Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 2

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Wildspitze – Wdzięk zapierający dech w piersiach
Napisane przez: Roberts
Ocena: 0 (Głosów: 0)
Do_gory   W_dol
21.01.2010
0 km

Alpejskie powitanie

Medium
Miasteczko Vent u podnóża Alp Ötztalskich.

Przedzierając się przez malownicze góry, przełęcze i serpentyny w końcu dotarliśmy do Vent. Malutkiej austriackiej wioski leżącej u podnóża Alp Ötztalskich. Zatrzymaliśmy się na parkingu przypominającym górskie pastwisko, umiejscowionym na brzegu osady. Na wstępie uregulowałem rachunek z małym chłopcem pilnującym terenu. Na jego głowie widniała mocno osadzona czapeczka z wirującym wiatraczkiem, który schładzał czoło. Niewątpliwie dość nietypowe nakrycie głowy znacznie wzbudziło moje zainteresowanie. Wydaje mi się, że hamowałem wybuch śmiechu. Pierwszy rzut oka na okolicę. Skraj malutkiej mieścinki ozdabiał skromny kościół lśniący bielą, tuż za nim wyłoniło się kilka pensjonatów i hoteli o charakterystycznym dla tego rejonu alpejskim zadaszeniu. W tle pomiędzy zielonymi pagórkami wynurzał się wytworny szczyt Talleitspitze z lekko ośnieżoną kopułą. Złapałem solidny haust świeżego powietrza wyczuwając nutkę ukojenia. Na wiatr rzuciłem jednoznaczną opinię „jak tu pięknie”, poczym zająłem się pakowaniem plecaka. Ogólnie panujący spokój nakłaniał do beztroskiego lenistwa na powierzchni soczystej łąki, jednak upatrzony cel solidnie motywował do wędrówki. Rzetelnie wypchaliśmy plecaki zabierając wiele rzeczy na tak zwane „zaś”. Do jednej z kieszeni w pierwszej kolejności schowałem zastrzyk z glukozą mając nadzieję, że nie będę musiał go używać. Patrzyłem na swój worek z pewną dozą podłamania, większość alpinistycznych gadżetów znajdowała się właśnie w nim. Lina, raki, czekany, śpiwory, gary, namiot oraz mnóstwo innych ciekawostek. Na samą myśl o targaniu turystycznego worka czoło uroniło kropelkę potu. Zarzuciłem na barki ciężkiego grzmota lekko zachwiawszy się na nogach i po chwili ruszyliśmy w stronę szlaku.

Medium
Widok na szczyt Talleitspitze ze szlaku do schroniska Breslauer Hütte.

Drogą numer 919 jak żółw ociężale ciągnęliśmy pod górę. Misją naszej wyprawy było zdobycie wytwornego wierzchołka Wildspitze, natomiast tego dnia naszym zadaniem było dojście do schroniska Breslauer Hütte. Zdecydowaliśmy się na pokonanie tego odcinka wędrówki na własnych nogach unikając korzystania z kolejki linowej, która snuła się nad jedną trzecią naszej trasy. Wszelkie działania tego rodzaju miały służyć prawidłowej aklimatyzacji. Poniesiony na starcie wysiłek miał w następstwie zaowocować dobrym samopoczuciem przekładającym się po części na powodzenie eskapady. Maszerowaliśmy wijącą się ścieżynką, trawersując porośnięte gęstymi źdźbłami trawy zbocze. Ciche i spokojne Vent stawało się coraz mniejsze, widziane jak na dłoni stanowiło skupisko około dwudziestu zabudowań. Zniewalający krajobraz częstował urzekającym widokiem gór. Dolinę Venter Tal żmijowatym ślizgiem przecinał szemrzący potok, do którego zsuwały się z okolicznych stoków wartkie strumienie wody. W dali w kołtunach niebiańskiego puchu wyrastały wykwintne wierzchołki Alp Ötztalskich osadzone w śnieżnych lodowcach. Sceneria zapierała dech w piersiach. Na pierwszym planie w zmącone niebo wzbijał się Schalfkogel i Hinterer Diemkogel, a w jego sąsiedztwie tkwiły Mittlerer Diemkogel oraz Vorderer Diemkogel. Wędrując rozszerzającą się dróżką pośród unoszącego się zapachu suszonej roślinności mijaliśmy rdzawe zapory lawinowe. Prułem do przodu starając się utrzymać dobre tempo marszu. Partnerka pozostając lekko w tyle, brnęła przed siebie starając się dotrzymać kroku. Na moment przycupnąłem na pokrytym zieleniną upłazie. W mgnieniu oka przybyła towarzyszka, siadając obok zmierzyła poziom cukru we krwi i szybciutko przetrąciła jakiś łakoć. Nie zdejmując plecaka podziwiałem górski pejzaż. Przed oczami widniała szumiąca dolina, a z niej wyłaniał się brunatny, o stożkowatym kształcie wierzchołek Talleitspitze zdobiony białą posypką. Urokliwy szczyt piramidowym zarysem podkreślał swą majestatyczność. Magnetyczna góra oczarowywała nas swoim wdziękiem, jednak my już mieliśmy obrany wytrawny cel.  Po wypiciu kilku kropel chłodnej wody wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pokonując kolejne wzniesienia zbliżyliśmy się do górnej stacji kolejki krzesełkowej, jedną trzecią trasy mieliśmy za sobą. Na tym etapie wąska ścieżka nabierała szerokości zmieniając się w szutrową alejkę. Samotna pielgrzymka przeistoczyła się w spacer pośród licznie drepczących turystów. Ciężki plecak usilnie ugniatał nabrzmiałe barki, nie dając chwili wytchnienia. Kije trekkingowe intensywnie brodziły w twardym piaskowym podłożu stabilizując każdy krok. Nieopodal w porannym słońcu wygrzewały się mechate krowy, od czasu do czasu grzechocząc alpejskim dzwonem uwieszonym przy szyi. Sympatyczny widok futrzanych uszu, bujnej czuprynki pomiędzy rogami i połyskującego mokrego nosa rozczulał bezkonkurencyjnie. Rozleniwione Milki pozostawiliśmy w spokoju krocząc zygzakowatą drogą biegnącą po pagórkowatych zboczach. Okoliczne hale stopniowo ustępowały kamienistemu otoczeniu. Słońce prażyło nieustępliwie znacznie utrudniając wędrówkę. Na błękitnym niebie baraszkowało kilka małych puszystych obłoczków. Od czasu do czasu zadzierałem głowę spoglądając na rozległą panoramę magicznych wzniesień. Olśniewające obrazy wydatnie dodawały sił. Doszliśmy do bystrego strumyku Rafenbach przecinającego z rozmachem spadzisty stok. W dali trójkątny skrawek lodowca Rotenkarferner spływając z gór prężnie zasilał wartki potok. Drobne skały zmoczone rwącą wodą mieniły się w ostrym świetle. Przekroczyliśmy płyciznę wdzierając się w kolejną pochyłość terenu. Wydeptana dróżka wiodła gruzowiskiem skalnych odłamków coraz wyraźniej pnąc się na zbocza. Przygniatane pokaźnym ciężarem nogi z uporem stąpały po spadzistym gruncie. Kulturalni turyści widząc pakunek umieszczony na moich plecach uprzejmie ustępowali miejsca bym swobodnie mógł ich wymijać. Po chwili w oddali pojawił się upragniony domek z czerwono białymi okiennicami. Uradowana Katarzyna widząc kres podejścia przyspieszyła krok. Nasze nogi dziarsko drepcząc pod górę szybko pokonały ostatni pagórek, zaprowadzając na próg schroniska Breslauer Hütte tkwiącego na wysokości 2844m. Pospiesznie zrzuciłem z pulsujących ramion zapakowany po brzegi plecak oznajmiając, że na wyjście szczytowe połowę klamotów zostawiamy w przechowalni. Początkowo mieliśmy zamiar spać w namiocie, jednak popołudniu w górach zrobiło się ponuro, w powietrzu pojawiły się jednostkowe gwiazdki śniegu. Niechęć do zwijania ośnieżonego namiotu po ciemku i zachęcające wolne miejsca w schronisku zaważyły na odbyciu noclegu we "Wrocławskiej Chacie". Rozmowa z obsługą górskiego domu dostarczyła informacji o rewelacyjnej pogodzie w ciągu najbliższych dni. Nie ukrywaliśmy oznak radości.

