To, że pogoda w listopadzie jest raczej trudna do przewidzenia nie jest najważniejsze. Do Poznania w listopadzie nie przyjeżdża się, żeby się opalać, tylko po to, żeby uczcić imieniny Świętego Marcina, bo to jest świetna zabawa zarówno dla imprezowiczów, jak i żądnych wiedzy miłośników historii, sztuki. Nie mówiąc o smakoszach.
Bardzo dawne dzieje
W dawnych czasach (no, umówmy się – bardzo dawnych: IV wiek) panowało przekonanie, że chrześcijanie nie powinni pełnić służby wojskowej, aby nie przelewać krwi. Słusznie. Ale co, gdy człowiek – chłopak urodził się w rodzinie rzymskiego legionisty? Ojciec wyznaczył już pewną karierę syna, zanim ten nauczył się chodzić. Kiedy Marcin był dzieckiem jego ojciec przeniósł się wraz z całym garnizonem z węgierskiej Panonii do Włoch – do Pavii. Tutaj poznał chrześcijan i postanowił pobierać ich nauki. Ze względu na sprzeciw rodziców nie mógł jednak przyjąć chrztu. No, i chcąc - nie chcąc, musiał zostać rzymskim legionistą – taki los syna rzymskiego legionisty.
Jako, mniej więcej, dwudziestodwuletni młodzieniec Marcin przeżył w Galii, w mieście Amiens coś, co nie pozwoliło mu na kontynuowanie kariery wojaka. W sumie niewinny gest: młody mężczyzna oddaje połowę swojego płaszcza półnagiemu żebrakowi. Nic wielkiego dla kogoś, kto od dziecka trzymał z chrześcijanami . We śnie następnej nocy ukazał się Marcinowi Chrystus odziany w jego płaszcz (właściwie tą połowę, którą dostał żebrak), przemówił do aniołów: „Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen przyodział”. Czy po czymś takim młody legionista mógł prowadzić życie wojenne? Szkopuł w tym, że nie chciano go z wojska zwolnić. Sama prośba była poważnym narażaniem się cesarzowi Konstantynowi. Pozwolono jednak Marcinowi na to, by w bitwie przeciw germańskim Allemanom wyszedł do pierwszego szeregu jedynie ze znakiem krzyża – bez broni. W dniu bitwy wróg poprosił o pokój. Wielu, zwłaszcza chrześcijan, uznało to za znak Boży. Marcin uzyskał zwolnienie ze służby wojskowej. Odtąd wiódł żywot ascety w pustelni w Ligugé. Sława życia i cudów Marcina rozniosła się po tamtejszej okolicy. Mimo tej sławy, a także funkcji biskupa, którą sprawował na prośbę wiernych, żył nader skromnie. Niewinni, niesłusznie oskarżani zawsze znajdywali u niego miłosierdzie, aż po dzień jego śmierci – w 387 roku. Pochowano go 11 listopada. Ten dzień w połowie VII wieku wyznaczono na obchody ku czci Świętego Marcina. Biskup cieszył się ogromną popularnością w całej niemal Europie, także w Polsce. Na przykład, w Poznaniu…
Ulica Święty Marcin w Poznaniu
Ulica Święty Marcin w Poznaniu, niegdyś mała przykościelna dróżka, jest obecnie jedną z głównych arterii miasta. Na początku XX wieku u jej wylotu, skąd znikły dawne fortyfikacje, zbudowano zamek cesarski (dziś: Centrum Kultury Zamek) i inne budowle reprezentacyjne. Tak powstała Dzielnica Zamkowa. Tutaj Święty Marcin obchodzi imieniny. Co roku 11 listopada można wziąć udział w imprezie. To wielka uliczna zabawa, w której biorą udział nie tylko poznaniacy, ale też przyjezdni, przybywający tu specjalnie na tę okazję.
