Wszystko wydawało się wyjątkowo interesujące, imponowały mi rzeczy i ludzie, wobec których przeszłabym obojętnie będąc w swoim rodzinnym mieście. Zwyczajne życie, toczące się z wielkim impetem, w ogromnym tempie, w miejskim zaduchu. Mnie wydawało się warte przemyślenia. Ale taka jest już specyfika podróży – zachwyca nas magia nieznanych zakątków, przez mieszkańców zupełnie niedostrzeganych. Mój pobyt w Londynie to splot prymitywnych sytuacji, nieistotnych zdarzeń, drobnostek, które jednak utkwiły w mojej pamięci, będąc przecież kawałkiem mojego życia.
Przyjechałam na kilka tygodni, do kuzynki. Co miała na celu ta podróż? Nie do końca było to jasne. Przede wszystkim chciałam wykorzystać dane mi dobrodziejstwo, że moja siostra cioteczna pracuje i mieszka na stałe w Londynie. Odwiedziłam ją, zatem pod pretekstem podjęcia pracy sezonowej, nauki języka, zwiedzania i z wielu innych powodów.
Co robiłam podczas pobytu? Mówiąc kolokwialnie, zostałam puszczona w samopas i zasmakowałam samodzielności. Troska o bezpieczeństwo finansowe, posiłki, pranie i szukanie zajęcia stała się nagle częścią moich obowiązków. Agnieszka nie miała czasu, ponieważ praca była podstawowym celem jej pobytu i zajmowała jej większą część dnia. Jak później uda mi się zaobserwować, emigranci, którzy przyjechali na dwa, trzy lata – a może na dłużej czy nawet na stałe, pracują znacznie powyżej tzw. normy. Nie prowadzą w zasadzie życia towarzyskiego, skupiają się zasadniczo na tym, aby nie dospać, ale zarobić, nie dojeść, ale zaoszczędzić. Być może to trochę złudne wrażenie, opinia, która w mojej głowie uformowała się na podstawie niewielkiej liczby przypadków. Jednak spora część z pośród tych osób, które miałam okazję poznać, traktowała mieszkanie w Londynie jako czas, który należy przeczekać, jako wstęp do lepszego życia potem, kiedyś, gdzieś indziej. Ja natomiast nie czekałam, to była moja wakacyjna przygoda. Chciałam zachłysnąć się wielkomiejskim życiem, wykorzystać to, co miasto oferowało. Katalog był oczywiście bogaty.
Centrum. Jest jak lekcja historii i sztuki zarazem. Jest ucieleśnieniem przepychu i biedy. Stylu i kiczu. Wykwintnych restauracji i ulicznych bazarów. Dyskotek, kasyn. I wielu hektarów parków. Kwiatów. Wąskich uliczek i ruchliwych skrzyżowań. Wielkich postaci i tych mało znaczących. Milionerów i bezdomnych kobiet z dziećmi. Teatrów, muzeów, urzędów i instytucji finansowych. Wszystkiego po trochę. Centrum Londynu jest naprawdę czymś pięknym, niebywałym. Wszędzie ślady słynnych, wyjątkowych ludzi.
Dominuje ciasna zabudowa w stylu kilkunastowiecznym. Kamienice są wyjątkowo piękne, wszystkie z jasnego kamienia, prezentujące style kilku epok. Nie ma miejsca na drapacze chmur, na budowle ze stali i szkła. Nowoczesność wdarła się jedynie częściowo. Wielkie biurowce przesunięto na przedmieścia, do dzielnicy Canary Wharf, gdzie mieści się wielki świat biznesu.
Zwiedzanie można rozpocząć z każdego punktu. W każdą stronę- wzdłuż Tamizy, na północ, na wschód, autobusem i pieszo. Ja wybierałam samotne wędrówki. Niektórych miejsc szukałam, na inne trafiłam przypadkiem. Na pewno warto wybrać się do dzielnicy City of Westminster, gdzie swoją siedzibę mają wszystkie najważniejsze instytucje rządowo-polityczne. Tam też zamieszkuje rodzina królewska. Rezydencja brytyjskich monarchów jest ogromna, otoczona z trzech stron pokaźnym murem. Podziwiać ją można od fasady, co ma tę wadę, że trudno tak naprawdę dojrzeć cokolwiek. Ulice, czy może aleje prowadzące do Pałacu Buckingham, są wyłożone czerwoną nawierzchnią, co stanowi o magii tego miejsca.
Wszystkie te najważniejsze budowle skupione są w jednym miejscu. Nad Tamizą znajdują się budynki parlamentu. I wieża zegarowa, Big Ben. Stanie pod tym 90-metrowym kolosem wywołało we mnie euforię (inną sprawą jest fakt, że odbywając samotną wędrówkę nie mogłam się tym zachwytem z nikim podzielić). Zobaczenie w prawdziwym wydaniu tego, co znane nam tylko z obrazka, z bajek czy ze szkolnych podręczników zawsze będzie czymś fantastycznym, zapierającym dech w piersiach.
