Krypta Kapucynów w Rzymie
Oprócz całkowicie „normalnych” zabytków, na swoich turystycznych ścieżkach możemy napotkać również zabytki nietypowe, możnaby nawet rzec – kontrowersyjne – ot, takie, po których zwiedzeniu nie będziemy do końca pewni, czy rzeczywiście mieliśmy na to ochotę. Wśród osób staroświeckich takie reakcje może wywołać pewien rodzaj nowoczesnej architektury i sztuki – ja miałam natomiast „szczęście” natknąć się na zabytki dla osób o szczególnie mocnych nerwach. Były to kaplice, których główną atrakcją były kości. Kości te albo wypełniały budowlę dość szczelnie, albo traktowano je jako budulec typowo ozdobny i układano z nich rozmaite kształty wykorzystując dekoracyjny charakter poszczególnych części ludzkiego szkieletu – na przykład wykorzystywano podobieństwo kości miednicy do motyla.
Kościół Santa Maria della Concezione w Rzymie, przy którym mieści się krypta
Na świecie jest kilka takich miejsc, na przykład Kaplica czaszek w Czermnej, Ossuarium w Kutnej Horze oraz Krypta Kapucynów pod kościołem Santa Maria della Concezione w Rzymie. O wszystkie trzy, nie do końca z własnej woli, miałam okazję się otrzeć. Pierwsze, kaplicę w Czermnej (dziś dzielnica Kudowy Zdroju), miałam okazję zobaczyć już w wieku lat trzynastu, w trakcie wycieczki szkolnej. Na drugie trafiłam w Rzymie, w sierpniu, gdzie byliśmy z mężem przejazdem i który właściwie nie bardzo zamierzaliśmy zwiedzać, ale mieliśmy mnóstwo czasu, więc po obejrzeniu kolejki do kaplicy sykstyńskiej postanowiliśmy poszukać miejsca, które byłoby jednak mniej ludne. Wysiedliśmy z metra na pierwszej stacji, której nazwa się nam podobała i wiedzeni jakimś dziwnym instynktem zaszliśmy na ocienioną dużymi drzewami aleję, przy której stał jakiś kościół z jakąś kryptą, którą można było zwiedzić. Cena była symboliczna, więc weszłam. Szybko okazało się, że krypta nie jest wcale „jakaś”, tylko bardzo konkretna, bo oprócz tego, że była miejscem pochówku, kości służyły tam również do budowania dekoracji, nawet takich o charakterze prawie architektonicznym, na przykład nisz na całe szkielety. Ostatnia sala była poświęcona chłopcom zmarłym w dzieciństwie i stały tam małe szkieleciki pośród tej całej trupiej dekoracji. Wyszłam stamtąd przepełniona ambiwalencją od stóp do głów, bo jednak dużo więcej potrzeba, żeby mnie przestraszyć, z drugiej jednak strony uważam, że są jakieś granice tego, co z ludzkimi zwłokami się robić powinno, a czego nie, i nie jestem pewna, czy nie zostały tam one przypadkiem przekroczone.
Widok Kutnej Hory
Pół roku później los rzucił mnie do Kutnej Hory – tamtejszej kaplicy cmentarnej, również z kośćmi, nie zwiedziłam – trochę było nie po drodze, trochę brakowało czasu, a trochę chęci. Nie sposób jednak nie zastanowić się nad sensem istnienia takich zabytków. Funkcjonują one bowiem jak gdyby nigdy nic, w świecie, w którym rzesza ludzi protestuje przeciwko farmom zwłok, na których naukowcy badają, jak warunki wpływają na rozkład ciała. Z terenu mojego własnego zawodu wiem, że gdyby coś podobnego, nawet o wiele głębszego, zrobił artysta, skończyłby w sądzie na procesie, nawet, gdyby ciała zostały mu zapisane w testamencie przez właścicieli. Tymczasem czaszkę jakiegoś biedaka zmarłego na dżumę w siedemnastym wieku oglądają rzesze turystów, jako atrakcję i nikt się temu specjalnie nie dziwi.