Belgrad - ładniejsza część.
Jesteśmy w Belgradzie, leje jak z cebra, nie mamy miejscówki do spania, ponieważ kamping zaznaczony na naszej mapie i uwzględniony w przewodniku okazuje się być fatamorganą. Niestety finanse nie pozwalają nam na nocleg w Hostelu i postanawiamy że to koniec naszej podróży. Spacerujemy kilka godzin po Belgradzie czekając na najbliższy pociąg do Budapesztu.
W Budapeszcie jesteśmy w środku nocy gdzie cudem trafiamy na odjeżdżający pociąg do Bratysławy! Udaje nam się w ostatniej chwili znaleźć odpowiedni peron. Z Bratysławy z kilkoma przesiadkami wracamy do Ziliny a tu zaraz pojawia się możliwość powrotu do Polski. Wsiadamy w pociąg jadący do granicy, do Zwardonia. Dalej będziemy jakoś kombinować.
Tempo naszych przesiadek nie sprzyjało myśleniu o kwestiach podstawowych. I tak, znaleźliśmy się w Polsce, w małej wsi przygranicznej, na mikrostacji kolejowej bez złotówki polskiej gotówki (za to z oszczędnościami w albańskich Lekach). No tak za 30 minut mamy pociąg do Katowic, byłoby dobrze jakoś wrócić do Wrocławia... Oczywiście marzenia o bankomacie bądź terminalu na stacji bądź w jakimkolwiek sklepie są wielką fantazją... Na szczęście negocjujemy z konduktorem możliwość zapłacenia w najbliższym dużym mieście z bankomatem, tj. w Katowicach :) Wszystko aż do Wrocławia załątwiamy na urwanie głowy ale udało nam się szczęśliwie powrócić.
Belgrad po wojnie...
48 godzinny powrót, za nami.