Puente la Reina, Navarra
Większości ludzi kraj ten kojarzy się ze słońcem, flamenco, ciepłym morzem i przystojnymi ciemnookimi mężczyznami. Ja miałam okazję poznać zupełnie inną Hiszpanię – czasem deszczową, górzystą, czasem spaloną słońcem niczym pustynia. Hiszpanię mówiącą wieloma językami, etnicznie zróżnicowaną, sympatyczną jak jej mieszkańcy, przepełnioną serdecznością i uśmiechem. Hiszpanię pachnącą dojrzałymi winogronami, rwanymi prosto z drzewa migdałami i anyżkowym baskijskim Patcharanem – lekarstwem na wszystkie smutki.
Moja przygoda rozpoczęła się gdy dostałam wiadomość, że ja i mój chłopak zostaliśmy wybrani jako wolontariusze aby pomagać pielgrzymom w ich drodze do hiszpańskiego sanktuarium w Santiago de Compostela.
Celem naszej podróży okazała się miejscowość Puente la Reina. Żadnemu z nas nazwa ta nic nie mówiła, poza tym, że Puente la Reina znaczy po hiszpańsku Most Królowej. Most ten okazał się nie byle jakim mostem, bo mostem, którym pielgrzymi pokonują rzekę Arga już od średniowiecza! Puente leży w prowincji Navarra, którą częściowo zamieszkują Baskowie (po baskijsku nazwa miejscowości brzmi Gares) i liczy niecałe 2500 mieszkańców. Na jedynych zdjęciach, jakie udało nam się znaleźć w bezkresnej otchłani Internetu, Puente la Reina jawiło się jako, położona na zupełnym odludziu, wioska z dwoma czy trzema kościołami, owcami wędrującymi po ulicach otoczona przez bezkresne pola...
18 sierpnia pełni obaw, ale i podekscytowani, o godzinie 15.15 z półgodzinnym opóźnieniem, ruszyliśmy na podbój Hiszpanii.