
Olite
Po tym pełnym wrażeń dniu zasnęliśmy jak zabici, tym bardziej że w perspektywie czekało nas kilka intensywnych, jak nam się przynajmniej wydawało, tygodni.