No nie tak do końca. Bowiem zbliżał się zamaszysty zachód słońca, który nasz przewodnik zamierzał nam przedstawić w nieprzewidywalnie treściwej scenerii. Prowokowaliśmy kusząco słodkie słońce ze wzgórza Wyszehrad, które było kwintesencją naszej wyprawy. Wyborną kwintesencją, ośmielę się stwierdzić... Nieomylnie.
Wyszehrad to wzgórze na terenie dzisiejszej Pragi, położone na prawym brzegu Wełtawy. To idealny przykład barokowego założenia obronnego. Z Wyszehradem wiąże się także równie interesująca historia Pragi, legendy, opowiastki... Jest to również miejsce nieśmiertelnych pamiątek, które można odwiedzić przy okazji "wycieczkowej krzątaniny", przede wszystkim: Bazylika pw. Świętych Piotra i Pawła, cmentarz obok oraz Rotunda św. Marcina. Jednak my - sezonowi nieudacznicy - woleliśmy podziwiać nieziemski zachód słońca miękko odbijający się na Wełtawie.
Wyszehrad - w skrócie - wysoki gród, praska twierdza, żywa pamiątka Pragi, część historycznej kroniki miasta, nieśmiertelna legenda. Centrum dzikości, śmierć turystom, spokój duszom, panoramiczne uniesienie...
Czas nie dał się oszukać. I czym prędzej musieliśmy zmykać z Wyszehradu. Nie dał się oszukać również nasz kierowca, który naprawiwszy autobus (a raczej odstawiwszy go do niebudzącego zaufania mechanika), zjadłszy ruskie pierogi, wypaliwszy paczkę papierosów, wyśpiwszy się i wychrapawszy, zagroził, że odjedzie bez nas. Mógł jechać. Chętnie wróciłabym na Malą Stranę czy też Most Karola. Mógł jechać. Doprawdy serdeczny z niego człowieczek... A tak wziąwszy go pod lupę, jest typem człowieka, który wybierając spośród dwóch "wartości": teściowa albo życie, wybierze teściową. Metaforyczny skrót myślowy... Mimo wszystko, pozdrowienia dla pana kierowcy, który zafundował nam fizyczne bezpieczeństwo, dostarczając nas do Polski, i psychiczny dyskomfort, puszczając na okrągło zawstydzającą płytę z nagraniem pewnej anonimowej grupy disco polo.