Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 2

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Wildspitze – Wdzięk zapierający dech w piersiach
Napisane przez: Roberts
Ocena: 0 (Głosów: 0)
Do_gory   W_dol
« Alpejskie powitanie
21.01.2010
0 km

Podniebna sceneria

Medium
Poranny widok na Vorderer Brochkogel ze szlaku na szczyt Wildspitze.

Tirurit, zafurkotały budziki wszystkich turystów śpiących w pokoju. Niezsynchronizowane odmierzacze czasu pikały, dźwięczały i melodyjkowały jeden po drugim. Każdy mozolnym ruchem zbierał się z wytwornego łoża rozpoczynając dzień od zwijania śpiwora. Ciągnąc za sobą dwa pełne plecaki, wymijając porozstawiane szpargały próbowałem wydostać się na zewnątrz izby. Pojawiliśmy się w przedsionku pomiędzy stołówką a wyjściem schroniska. Skrupulatnie upychaliśmy plecaki jednocześnie selekcjonując niepotrzebne rzeczy, które zamierzaliśmy pozostawić w przechowalni. Zerknąłem przez okno, widziałem tylko ciemność. Nic dziwnego była dopiero szósta rano, panował jeszcze mrok. Od razu założyliśmy uprzęże by nie zawracać sobie głowy tymi operacjami na lodowcu. Kolejny łyk herbaty rozprowadził ciepło po zaspanym organizmie. Wszystko gotowe, na głowę wcisnęliśmy czapy a na dłonie wsunęliśmy rękawice, wychodzimy. „O rany! Tutaj nawet nocą jest bosko” głośno wyraziłem własne odczucia. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Alpejskie szczyty kształtowały się w świetle zmierzającego ku zachodowi księżyca. Jasna łuna mieniła ośnieżone wierzchołki zniewalających gór. W tle firmament otulał się purpurą wschodzącego słońca. Znajdujące się przed chatą stoły pokrywała szklista powłoka. Z ust wydobywał się siwy opar przy każdym wypowiedzianym słowie, „brrr, ale zimno”, wyartykułowałem. Wyruszyliśmy na szlak, przed nami dreptało kilkanaście osób, w tyle szykująca się do wyjścia gromada. Drobną alejką maszerowaliśmy wzdłuż wzniesienia, a przed oczami rozciągał się fantastyczny pejzaż. Błyszczący się śnieżny szczyt Vorderer Brochkogel przyjmował pierwsze słoneczne promienie, jego wizerunek idealnie odbijał się w lustrze stawu spoczywającego u progu naszych stóp. „Chyba jestem w niebie” orzekłem zdumiony. Oszałamiający krajobraz skutecznie nakłaniał do odkrywania kolejnych tajemniczych zakamarków rejonu. Wędrowaliśmy dalej, a panorama Alp Ötztalskich budzonych brzaskiem obdarowywała nasze spojrzenia. Wojażowaliśmy po rozlewisku rozsypanych kamorów przypudrowanych miękkim opadem. Pięliśmy się lekko spadzistym stokiem zmierzając w stronę lodowca Mitterkarferner. Coraz głębszy dywan puchu okrywał traperowate obuwie. Odczuwalna temperatura utrzymywała się znacznie poniżej zera. Czułem jak drętwieją koniuszki palców stóp. Przystanąłem na minutkę nakładając podwójną skarpetę. Jakby cieplej, ale nie do końca. Szliśmy w cieniu góry po lodowej zmarzlinie. W takiej scenerii chłód jest nieunikniony. Nieuchronnie zbliżaliśmy się do stromego żlebu całkowicie tkwiącego w bieli. Nastał czas założenia raków i zamiany kijów na ostry czekan. Mocując do buta zębatą podeszwę skierowałem wzrok na przemieszczającą się zorganizowaną ekipę z przewodnikiem. Obserwowałem niepokojącą sytuację. Przewodnik wycofywał się z podejścia, rzuciłem spojrzeniem nieco niżej, gestykulująca kobieta chwiejąc się na nogach wskazywała na zawirowania w głowie. ”Acha, pierwsza ofiara znacznej wysokości” wydumałem ostrzegawczo. Wątła turystka wycofała się powoli człapiąc w kierunku schroniska, z kolei górski opiekun powrócił do dalszego prowadzenia zespołu. Stąpając po powierzchni lodowca Mitterkarferner wkraczaliśmy w nachyloną lejowatą rynnę. Dla bezpieczeństwa związaliśmy się liną ozdobioną w kluczki. Brnęliśmy pod górę tnąc w poprzek śnieżne zagłębienie. Wzdłuż wydeptanej ścieżki trawersującej kuluar wisiała stalowa poręczówka, jednak nie odczuwaliśmy potrzeby z niej korzystania. Stromizna nabierała impetu, robiło się coraz ciekawiej. Prowadziłem ostrożnie krocząc pod górę. Zerknąłem poniżej, wspólniczka górskich przygód wbijając grot dziaby w zimną pokrywę podążała po moich śladach. Pomiędzy nami lina niczym utrzymująca przy życiu pępowina, łącząca nas w jedność. Sterczałem na drugim krańcu sznura doglądając formy kompanki. Pochyłość zmierzała ku finałowi. Rzetelnie wbijałem w zastygłe podłoże ostre zęby raków i czołową część czekana, jednocześnie ciągnąc za sobą życiodajną strunę. Katarzyna mknęła za mną utrzymując odległość, jaką stanowiła długość liny. Czułem, że szybko nabieramy wysokości, momentami oddech robił się nieco płytszy. Ciekawska dziewczyna zadawała masę zbędnych pytań. Starałem się na jednym wydechu odpowiedzieć informując jednocześnie, że rozmowa mnie męczy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przycupnąłem na moment łapiąc jak ryba kilka głębokich wdechów ostrego powietrza. Zerknąłem w dół, prawie cały spadzisty żleb został pokonany. Wykonując kilka skoordynowanych ruchów wynurzyliśmy się na przełęcz Mitterkarjoch jednocześnie wkraczając na rant lodowca Taschachferner.