Medium
Panorama Alp Ötztalskich widziana ze szlaku do schroniska Breslauer Hütte.

Pochmurne niebo okryła szata ciemności. Zamigotały świetlistym blaskiem okna schroniska. Nasze posłanie znajdowało się na górnej kondygnacji legowiska w bezpośredniej bliskości sufitu. Po sam czubek nosa wsunąłem się w miękki i ciepły śpiwór. Wyciągając nogi rozluźniłem napięte łydki, „o jak bosko” pomyślałem próbując usnąć. Jak zwykle usypianie w górskiej chacie sprawiało mi trudność. Przez wieloosobowy pokój przedarły się pielgrzymki turystów. Światło jak na dyskotece zapalało się i gasło rytmicznie. W końcu wszyscy zajęli swoje prycze, zapadła głucha cisza. Po chwili do pomieszczenia wdarły się znane odgłosy schroniska. Zatrzeszczały schody, na zewnątrz zadął wiatr wciskając się w szczeliny ścian. Zamknięte oczy potęgowały brzmienie. Słyszałem delikatnie spływającą wodę. Może to kanalizacja, a może za oknem padał deszcz, przypuszczalnie śnieg. Za moment dźwięki zamilkły, nadeszło podekscytowanie jutrzejszym wyjściem. Wyobrażenia górskiej scenerii, przebiegu trasy oraz wyolbrzymionych trudności targały umysł. Wiedziałem, że to, co dzieje się w głowie nie ma najmniejszego sensu, ale nie miałem na to wpływu. Nadal próbowałem zasnąć. Duchota męczyła oskrzela, na szczęście ktoś uchylił okno, świeże powietrze wdarło się w nozdrza. Pora na sen, wtuliłem głowę w zwinięty rulon koca. Co poniektórzy zaczęli chrapać. Monotonne rzężenie echem odbijało się o ściany. Mocno zaciskałem powieki usiłując odlecieć w sen. Przebudziła się lekko zaniepokojona partnerka. Usłyszałem pikanie glukometru, i już wiedziałem, o co chodzi. Po chwili pomieszczenie otoczył pogłos szeleszczącego opakowania czekolady. „Kasiu troszkę ciszej” pouczałem szeptem w trosce o śpiących górołazów. „Mam to gdzieś cukry mi spadły” oznajmiła roztrzęsiona kompanka. Po szybkiej regulacji organizmu dziewczyna powoli uspokajając się zasnęła ze smakiem, a ja nadal błądziłem wzrokiem po drewnianym suficie. „Może zacząć liczyć barany, albo sęki w deskach”, wydumałem znudzony. Podekscytowanie cichło, znużenie dotarło na krawędź powiek i nagle zniknąłem w otchłani niezbadanej krainy…


dodajdo


Galeria zdjęć
Thumb Thumb Thumb Thumb
Thumb
Ostatnio dodane komentarze
Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Wykonanie portalu: GaldoMedia.

Tubyliśmy.pl on Facebook