Singapur.
po brudnym Bangkoku z walającymi się wszędzie smieciami, karaluchami, szczurami i milionem kotów przyszedł czas na sterylnie czysty, bogaty i wyniosły Singapur, który zrobił na nas piorunujące wrażenie. To zupełnie inna bajka niż to co widzieliśmy jeszcze chwile wcześniej.
Miasto pełne wieżowców, bogactwa i techniki na miarę kolejnego wieku. Niesamowicie dobrze rozwinięta sieć metra każdemu pozwala łatwo dotrzeć niemal wzędzie. Co nas bardzo zaciekawiło, to, że nie ma tam korków. Nie wiedzieć jakim cudem rozwiązano tam ten problem ale na światłach stoi się tylko chwilę. Pomimo tego, że miasto pełne jest drapaczy chmur, to wszedzie mnóstwo jest pieknej tropikalnej roslinności. a Storczyki rosnące wszędzie aż oszałamiają (u nas cięzko je utrzymać dbając o nie bardziej niż o samego siebie, a tam rosną "byle gdzie")
Po pierwszym Singapur City Tour pakujemy sie do karuzeli widokowej "Singapore Flyer" - 165 m wysokości (jeżeli ktoś był w tym Londyńskim kole - to, to jest 30 m wyższe), przy dobrej widoczności z góry widać Indonezję i Malezję, o panoramie miasta nie wspominam - Cudowna. Udało nam się trafić na ładną pogodę i wszystko było widać jak na dłoni. Miasto, port i promy w niezliczonej ilości. kosztuje coprawda 30 dolarów singpurskich - ale naprawde warto.
Kolejny punkt to Sentoza - sztuczna wyspa z plażami, hotelami, podwodnym światem, największym w południowo-wschodniej Azji tropikalnym oceanarium. Niesamowite wrażenie sprawia przejazd ruchomym chodnikiem w 100-metrowym, akrylowym tunelu, przechodzącym pod dwoma ogromnymi akwariami. W pierwszym znajdują się rafy koralowe z typową dla nich florą i fauną. W drugim są ryby drapieżne, między innymi rekiny. Na wyspie można zobaczyć też delfiny i inne atrakcjei zorganizowane typowo pod turystę. Dla turystów z wyższje półki są tu pola golfowe, a dla tych z ciągiem do kultury nawet muzea, dla aktywnych ściezki rowerowe i spacerowe. Dostaliśmy się tam kolejką linową, co samo w sobie było nie lada atrakcją, znów można było podziwiać z góry piękno tego miasta. Piekno i ogrom, przepych i bogactwo.
W porze lunchu na ulicach zaobserwowaiśmy ciekawe zjawisko. Z biurowców wyszło mnóstwo pracujacych tam ludzi. I wszystko ok, tylko że wszyscy ubrani w garnitury, białe koszule, kostiumy....Jak w szkole na akademii z okazji 11 listopada :) Troszkę nas to oszołomiło, u nas aż tak nie jest :) Ale widocznie u nich cały ład i porządek sięga też dress kodu.
Obowiązkowy punkt zwiedzania Singapuru to Orchard Road z pięknymi centrami handlowymi tylko najznakomitszych marek :) Zakupy kompletnie nie dla nas :)
Za to Little India - jako najstarsza dzielnica Singapuru, okazała się typowo hinduskim kawałkiem tego miasta, zupełnie innym niż typowy tygrys Azji.
W Singapurze należy pamiętać, że za wiele rzeczy, które ciężko jest nam sobie wyobrazić można dostać słony mandat. Nawet za jedzenie Duriana (ma nie fajny zapach - ciekawe kiedy do tego zacnego grona dołączy ser pleśniowy?) Za jedzenie i picie w metrze mandat bagatela 500 $ sinagpurskich, za palenie 1000$. Przewożenie płynów łatwowalnych - 5000$... ciekawe czy zmywacz do paznokci też się na taki mandat kwalifikuje :)