Medium
Widok z przełęczy Mitterkarjoch na wierzchołki Alp Ötztalskich.

W murowany w podłoże, stałem na wysokości 3470m obserwując okolicę. Byłem zdumiony bajkową scenerią. Po chwili dołączyła do mnie partnerka. Usłyszałem niesione z wiatrem „Woooow!” Widok był porywający, chyba nie byliśmy przygotowani na tak zjawiskowy obraz. Ogromny płat alabastrowej równiny rozwijał się w bezkresną przestrzeń. Na dalszym planie najeżone grzbiety Alp pięły się w granatową toń. W bezpośrednim sąsiedztwie ze spękanej tafli wyrastał wyniosły wierzchołek Hinterer Brochkogel dumnie prezentując swoje walory. Dominowała bezgraniczna cisza wyśmienicie kojąca zmysły. Piękno połączone z bezgłosem stanowiło harmonijne powiązanie. Błogostan wkradał się do głowy wywołując rozluźnienie. Zaproponowałem szybki powrót do kontynuacji wędrówki by nie oddać się absolutnej zadumie. Przemierzaliśmy połać lodowca kierując się na północny-wschód. Spokojnie nabieraliśmy wysokości wślizgując się w śnieżne wzniesienia. Wspólnie tworzyliśmy bardzo zgrany dwuosobowy zespół. Zwracaliśmy uwagę na każde stąpnięcie synchronizując tempo marszu. Im wyżej wchodziliśmy tym rytm wędrówki zwalniał. Odczuwałem coraz dosadniej dopadające zmęczenie. Oddech stawał się krótszy, a prężny chód przyhamowywał. Każdy haust mroźnego powietrza gromadził się w płucach pozostawiając niedosyt. W uszach tętnił puls, wyraźnie słyszałem jak intensywnie przyspiesza bicie serca. Kolejny łyk rozrzedzonego tlenu nieprecyzyjnie zasilał organizm. Co kilkanaście kroków zatrzymywaliśmy się by wyregulować rozszalałe sapanie. W takiej chwili z lekkim zaniepokojeniem zawsze badałem wzrokiem stan towarzyszki, pytając o zawartość cukru. Stale słyszałem pozytywną odpowiedź, pomimo, że glukometr ze względu na niską temperaturę zazwyczaj odmawiał posłuszeństwa. Drepcząc po krupczatym gruncie, grotem czekana penetrowałem warstwy podłoża jednocześnie rozglądając się na boki w poszukiwaniu zdradliwych szczelin. Zauważyłem specyficzne pęknięcia biegnące od podnóża ścian w naszym kierunku, znikając pod masą kremowej breji. Poinformowałem partnerkę, że prawdopodobnie przechodzimy przez zmrożone śnieżne mostki. „Zachowaliśmy wzmożoną czujność”, zasugerowałem. Po przebrnięciu kilku metrów w białym zagłębieniu pojawiła się dziura stanowiąca wgląd we wnętrze rozpadliny. „Chyba tutaj komuś nóżka się omsknęła”, wypowiedziałem ostrzegawczo. Krocząc nad rozstępem czułem wewnętrzny niepokój. Musieliśmy przyspieszyć by zlodowaciałych kładek nie rozpuściło prężnie grzejące słońce, którego ostry blask przedzierał się przez okulary wywołując mrużenie oczu. Upragniony szczyt już był znakomicie widoczny. Stalowy krzyż na piku połyskiwał w świetle żółtawych promieni, które na naszych twarzach pozostawiały znak swojej obfitości. Spieczone usta i wysuszony przełyk domagały się wody. Roztarłem na wargach garść zimnego puchu połykając łapczywie jego okruchy. Brodziliśmy pod górę zoraną powłoką śniegu, czekan momentami bez oporu wpadał całkowicie w maź informując tym samym o niebezpieczeństwie. Przedłużając kolejny, wyznaczony w myślach fragment marszu dotarliśmy do grani pożądanego wierzchołka. Dalszy cykl podejścia przebiegał po skalistym podłożu. Zęby raków specyficznie grzechotały o wystające kamienie. Idąc staraliśmy się trzymać znaczną odległość od nawisów zalegających na zboczu wschodniej ściany. Za tym niezwykle zdradliwym balkonem zmarzliny wisiał ogrom powietrza w kompozycji zjawiskowego widoku. Przemieszczaliśmy się po kanciastym grzbiecie czarującej góry. Skalne formacje stawały się  bardziej wyraziste. Wdrapaliśmy się na wąską półkę, która drastycznie zakręcała zawężając miejsce na buty. Zahaczyłem ostrze czekana o zagłębienie ukształtowane w litym murze, lekko się odchyliłem utrzymując równowagę, następnie przerzucając nogę nad przepaścią za krawędź urwiska, za nogą pomknęła reszta ciała. Podobne działania poczyniła moja górska wspólniczka. Brnąc pomiędzy wystającymi głazami dotarliśmy na drugi, co do wielkości szczyt Austrii.

