Barcelońskie chmury
Tuż za hiszpańską granicą, przy supermarkecie Tortuga (Żółw), polacos (cóż za bieg okoliczności, że to akurat nasi rodacy byli pierwszymi osobami w Hiszpanii, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać) zamiast chlebem i solą przywitali nas winem...i winem ze sklepowej degustacji.
Jakieś 2 godziny przed Barceloną – celem naszej podróży, rozpadał się deszcz... „Nie ma to jak słoneczna Hiszpania...” – pomyślałam.
Chwilę później było już sucho, ale w stolicy Katalonii czekał nas dalszy ciąg niemiłych niespodzianek... Dojechaliśmy punktualnie, ale co z tego, skoro pod numerem pani, u której rezerwowaliśmy pokój, telefon milczał jak zaklęty... A właściwie nie milczał, ale mówił do mnie po hiszpańsku coś, czego nie zrozumiałam. W kilku hostelach i pensjonatach, do których mieliśmy numery telefonów, nie było wolnych miejsc... W końcu nic dziwnego... Barcelona. Sierpień. Piątek...
Co więc robić? Przecież nie będziemy sterczeć na dworcu autobusowym... Większość bagażu oddaliśmy do przechowalni i ruszyliśmy w kierunku plaży, po drodze mijając grupy udających się na imprezy ludzi i kilka prostytutek bez skrępowania zrzucających z siebie ubrania na środku ulicy... Po chwili znów zaczęło padać, więc noc spędziliśmy przy wejściu na podziemny parking. Nie powiem aby to właśnie było moim marzeniem po 32 godzinach spędzonych w autokarze...
Nareszcie w ¨domu¨. Pierwsze spotkanie z oryginalną hiszpanską architekturą.
Jak tylko zrobiło się jasno ruszyliśmy się z miejsca, aby rozmienić pieniądze na telefon, ale Barcelona o tej godzinie jeszcze śpi i tego dnia spała tak chyba do dziewiątej.
Po zjedzeniu przez automat kilku monet i nieudanych próbach dodzwonienia się
do naszej ostatniej deski ratunku – Sandry, która obiecała, że dziś będzie mieć wolny pokój,
w końcu się połączyło. Pokój będzie... ale dopiero po 18tej!
Co zatem robić? Znów poszliśmy na plażę, chociaż pogoda nie bardzo dopisywała, bo całe niebo usłane było chmurami... I gdzie to hiszpańskie słońce, które tak wszyscy chwalą? Tu jednak kolejna barcelońska niespodzianka.... po chwili zrobiło się tak gorąco i słonecznie, że jedyne czego żałowałam to brak pod ręką kremu do opalania i kostiumu kąpielowego. Kiedy plaża już nas „zmęczyła” poszliśmy w kierunku Estación Norte odebrać bagaże.
Po drodze udało nam się zahaczyć o Parc de la Ciutadella i Arco de Triumf.
Gdy odebraliśmy już nasze toboły i dotarliśmy właściwym metrem na właściwy przystanek - znów niespodzianka - Rambla de Catalunya pomyliła mi się z La Ramblą i mnóstwo naszej energii poszło na marne... Niepotrzebnych strat energetycznych byłoby mniej gdybym nie była tak święcie przekonana, że idziemy w dobrym kierunku...
Parque de la Ciutadella
O godzinie 19 „już” mieliśmy pokój. Nie u Sandry, ale u niejakiego Stephena... I nie za 12 euro, ale za 23... jednak po kilkudziesięciu godzinach bez łóżka, zgodzilibyśmy się prawie na wszystko.