Podobno wszystkie grzyby są jadalne – ale niektóre tylko raz. Owo powiedzenie doskonale podsumowuje naszą jednodniową wycieczkę do Chełmna. Pojechaliśmy tam z dwóch powodów: po pierwsze – dla przyjemności, po drugie – bo zaprosiłam niedawno trochę znajomych spoza Polski i chciałam się upewnić, co w okolicy Torunia warto im pokazać. Chełmno wydawało mi się miejscem doskonałym – posiada ono przecież pięć gotyckich kościołów, piękny renesansowy ratusz, oraz doskonale zachowane mury miejskie. Jest miastem niedużym, więc nie powinno zmęczyć, a szeroko zakrojona akcja promocyjna zdawała się świadczyć o tym, że w mieście dzieje się dobrze i jest ono doskonale przygotowane na przyjęcie wszelkiego rodzaju odwiedzających.
Po pobycie w Chełmnie ciśnie się jednak na usta jedno słowo: przereklamowany. Jest pięć gotyckich kościołów – jednak dostępny do zwiedzania jest tylko jeden. Dwa kolejne są swobodnie dostępne z zewnątrz, jeszcze jeden można zobaczyć przez kratę, a dach ostatniego można zobaczyć z daleka. Chociaż chełmińskie kościoły są naprawdę piękne, są zaniedbane. Błyszczące tabliczki na spękanych murach głoszą o wydanych na te mury unijnych funduszach, których, gdyby nie te tabliczki właśnie, nie byłoby tam w ogóle widać.
Kompletnie niezrozumiała była dla mnie postawa pań pracujących w ratuszowym muzeum, które jest jednocześnie informacją turystyczną. Cztery (!) siedzące tam osoby, które, nawiasem mówiąc, ledwie się mieściły w ciasnym pomieszczeniu, tak, że prawie nie było tam miejsca na jakichkolwiek klientów, obwieściły nam, co następuje: u nich, w muzeum, wejścia na wieżę NIE MA, jest, owszem, w kościele farnym, ale tylko w sezonie, a teraz NA PEWNO nas nie wpuszczą, bo są tam prowadzone prace. (Na miejscu okazało się, że prace są, ale w innym rejonie kościoła, a nie na wieży, a problemem był brak pracownika, a w niedzielę, kiedy pracownik jest, wejść można.) U nich można wejść na attykę, ale tylko w Noc Muzeów. Na pytanie, czy moglibyśmy teraz, wyjątkowo, wejść na attykę, usłyszeliśmy krótkie NIE, i żadnych dalszych wyjaśnień. Żadna nie zadzwoniła nawet do jakiegoś kierownika, żeby go zapytać o zgodę, żadna nie zaproponowała nam wzamian zwiedzenia muzeum, w którym w końcu pracowały, ani żadnej innej chełmińskiej atrakcji. Nie zostaliśmy nawet zachęceni do kupna folderu reklamującego miasto. Jedyne, co te pracownice były w stanie nam zaoferować, to lakoniczne odpowiedzi na zadawane im pytania, okraszone nieprzyjemnymi minami i ironicznymi uśmieszkami. Prawdziwej informacji turystycznej udzieliły nam natomiast przypadkowe osoby: pan w kościele, sympatyczna pani wynosząca śmieci i zakonnica.
Chełmno jest biedne i tę biedę widać na każdym kroku, szczególnie na ulicach. Najpiękniejsze było niebo – intensywnie niebieskie, z białymi, półprzezroczystymi chmurami przypominającymi popękany lód na rzece. Na tle tego nieba pięknie prezentowały się wieże kolejnych kościołów. Im niżej jednak, tym było gorzej - ulice nieporządne, zaśmiecone byle jakimi reklamami, wszędzie jeżdżące samochody, wrażenie brudu i bałaganu. Na rynku, przed ratuszem, był wprawdzie wydzielony spory pusty i czysty placyk, jednak już za ratuszem stały stragany, bynajmniej nie malownicze, na których można było się zaopatrzyć głównie w odzież, w tym w gigantyczne majtki i staniki.
O ile można w pełni zrozumieć biedę i pewien prowincjonalizm - który, nawiasem mówiąc, dobrze wykorzystany wnosiłby w miasto sporo uroku – o tyle nie można zrozumieć takiej polityki miasta, które przyciąga turystów rozwiniętą i pełną życzeniowego myślenia reklamą, a nie potrafi ich we właściwy sposób przyjąć i obsłużyć.
Nie mówię, że Chełmno nie ma potencjału – oczywiście, że ma. Ma wspaniałą architekturę, fantastyczne położenie, a dzięki małemu rozmiarowi starówki jest odpowiednie dla osób w każdym wieku. Nie ma jednak atmosfery, która sprawia, że odwiedzający czuje się w mieście czymś więcej niż tylko złem koniecznym, kłopotliwym petentem.
Pytanie tylko, czy miasto da sobie szansę – na żadnej z oficjalnych stron internetowych Chełmna nie ma księgi gości, ani nawet możliwości komentowania czegokolwiek – więc miasto nie daje sobie nawet możliwości dowiedzenia się, co można by poprawić, zmienić, polepszyć. Nie wiem, czy jest to tylko przeoczenie, brak zainteresowania ty, czy ludzie rzeczywiście czują się w mieście dobrze, czy też brak odporności na ewentualną krytykę.
I nie wiem, czy w zaistniałej sytuacji nie byłoby warto jednak spuścić trochę z tonu przy promocji – nie ma chyba nic gorszego, niż sprawić, by turysta poczuł się przez miasto wykorzystany. Taki, owszem, przyjedzie, zwiedzi, trochę pieniędzy zostawi – ale tyko raz.