Medium
Widok ze szczytu Wildspitze na Alpy Ötztalskie

Dostojny Wildspitze zdobiony pokaźnym krzyżem przywitał nas na swoim obliczu. Na wysokości 3768m wspaniałe widoki wraz z ubogim powietrzem zapierały dech w piersiach. Sąsiednie turnie obsypane wiecznym śniegiem wdzięcznie prężyły się prezentując swój powab i krasę. Niepowtarzalne widoki pieściły wzrok bezgranicznie komponując wykwintne danie dla wszystkich zdobywców szczytu. Wskrabaliśmy się po skałach na podstawę krzyża, entuzjastycznie podnosząc czekany ku atramentowemu niebu. Radość i fascynacja zagościły pod twardą kopułą kasku spoczywającego na głowie. Pospiesznie rozejrzałem się na około. Otaczało nas niebywałe alpejskie piękno. Przejrzysta atmosfera prezentowała wyśmienite malowidło. Ośnieżone szczyty kąpały się w kłębiastych bałwanach chmur. Pomiędzy brunatnymi zboczami szacownych Alp spoczywały kredowej barwy lodowce, które cienkimi stróżkami spływały w głąb głęboko wyciętej doliny. We wschodniej części pasma na pierwszym planie zarysowywał się wytworny szpic wierzchołka Talleitspitze gustownie przyciągając spojrzenia swoją gracją. Daleko w dole, na dnie krystalicznego powietrza widniał otoczony brązowymi stokami, turkusowy staw, który z tej perspektywy wielkością przypominał niewielką kałużę. Po przeciwnej stronie szykownego szczytu wisiała panorama górskich grzbietów opatulonych w miękkiej zawiesinie, ich podstawa na dobre ugrzęzła w podłużnym jęzorze lodowca. Majestatyczny pejzaż kłaniających się szpiców wywoływały uczucie oczarowania. Przysiedliśmy na krawędzi chłodnego głazu, upajając się widokami i głuchą ciszą. Czułem, że odlatuję w głąb przemyśleń, oglądałem świat z góry satysfakcjonując się uczuciem wolności i wewnętrznego wyciszenia. W bezkresnej scenerii białe płachty okrywające nagie wzgórza zlewały się z kształtnymi obłokami. Górskie przełęcze pokryte foremnymi czapami zwisały nad przepaścią tworząc zgubny taras. Na powierzchni bezkresu lodowca Taschachferner przesuwały się miniaturowe ludki, snując się po wydeptanej nitce niczym pionki w grze. Czas naglił, obawa przed kruchością firnowych mostków i spadającymi w żlebie kamorami motywowała do powrotu.