Kulminacyjnym punktem festynu jest korowód uliczny. Prowadzi go od kościoła pw. św. Marcina sam Patron. Można zobaczyć go przemierzającego konno ulicę Święty Marcin w stroju rzymskiego legionisty. Na placu zamkowym prezydent Poznania przekazuje mu klucz do bram miasta. Zaczyna się świętowanie. Wystawy, koncerty, projekcje filmów i spektakle teatralne, wykłady – żer dla tych, którzy chcą poznać historię, tradycje miasta. No, i zabawa ludowa dla gawiedzi – w tym roku na scenie przed Zamkiem wystąpił Maciej Maleńczuk. Jednak nim doszło do koncertu finałowego, wzdłuż ulicy Święty Marcin, usłyszeć można było między innymi grupę Bajzel, Lecha Dyblika, Tadeusza Lisa, bębniarze, DJ-ów i kataryniarzy. Przez cały dzień trwa kiermasz, gdzie kupujemy świętomarcińskie wino i, no właśnie – ROGALE!
Jednemu poznańskiemu piekarzowi się przyśniło…
że widzi Świętego Marcina jadącego na koniu. Koń – gubi podkowę, piekarz – postanawia: „Będę piekł ciasto w takim właśnie kształcie”. I tak powstały rogale świętomarcińskie. Piekarze poznańscy takie właśnie pieką. Dawniej – rozdawano je biednym na pamiątkę czynów Patrona, który opiekował się najuboższymi (bo, oczywiście, na połowie płaszcza się nie skończyło; jako biskup Marcin miał wiele okazji, by okazywać dobroć zwłaszcza ubogim).
Obecnie rogale są główną atrakcją kiermaszu świętomarcińskiego – ciachem z tradycją, czymś, co po prostu trzeba zjeść tego dnia, jeśli jest się w Poznaniu. Spożycie rogali 11 listopada liczy się w tonach, na setki. Nic dziwnego, rogale są po prostu pyszne – ciasto drożdżowe wypełnione jest masą makowo-migdałową. To, że rogale świętomarcińskie od trzech lat mają certyfikat „Produktu o Chronionej Nazwie Pochodzenia w Unii Europejskiej” to sprawa drugo, albo trzeciorzędna. Chodzi o ten wyjątkowy smak. Imieniny Świętego Marcina to także tradycyjna pieczona gęś i młode wino, jednak ani wino, ani gęś nie przybiera kształtu końskiej podkowy.
Łapanie ostatnich rudych listków opadających z drzew
Cóż, nie ma się co czarować. O słynnej złotej polskiej jesieni mówimy we wrześniu, w październiku, listopad, hmmm… zależy. W każdym razie należy mieć przy sobie szalik i rękawiczki – najwyżej ich nie użyjemy. To, że pogoda w listopadzie jest raczej trudna do przewidzenia nie jest najważniejsze. Do Poznania w listopadzie nie przyjeżdża się, żeby się opalać, tylko po to, żeby uczcić imieniny Świętego Marcina, bo to jest świetna zabawa zarówno dla imprezowiczów, jak i żądnych wiedzy miłośników historii, sztuki. Nie mówiąc o smakoszach.
Poznaniacy są gościnni, chętnie częstują lokalnymi specjałami. W weekend 11-13 listopada rogala świętomarcińskiego gratis będą smakowali goście Melody Hostel. Znam to miejsce i w tym roku też się tam zatrzymałam – to jest na Koziej, blisko ulicy Święty Marcin, czyli centrum wydarzeń. Hostel utrzymany jest w tonacji… właściwie w różnych tonacjach, w każdym razie wystrój jest bardzo muzyczny.
Jako użytkowniczka mojego ulubionego serwisu HostelsClub.com, którego piewczynią jestem odkąd po raz pierwszy skorzystałam z ich promocyjnej oferty, dostałam też upust na noclegi w świętomarciński weekend. Upust i rogala. Da się żyć.
Karolina Witoj