Nie prowadziłam szalonego życia nocnego, które z natury rzeczy jest w Londynie równie intensywne, co za dnia. Nie omieszkałam jednak odwiedzić pubów angielskich, które zaskoczyły mnie swoim wdziękiem, przytulnością, ciepłem i nastrojem.
Pewnego dnia wybrałam się na karnawał Notting Hill. Notting Hill to jedna z dzielnic Londynu osadzonych w centrum miasta, przeznaczona na mieszkania dla najbogatszych. Rozsławiona ze względu na film o tym samym tytule. Coroczny karnawał to wielkie wydarzenie dla osób pochodzenia karaibskiego, dla mnie udział w nim był niepowtarzalną szansą, by zobaczyć występy uliczne tego kalibru. Cała dzielnica została w tych dniach wyłączona z ruchu pojazdowego. Wzdłuż głównych ulic, po obydwu stronach, rozciągały się wielokilometrowe sznury ludzi oczekujących na przejeżdżające platformy z muzyką, jak się potem okaże bajecznie udekorowanych, głośnych, porywających do tańca, wywołujących niesamowity entuzjazm ( „Zwłaszcza u tych uczestników, dla których pokazy były wyrazem etniczności” – pomyślałam spoglądając na kilkunastoletnią dziewczynkę o egzotycznej urodzie). Ja stanęłam nieśmiało w trzecim rzędzie nie próbując nawet walczyć o dostęp do lepszego miejsca (takiego jak pierwszy rząd, podwyższenie, czy dach przystanku).
Londyn to ocean ludzi, w którym można się zatopić, poczuć się niewidzialnym, nieistotnym. Szczególnie widoczne staje się to na głównych ulicach handlowych. Podążając za modą na kupowanie stosów niepotrzebnych ubrań i nieatrakcyjnych pamiątek, które wkrótce osiądą kurzem, niejednokrotnie odwiedzałam główną arterię Oxford Street mieszczącą kilkaset sklepów, w których każdy znajdzie coś dla siebie – spodnie można kupić za kilkaset albo kilka funtów.
Mnóstwo ludzi jest właściwie wszędzie. Londyn to oczywiście ogromne miasto, ciągnące się kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż i wszerz. Liczba jego mieszkańców jest stosownie wysoka do jego rozmiarów. Z tego powodu każdy metr jego powierzchni jest dokładnie zagospodarowany. Nie ma miejsca na tzw. nieużytki, które odnajdziemy w niewielkich miejscowościach.
Często mówi się, że odskocznią od zgiełku, a może równowagą, czy też pewnego rodzaju rekompensatą są wpisane w pejzaż miasta imponujących rozmiarów parki- niezwykle zadbane, eleganckie, kwieciste, dopieszczone w każdym calu. Dla Londyńczyków to idealne miejsce, by urządzić dzieciom niedzielny piknik, dla mnie były to ścieżki moich wędrówek.
Londyn to tysiąc różnych światów, mnie na myśl nasuwa się podział na dwa podstawowe. Centrum i przedmieścia. Oczywiście wiadomo, że pierwszy to coś bogatszego, lepszego, nie dla wszystkich. Drugi to przede wszystkim wielkie skupisko imigrantów ze wszystkich stron świata. Pierwszy niejako podziwiałam, drugi nieco poznałam, choć może to zbyt odważne stwierdzenie. Na kilka tygodni stałam się tylko lokatorką północnej dzielnicy Tottenham, gdzie również podjęłam pracę.
W okolicach tych zauważyłam następujące skupiska: Turków, którzy trzymają się razem i prowadzą wspólne sklepy. Pakistańczyków i Indusów odczuwających bliskość kulturową i podśmiewających się z konfliktu między ich dwoma państwami. Mają wspólne interesy, są wyjątkowo skłonni do wzajemnej pomocy i obrony siebie nawzajem. Oczywiście trudno powiedzieć, którzy z nich przebywali na terenie Wielkiej Brytanii legalnie. Z pewnością byli pracownikami nieoficjalnej strefy, zatem wspomniana naturalna chęć udzielania sobie wsparcia może okazać się dość istotnym czynnikiem w niektórych sytuacjach życiowych, jak poważnej choroby.