Medium
Dolina Mitterkar.

Zarzuciłem na barki plecak rozpoczynając zejście. Szybko pokonaliśmy kamienistą grań. Czcigodny Wildspitze żegnał nas blaskiem oświetlonego krzyża. Śnieżna pokrywa nabierała brejowatej formy. Schodzenie praktycznie było dużo mniej męczące, bystro forsowaliśmy trasę jednocześnie przezornie zważając na ukryte rozpadliny i spadające skalne okruchy. Zawędrowaliśmy ponownie na przełęcz Mitterkarjoch, ostatecznie zerkając na bezmiar rozległej zmarzliny oddaliśmy się zejściu po stromym żlebie. Wzdłuż skał wiodła stalowa poręczówka, w którą błyskawicznie wpięła się zniecierpliwiona dziewczyna i pomknęła ku dołowi. Natomiast ja zwiesiłem linę na utwierdzonej w skale kotwie i rozpocząłem zjazdy pomiędzy rdzawymi ścianami. W mgnieniu oka oboje maszerowaliśmy po obsypanej kamienistą drobnicą dolinie Mitterkar. Śnieg i lód pozostał w tle, zdjęliśmy raki, a czekan zamieniliśmy na kije. Jeszcze raz zadarłem czoło doglądając przebytą drogę, a następnie udaliśmy się w dalszą trasę drepcząc po żwirowatym szlaku połyskującym w smugach dziennego światła. Nie odstępując na krok towarzyszyła nam przestronna panorama Alp Ötztalskich. Przed czubkiem nosa wyrastały kolejno Hinterer Spiegelkogel, Firmisanschneide, Schalfkogel, Hinterer Diemkogel, Mittlerer Diemkogel, Vorderer Diemkogel i urodziwy Talleitspitze. Wyborne i wyniosłe grono dominując zerkało z wysoka na nasze wątłe postacie. Natomiast ja spoglądałem na dzielnie maszerującą Katarzynę, rozpierała mnie duma, jednak nie było to uczucie własnej godności, a wrażenie, że wędruję z kimś ważnym, ponieważ moja partnerka po raz kolejny pokonała niedomagania własnego organizmu jednocześnie udowadniając, że wytrwałość prowadzi do celu bez względu na okoliczności. Dobrnęliśmy do turkusowego rozlewiska, które minęliśmy w ciszy wtapiając się w bezpośrednie otoczenie "Schroniska Wrocławskiego".

Medium
Widok na Alpy Ötztalskie i turkusowe jeziorko.

Po dniu pełnym wrażeń wypoczywaliśmy na drewnianej ławce na zewnątrz budynku rozkoszując się szumem górskiego wiatru. Palnik żwawo doprowadzał kolejną wodę do wrzenia. Pałaszowaliśmy smaczne liofy wymieniając się opiniami na temat walorów smakowych. Na dnie żołądka zagościła rozkosz. Nagle podszedł do nas zaciekawiony dziadziuś, poprawiając rozwianą siwiznę, grzecznie przywitał się w ojczystym języku. Przesympatyczny szarmancki pan, jak się okazało w wieku 77 lat przyjechał powspominać swoje wędrówki z czasów młodości. Z entuzjazmem na ustach opowiadał jak wyglądały jego wyjścia w góry, opisując używany niegdyś prowizoryczny sprzęt i trudności związane z wyjechaniem z kraju w urodziwe Alpy. Najbardziej wzbudziła moje zainteresowanie gawęda o wyglądzie tutejszej okolicy przeszło 30 lat temu. Treściwie opisywał wygląd lodowców, formacji skalnych i górskich zabudowań. Ze zdumieniem wsłuchiwaliśmy się w ciekawą opowieść staruszka, poczym kończąc rozmowę wzajemnie życzyliśmy sobie zdrowia i powodzenia. Serdeczny alpinista udał się oddać hołd wspomnieniom na skraj firnowej płyty. Kiedy składaliśmy plecaki do drogi już był z powrotem, nie zatrzymując się ostro kroczył w stronę doliny Venter Tal. Charakterystyczny mężczyzna z potarganą przez wiatr fryzurą, w przykrótkich spodenkach, ze zdjętą koszulą w dłoni przebierając długimi nogami znikał w górzystym terenie. Pod ekscytowani powodzeniem wyprawy ruszyliśmy w ślad za sędziwą postacią. 


dodajdo


Galeria zdjęć
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb Thumb Thumb
Ostatnio dodane komentarze
Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Wykonanie portalu: GaldoMedia.

Tubyliśmy.pl on Facebook