Wyjątkowo skłonni do konfliktów są natomiast, kiedy przychodzi im zetknąć się z przedstawicielami rasy czarnej (stanowiących osobną grupę zamieszkującą przedmieścia), co przejawia się, np. w tak banalnych sytuacjach, jakimi są sprzedaż frytek i udek kurczaka. Trzymają się w wyodrębnionych grupach. Kontakty z innymi ograniczają do minimum, tj. tylko do momentu, kiedy im jest to potrzebne w pracy. Natomiast kontakty towarzyskie są wolne od tego rodzaju interakcji. Ich znajomość języka angielskiego podlega podobnym kryteriom – operują słownictwem z zakresu, który jest niezbędny (np. nazw narzędzi czy jedzenia) do wypełniania roli pracownika. Wydaje mi się, że jest to skutkiem przede wszystkim szeroko zakrojonej izolacji, która w pewnym stopniu dotknęła także mnie. Zanim jeszcze przyjechałam do Londynu żywiłam wielkie nadzieje na wielką poprawę moich językowych umiejętności. Nie jest to takie proste, kiedy przebywa się głównie w towarzystwie obcokrajowców, którzy tak jak ja uczyli się dopiero tego języka.
Czy wyobcowanie to jest w jakiś sposób uzasadnione? Jest przymusem czy może wyborem własnym? W pewnym sensie ta wspólnota dawała jakieś poczucie bezpieczeństwa, przychodziła naturalnie, była jakimś antidotum na zachowanie swojej tożsamości. W moim przypadku to był akurat przypadek. Nie wiem jak wyglądałoby moje życie, gdybym trafiła tam na stałe. Ale zastanawiałam się nad losem tych ludzi, jakie życie wiodą ich dzieci, czy to oderwanie będzie kontynuować.
Tak wyglądają ulice na przedmieściach: w nieskończoność ciągnące się domy szeregowe, przedzielone jedynie skrzyżowaniami. Przeplecione barami szybkiej obsługi, restauracjami, gdzie zasmakować można rodzimych specjałów szefów kuchni. Warzywniakami, biurami agencji nieruchomości czy też sklepami z tzw. wszystkim. I te minimalne trawniki. Zawsze zastanawiało mnie, po co przy domkach wydzielono ogródki, gdzie trudno było wcisnąć pół stopy. Otrzymałam klarowne wyjaśnienie od starszego pana, że jest to rodzaj komfortu psychicznego dla mieszkańców, którzy dzięki tym kilku metrom kwadratowym mają własną przestrzeń. Przy czym nie miał żadnego znaczenia fakt, że są one wyłożone kafelkami i zawalone nieużywanymi sprzętami, mimo, że aż kusi, aby zasadzić tam kwiaty i zadawalać zmysły ich wonią i kolorem otwierając okno.
Moja ”pierwsza wielka praca” to przede wszystkim duże rozczarowanie, lekcja ostrożności, lek na nadmierny optymizm. Nie chcę tu odpierać zarzutów, jakoby powodem niezadowolenia były jej kiepska płatność i wykończające warunki. Rzeczywiście, były dalekie od moich początkowych oczekiwań. Aczkolwiek niechlubnie w mojej pamięci solidniej zapadły nieprzewidywalne zachowania klientów, ich nieprzychylność wobec moich błędów czy względem oferty sklepu, a także przekreślanie mojej możliwości ich obsługi za to, że legitymuję się innym pochodzeniem i wyróżniam się akcentem. Oczywiście, gdzieś po drodze, przewinęło się wiele miłych, otwartych, skłonnych do zwierzeń ludzi.
Wielość kultur daje o sobie znać w przedziwnych sytuacjach. Niekiedy prowadzi do nieuprzejmości, uprzedzeń, nienawiści. Z drugiej strony wymaga od każdego, by znalazł w sobie odrobinę dystansu, zaakceptował to, co wczoraj było mu obce, a czemu dzisiaj musi stawić czoła. Wielość ta daje przyzwolenie, zatem, na ogrom stylów, orientacji, poglądów. Zdziwienie na widok transseksualisty, ludzi w piżamach czy w kożuchu w środku lata, modlącego się w metrze, z grzebieniem we włosach, z majtkami na wierzchu, czarnego, żółtego, z niebieskimi włosami jest wysoce niewskazane. Czasem uderzała łatwość nawiązywania kontaktów przez tych ludzi, podchodzenia do obcego na ulicy i opowiadania o swoich problemach i artykułowania swoich potrzeb. I duża doza nieskromnej pewności, że zostaną wysłuchani, że pomoc uzyskają. Takim rozumowaniem kieruje się narkomanka błagając o pieniądze, jak podkreśla, nie na jedzenie, lecz na zaspokojenie skutków swojego uzależnienia. Nie inaczej jest w przypadku osób proszących o pomoc w załatwieniu wizy, zapraszających na kawę, do kasyna, czy zachęcających do przyłączenia do niewielkiej wspólnoty religijnej. Nie byłam władna tych próśb spełnić.